BOGNA LEWTAK-BACZYŃSKA
WELLTRADE JANUSZ BACZYŃSKI

Sprzedaż wysyłkowa albumów CD z utworami z repertuaru Edith Piaf, z wielką poezją polską, z rep. patriotycznym i in.
Sprzedaż autorskich publikacji, poezji, książek i prac artystycznych - obrazów, szkiców i grafik.

GALERIA AUTORSKA I TEATR WELL ART BOGNY LEWTAK-BACZYŃSKIEJ



NASI OJCOWIE – Tato i Jego Rodzina – Zapomniani Bohaterowie

Niejeden raz budziłam się z krzykiem w dzieciństwie. Śniła mi się wojna, której nie znałam. Nie znałam jej jeszcze wówczas nawet z opowiadań, ale widocznie jest jeszcze wiele zjawisk w psychice człowieka nie wyjaśnionych. W moich snach przetaczały się ogromne czaszki i najeżdżały na nas czołgi, wtedy, mimo że malutka, we śnie brałam na ręce całą moją rodzinę – rodziców i dziadków oraz starszego, chorego braciszka i wynosiłam ich z okrążenia. Byłam mocarna. Jestem rozgoryczona kiedy wbija się nam uparcie do głów od wielu, wielu lat obowiązujący nas na świecie obecnie kanon podejścia do historii – przeszłość jest nieważna, wybaczamy, narodził się „nowy człowiek” XXI wieku, a nasi niedawni mordercy, którzy wrzucali nas żywcem do krematorium, wywozili na „białe niedźwiedzie” czy w makabryczny sposób zabijali ludobójczo całe nasze polskie rodziny na Kresach - to nasi przyjaciele. W ten sposób - wszyscy, którzy nas zdradzili, mordowali, oddali w ręce najeźdźców lub denuncjowali przed UB i NKWD, gestapo, UPA, OUN – to nasi przyjaciele. Myślę, że są to tendencje zgubne i wbrew pozorom – niechrześcijańskie. Przebaczać bowiem można tym, którzy żałują SZCZERZE za grzechy, popełnili zbrodnię z emocji czy niewiedzy - a nie dla swej koniunkturalnej polityki. A poza tym - żałować - to za mało, trzeba się starać wynagrodzić krzywdy, poprawić się, współczuć, odpokutować - a tam gdzie występowała premedytacja w zbrodni przeciwko milionom Polaków czy obywatelom innych nacji - to i żal jest najczęściej nieszczery. Przebaczając tym, którzy się nie pokajali, nie odżałowali za swe czyny, nie odpokutowali, nie wynagrodzili, nie zmienili się lub tylko pozornie, jest dalszym demoralizowaniem zbrodniarzy i przyzwalaniem na kolejne zbrodnie, jest zdradą wobec ofiar, jest z gruntu niemoralne, a nie – chrześcijańskie. Jak poza tym wygląda chrześcijaństwo, które szerokim gestem uwalnia wszystkich zbrodniarzy wojennych od ich win, na inne zbrodnie przymyka oczy, chce wynieść na ołtarze duchownego, który aprobował rzezie na Polakach, a rzuca w niepamięć zamordowanych na Kresach duchownych, np. księdza Szczepankiewicza, któremu nacjonaliści ukraińscy w Wigilię 1943 r. żywcem wyrwali serce, a który nie tylko był wielkim pasterzem wiary, ale jak święty bezpłatnie i z pełnym oddaniem przez lata leczył biedotę ukraińską i polską na Kresach, nie robiąc żadnych różnic. Co za przewrotna etyka zapanowała na świecie, że oczyszcza się łatwo zbrodniarzy, a potępia jako największe zło mało groźne przywary ludzkie – życie przedmałżeńskie czy użycie antykoncepcji, akceptując przy tym dużo większe anomalie ludzkie występujące wśród ludzi obecnej cywilizacji. Niedawno przyprowadziłam kilka bardzo wierzących malarek na wykład w pewnym z kościołów. Bardzo wierzące artystki przyszły na wykład aby omówić z księdzem prowadzącym urządzenie wystawy poświęconej 1050-leciu Chrztu Polskiego. Jedna z nich nieopatrznie w trakcie Mszy Świętej przed wykładem przyjęła Komunię Świętą, ale tak jak to artystki, tknięta poczuciem zimna i nerwicowym lękiem o zdrowie swojej ręki, trzymała swą prawą rękę w kieszeni. Powykładowa rozmowa z księdzem o wystawie została brutalnie przerwana przez cierpką reprymendę ponoć świeckiej zakonnicy o trzymaniu ręki w kieszeni przy przyjmowaniu Komunii Świętej przez w sumie bardzo religijną malarkę. Usiłowałam załagodzić sytuację, a moja „napastowana” świeżo upieczona koleżanka na szczęście znalazła bardzo interesującą ripostę na agresję zadufanej w siebie kobiety. Odpowiedź tę nieraz przytaczam jako anegdotę. „Nie byłabym tak utalentowana, gdybym nie była trochę szalona” - odpowiedziała malarka, a ponadto - „może ja jestem szalona, ale pani jest jeszcze bardziej”. Ta odpowiedź była i szczera i dowcipna. Oczywiście tak jak w przypadku naszych wyróżniających się w kraju kolejnych ostatnio robionych wystaw, wyjątkowych, można powiedzieć, powstających ze składek finansowych uczestniczących w nich artystów, bez żadnego zainteresowania (!) ze strony państwa polskiego, takich jak : „Żołnierze Wyklęci”, „Katastrofa smoleńska 10.04.2010 r.”, „11 lipca 1943 r. Dzień Pamięci o ludobójstwie ukraińskich nacjonalistów na Polakach na Kresach, Lubelszczyźnie, w Małopolsce, w Powstaniu Warszawskim 1944...”, „Powstanie Warszawskie 1944” nikt się propozycją naszej wystawy poświęconej tematyce Chrztu Polski nie zainteresował, tak jak i Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, pomimo licznych naszych petycji od początku roku 2016 nie było zainteresowane promowaniem sztuki polskiej w szerszym zakresie niż tylko podpieraniem prywatnego, wąziutkiego kręgu swoich wybrańców, których dorobek i biografie niczym nie uprawniały do dyskryminowania reszty środowiska artystycznego. Podobnie nie zareagowali ani jedną odpowiedzią na pisma o ratowaniu sztuki polskiej czy ustanowieniu Święta Narodowego Powstania Warszawskiego sławni ponoć z propolskości i patriotyzmu posłowie, których tak niedawno wybraliśmy na naszych przedstawicieli. Ot, jeszcze jedna nauczka a propos honorowania ofiar zbrodni wojennych, wybaczania, wierzenia, popierania, zaufania do klas politycznych i ich przedstawicieli – notabli z naszego życia publicznego. Ponoć świecka zakonnica, która wbrew temu jak naucza Biblia ujrzała tylko brzeg pucharu, a nie jego wnętrze, zadzwoniła do mnie jeszcze tego samego dnia o godz.23 wieczór z reprymendą z kolei wobec mnie, że w/w wymienioną malarkę ośmieliłam się przyprowadzić na wykład i jakim prawem chciałam załagodzić całe zajście. Tłumaczyłam jej jak mogłam, że my artyści, malarze, muzycy etc. mamy nieraz fobie i urazy, że to co mamy dobrego w środku nie zawsze tak automatycznie przenosi się na zewnątrz, że to wartościowa dziewczyna i wierząca, że przyszła na wykład z najlepszymi intencjami, że tworzy obrazy religijne, że ta ręka w kieszeni to jej uraz z przeszłości. Na nic to się zdało. Skończyło się na tym, przepraszam, że zażartuję, że ta ponoć świecka zakonnica tak prawdziwie „po chrześcijańsku” „nie poznawała” nas już do końca całego cyklu księżowskich wykładów, czyli przez kilka miesięcy aż do końca roku, a zapewne zbrodnie hitlerowskie, upowskie i sowieckie przebaczyła szerokim gestem tak jak nakazuje to obecny trend światowy i religijny. Ten szeroki, pozornie tylko dygresyjny wstęp ma dla mnie swoje uzasadnienie. Na życie całej mojej rodziny i jej prosperitę od pokoleń miały wpływ zabory, powstania i kolejne wojny. Wszyscy członkowie naszej rodziny ze strony mej matki jak i ojca, jako że wychowywani niezwykle patriotycznie, tracili życie i majątki z powodu prześladowań zaborców w kolejnych powstaniach i wojnach. I tu się zaczyna historia mojego Ojca i tragiczne dzieje Jego rodziny. Łatwo komuś skwitować horrory wojny i przebaczyć jej zbrodnie jeśli jego rodzina w niej nie partycypowała i nie była nią dotknięta. Konsekwencje zaborów i wojen ciągną się nad Polakami całe dziesięciolecia i stulecia. Bogactwa, zbiory, budowle, które inne państwa gromadziły poprzez swych obywateli od pokoleń lub też zdobywały przez kolonizowanie innych krajów, w naszym państwie były tracone co pokolenie i od kilkuset lat, stale musieliśmy się odradzać od nowa. A co wojna to technika zabijania staje się coraz więcej rozwinięta. Nie ginie już kilkuset obywateli lecz ich miliony, cale miasta i nieomal całe regiony lub państwa. Giną całe elity, w Polsce za chwilę nie będzie miał kto się odradzać. Ostatnio ubolewamy nad prześladowanymi chrześcijanami i nad ostatnią okrutną zbrodnią na kapłanie francuskim w jego własnej świątyni, a jednocześnie świat udaje, że nie wie, że tak niedawno, bo w czasie II wojny światowej – były masowe (!) okrutne zbrodnie nacjonalistów ukraińskich na kapłanach katolickich i ich wiernych na Kresach Polskich, z okrutnym masowym wyrzynaniem lub paleniem żywcem Polaków i polskich katolickich kapłanów w kościołach w czasie obrzędów religijnych. Ci nacjonaliści ukraińscy to byli obywatele polscy dobrze traktowani przez Polskę, a zachowywali się podobnie i jeszcze straszniej niż obecni terroryści we Francji, wyhodowani przywilejami głównie na łonie francuskim. Rosjanie gnębili Ukraińców, więc ci ostatni bali się przeciwko nim występować, a więc wystąpili przeciwko Polsce, której byli obywatelami i która im stwarzała, mimo swego zaledwie 19-letniego odrodzenia – przywileje i warunki i miało być w Polsce dla nich coraz lepiej. Podczas wojny nacjonaliści ukraińscy stali się koalicjantami dwóch naszych najeźdźców, a przede wszystkim Niemiec hitlerowskich, pacyfikowali również w okrutnie zbrodniczy sposób Powstanie Warszawskie. Teraz świat i nasi politycy udają, że tego nie wiedzą, że tych zbrodni nie było, manipulują historią tak jak za czasów PRL. Rozlicza się i widzi tylko te zbrodnie, które służą koniunkturze politycznej. Politycy światowi mówią, że zbrodnie polityczne w krajach objętych dominacją innych mocarstw nie mogą się dziać bez wiedzy i inspirującej roli tychże mocarstw. Sugeruje się, że jeśli Francja w obliczu ataków terrorystycznych nie weźmie mocno spraw w swoje ręce to dojdzie do samosądów ze strony Francuzów. Ciekawe, że te wszystkie diagnozy stosuje się tylko wybiórczo i wobec wybrańców i np. nie bierze się ich pod uwagę w ocenie np. lat stalinowskich czy roku 1968 w Polsce – usiłując nam wmówić, że krzywdy jakie spotkały wówczas polskich obywateli pochodzenia żydowskiego spowodowali Polacy, a nie, że były głównie z namaszczenia i z koncepcji ZSRR. Niesłusznie się pomija w ocenie historii społeczeństw konsekwencje wielopokoleniowe jakie dla ich rozwoju miały poniesione straty ludzkie, materialne spowodowane przez ludobójcze najazdy państw sąsiedzkich i zmiany jakie barbarzyństwo najeźdźców spowodowało w obyczajach, tradycji, zdrowiu kolejnych pokoleń i psychice całych społeczeństw - ofiar ich ataku. Wojny spowodowane przez najeźdźców Polski i ich barbarzyństwo spowodowały wielkie, długofalowe, trwające całe pokolenia zmiany i tragiczne losy wielu rodzin polskich, w tym i mojej rodziny, w tym rodziny mojego Ojca. Jeden z przodków mojego ojca, nie wiem czy ze strony Jego ojca czy Jego matki, przybył podobno z Francji w okresie epoki napoleońskiej wraz z dworem Czartoryskiego do Puław. Ten wątek historii rodziny mojego Ojca powtarza się w kilku odłamach rodziny Lewtaków – niezależnie od siebie. Od razu zaznaczam, gdyż kiedyś zaatakował mnie nienormalnie w tym temacie, w jednej ze znanych prywatnych przychodni warszawskich, lekarz laryngolog pan K., pochodzący z Lubelszczyzny, podczas mojej u niego wizyty jako pacjentki, że : Stefan Lewtak – ubek z lat 40-tych z Puław – nie był moim ani mego Ojca krewnym. Był nam osobą zupełnie nieznaną. Natomiast Roman Lewtak z Gdańska – znany działacz Solidarności był naszym kuzynem, a Ojciec mój Henryk Lewtak - wielki patriota, partyzant ZWZ AK, więzień Zamku Lubelskiego, niemieckich obozów zagłady KL Auschwitz i KL Mauthausen umarł w niejasnych okolicznościach na emigracji w Belgii 19.02.1984 r., dyskryminowany i zwalczany przez władze PRL, reprezentowane tam przez Ambasadę i Konsulat Polski. Ale wracając do wojny. Co pokolenie patriotyczne rodziny polskie traciły wszystko co wypracowały oraz najznamienitszych członków rodziny, w przeciwieństwie do innych nacji europejskich. Stanowi to również, jak wspomniałam powyżej, o życiu i historii życia mojego Ojca. Rodzina mojego Ojca, a raczej jej pozostałość – ojciec i jego siostra z Ruchu Oporu rtm Pileckego w KL Auschwitz (zmarła w niejasnych okolicznościach w 1948 r. w wieku 35 lat) straciła prawie wszystkich swych członków w II wojnie światowej, a także była prześladowana przez system po 1945. Ojciec mój Henryk Lewtak, później przybrał przydomek „Jazłowiecki”, był przed II wojną światową jednym z najlepszych uczniów w swojej szkole tj. Liceum Czartoryskich w Puławach. Przez kilka lat chodził do jednej klasy, a potem zdawał maturę z Ireną Tuorą, późniejszą żoną prof. Zbigniewa Baczyńskiego, najbliższego krewnego – brata stryjecznego wybitnego poety, kuzyna mojego męża – Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Pani Irena Tuora Baczyńska przysłała mi ok.10 lat temu swoje zdjęcia klasowe z moim Ojcem. Przodek mojego Ojca – Onufry Lewtak był podobną zarządcą dóbr Czartoryskich w Puławach. Po jednym z powstań, bodajże po Powstaniu Listopadowym, zaborca zabrał majątek Czartoryskim z Puław oraz majątek Lewtaków właśnie za ich udział w powstaniu, za walkę niepodległościową przeciwko zaborcy. Wówczas Lewtakowie gwałtownie zbiednieli i schłopieli. Od pokoleń uczestniczyli we wszystkich polskich ruchach niepodległościowych, a potem w I-szej wojnie światowej. Stracili wszystko co posiadali, a także członków rodziny. Aby mogli po I-szej wojnie światowej postawić mały domek gdzie mogłyby przyjść na świat dzieci Jana Lewtaka i Heleny z Pajurków – moich dziadków ze strony Ojca - skrawek ziemi oddał im brat Jana. Ciężką pracą Lewtakowie zbudowali skromny domek, a ich największym marzeniem było gruntowne wykształcenie swych dzieci. Polska po 120 latach niewoli była bardzo biedna, ale jej bogactwem było to, że ster w kraju przejęli Polacy patrioci, zainteresowani rozwojem ekonomicznym i kulturowym naszego kraju oraz ludzie, którzy naprawdę walczyli o jej niepodległość, a nie o pozorną niepodległość, a także, że wychowano niezwykle patriotycznie następne pokolenia Polaków. Dlatego to, co oferowano nam w Polsce po 1989 r., w ogóle nie da się porównać do tego co zaoferowano Polakom po 1918 r.. Uważam, że od 1939 r., po holokauście na naszym polskim narodzie, a potem po 1945 r. - stopniowo postępuje degradacja naszego społeczeństwa, jego rozwoju, dorobku, kultury, patriotyzmu, nauki i stanu posiadania. Po II wojnie światowej zostaliśmy przejęci przez dominujące nas mocarstwo i przez mniejszości mu służące, a nami rządzące w jego imieniu. Po 1989 r., w moim odczuciu, w ogóle nie może być mowy o odzyskaniu przez nas suwerenności, w żadnym calu nie stanowimy o sobie i o swoim rozwoju, podlegamy tylko wytycznym zewnętrznym, tak jak miało to miejsce w dawnych republikach ZSRR. Obecna propaganda sukcesu dorównuje epoce PRL-u, reszta jest postępującą od ponad 70 lat degradacją i unicestwieniem. Oczywiście rodzą się nowe pokolenia, mają nowe szczęśliwe wspomnienia, nowe sentymenty, nowe zachwyty, wydaje im się, jak każdemu przeżywającemu swe dzieciństwo i młodość, że świat jest pełen dobra i pozytywnych idei, ale wystarczy zagłębić się w źródła historyczne, polityczne i naukowe, spróbować zawalczyć o polską rację stanu, spróbować opisać jakąś prawdę historyczną świadczącą o wielkości polskiej historii i polskiego patriotyzmu aby oberwać „po łapach”. Wystarczy prześledzić wydarzenia światowe i liczne życiorysy skrzywdzonych, dyskryminowanych lub skrytobójczo zamordowanych wybitnych i patriotycznych polskich obywateli żeby zorientować się, że degradacja etyczna człowieka na świecie szybko postępuje. Naszym i światowym notablom brakuje ludzkiej, społecznej i etycznej wyobraźni. Nieraz wyobrażam sobie przedwojenną rodzinę mojego Ojca w okresie jej najlepszej prosperity. Zubożali dziadkowie z wielkim trudem stawiają skromny drewniany domek na skraju pola, które otrzymali od brata. Mają trójkę dzieci. W domu się nie przelewa, motorem jego egzystencji jest wzajemna rodzinna miłość, chęć wykształcenia trójki dzieci kosztem wszelkich wyrzeczeń oraz świadomość, że Polska odzyskała niepodległość i się naprawdę rozwija. Helena z Pajurków (nazwisko pochodzenia francuskiego, tak jak nazwisko francuskie lub włoskie Tuora - Ireny Baczyńskiej, żony stryjecznego brata poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego) uchodzi za przedstawicielkę inteligencji w miejscowości Pożóg k. Końskowoli. Lewtakowie użyczają pomieszczeń swojego domu szkole polskiej i aby pomóc mężowi w utrzymaniu rodziny Helena otwiera również w swym malutkim domu sklepik. Jan Lewtak pracuje w majątku doświadczalnym mojego wuja ze strony mej matki – Antoniego Korczyńskiego, para się także kowalstwem. Pokolenie mojego Ojca to było pokolenie pełne wiary w świat i w przyszłość Polski. Doceniało wielopokoleniową walkę o suwerenność kraju oraz wielką zakończoną sukcesem i ogromnymi ofiarami walkę ich rodziców i dziadków o odzyskanie niepodległości przez Polskę. Jasia – najstarsza córka moich dziadków, tuż przed wojną, jest wolnym słuchaczem na Uniwersytecie Łódzkim. Poznaje tam i zaprzyjaźnia się z późniejszą wybitną i znaną pisarką Seweryną Szmaglewską, którą później Jasia chroni i opiekuje się nią w niemieckim obozie zagłady KL Auschwitz w Oświęcimiu. Po wojnie ma żal do Szmaglewskiej, że ta m.in. nie nagłaśnia postaci rtm Pileckiego, czyli że będąc jedynym świadkiem polskim na Procesie Norymberskim, sławna, nie daje pełnego świadectwa prawdzie obozowej. Henryk Lewtak – mój ojciec, rocznik 1920, 7 lat młodszy od Jasi, jest wybitnym talentem matematycznym. Trzy lata od niego młodszy brat to najmłodszy z rodzeństwa Józef, nazwany tak na cześć Marszałka Piłsudskiego. Wszystkie dzieci są wybitnie zdolne i mają ogromny pęd do wiedzy. Kolejno, tuż przed wojną, uczęszczają do Liceum Czartoryskich w Puławach, ojciec mój wraz z Ireną Tuorą, późniejszą Baczyńską (żoną stryjecznego brata poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego ), są jego sławnymi uczniami i absolwentami. Mój Ojciec w 1939 r., wraz z Ireną Tuorą, ze świetnym wynikiem zdaje maturę i dostaje się na studia na Politechnice Śląskiej. Najmłodszy z rodzeństwa - Józio jest uczniem III-ciej klasy powyższego Liceum. Moi dziadkowie są szczęśliwi i dumni ze swych dzieci. Jasia poznaje inżyniera leśnika Eugeniusza Gembala i tuż przed wybuchem wojny wychodzi za niego za mąż, młodzi przenoszą się do Puław. Jasia podobno działa w „Wiciach”, uczęszcza na różne kursy instruktorskie, ma świetne wyniki, wykłada, działa. Mój wuj Antoni Korczyński podkochiwał się w Jasi, ale wkrótce jadąc konno przez pożogowskie łąki poznał miłość swego życia – Kazię, studentkę farmacji, młodzi pobierają się. W czasie wojny Kazia zachodzi w ciążę, na skutek czego odnawia się jej dopiero co zaleczona gruźlica, której nie ma jak leczyć w okresie wojennym. Kazia rodzi dziecko zakażone gruźlicą, obydwoje umierają. Podczas pogrzebu obydwojga gestapo robi obławę na znanego w tym regionie partyzanta AK Antoniego Korczyńskiego „Nawałę”, na szczęście wuj Antoni nie pojawia się na pogrzebie. Również Janina Gembal z d. Lewtak w okresie wojny zachodzi w ciążę i również ona, z powodu biedy wojennej i braku leków zapada ponownie na zaleczoną wcześniej chorobę nerek, dziecko rodzi się martwe. Te wszystkie rodzinne polskie tragedie, pomijane na lekcjach historii, to również koszty wojny poniesione przez nasze społeczeństwo.Pożóg ma piękny pejzaż i pola, na horyzoncie widać lasy, jest blisko przepięknego Kazimierza, gdzie do czasu wojny wszyscy młodzi z okolicy robią wycieczki. Rodzeństwo Lewtaków jest znane w okolicy, raz, że wybitnie zdolne, dwa, że ogromnie urodziwe, o nieco orientalnych rysach. Wszyscy są brunetami o mocno kręconych włosach, przy czym Jasia ma piękne, błękitne duże oczy, w czarnej oprawie. Latem młodzież korzysta z piękna kazimierzowsko-pożowiańskiej natury i pływa wpław i kajakami po pobliskiej Wiśle, zimą robi towarzyskie eskapady i kuligi przez śniegi. W Pożogu hoduje się również piękne odmiany kwiatów. Nic nie zapowiada zbliżającego się kataklizmu wojny. Lewtakowie cieszą się wspaniale zapowiadającą się przyszłością swych dzieci, tak ciężko przez nich wypracowaną. Jak widać, wbrew teoriom PRL, dzieci niezamożnych ludzi ze wsi miały szansę w okresie międzywojennym dostać się na studia, co było uzyskane wieloma wyrzeczeniami i ich sukcesami w nauce. W obecnej Polsce, mimo że PRL upadł, państwo polskie nadal nie stwarza sprawiedliwej sytuacji ani w dostaniu się na studia, ani w otrzymaniu stypendium, ani w zrobieniu doktoratu, ani w uczestnictwie w polskim życiu publicznym Polakom - artystom, naukowcom i innym zawodom. Czy naukowcy i psychologowie zastanawiają się czasem co się dzieje kiedy w odzyskaną dopiero co, po tylu pokoleniowych walkach i stratach, państwowość wkracza brutalnie wojna ? Gdzie się podziały nauki wyciągnięte ponoć przez mocarstwa światowe, wyniesione z I-szej wojny światowej, aby nie dać się zbroić mocarstwom, które raz po raz wywołują wojny i kataklizmy dziejowe. Nawet teraz powstaje sztuczna teoria o skrzywdzonych ambicjonalnie Niemczech, które musiały odbudować swe morale poprzez wywołanie z pomocą ZSRR nowej ludobójczej światowej wojny, a obecnie - o bardzo przyjaznych nam Ukraińcach, z których niejeden, pomimo największej przyjaźni, w okresie wojennym - swych polskich krewnych i przyjaciół zarzynał lub palił żywcem bez mrugnięcia okiem. Wszyscy na ogół w Polsce wiemy co nastąpiło dalej, mimo przyjaznych stosunków, pustych słów i paktów międzynarodowych. 01 września 1939 r. Niemcy przekraczają nasze granice, łamiąc wszystkie konwencje i układy i zgodnie z założonym przez nich planem rozpoczynają holokaust na naszym narodzie, potem dołącza do tego holokaust na obywatelach pochodzenia żydowskiego. W czasach nowożytnych będzie się usiłowało zatrzeć ślady holokaustu na naszym narodzie i przypisać go tylko holokaustowi na Żydach, ot, kolejna manipulacja historią, których wiele w naszej rzeczywistości. 17 września 1939 r. Rosjanie przekraczają nasze granice i rozpoczynają również holokaust na naszym narodzie z pomocą mniejszości posiadających nasze polskie obywatelstwo – żydowskiej, ukraińskiej, litewskiej, białoruskiej i in.. Wszystkie te działania są oparte na V-tej kolumnie zainstalowanej u nas od czasów zaborów. Listy elit polskich przeznaczonych do eliminacji są już gotowe w gestapo i NKWD od czasów przedwojennych. Stąd na tych listach tworzonych przez najeźdźców oraz przez nasze mniejszości są wszyscy protoplaści mojej i mojego męża rodziny – z Szuchów, Lewtaków i Baczyńskich. Nie żyjącego już ojca poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego będzie szukało w 1939 r. gestapo, a samego, zabitego w Powstaniu Warszawskim poetę – powojenne UB. Aleksandra Szucha – mojego dziadka ze strony Matki i Lewtaków – moich dziadków ze strony Ojca i ich synów – w II wojnie światowej poszukuje gestapo. Z kolei po wojnie - Aleksandra Szucha – mojego dziadka ze strony Matki oraz 17-letniego brata mojej matki – Janusza Szucha - powstańca z bat. „Parasol” i w II konspiracji - szefa ochrony gen. Leopolda Okulickiego, a także braci mojej babci ze strony Matki, z Kresów – Edwarda Tkaczyńskiego i Edmunda Korczaka – poszukuje NKWD i UB. Ppłk Karola Baczyńskiego, jednego z dowódców obrony Lwowa w 1918 r. - pradziadka mojego męża i kuzyna poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz synów ppłk Karola Baczyńskiego - poszukuje w 1939 r. NKWD. NKWD poszukuje ppłka Karola Baczyńskiego na podstawie list stworzonych przez Ukraińców. Karol Baczyński ginie w 1940 r. z list katyńskich ukraińskich, a jeden z jego synów Zdzisław – orlę lwowskie - staje się ofiarą katyńską zamordowaną w Starobielsku. Córki i druga żona ppłk Karola Baczyńskiego zostają zesłane do Kazachstanu. Wychodzą z zesłania, tak jak i brat mojej babci – Edward Tkaczyński z gułagu na Kołymie – z Armią Andersa. Edward Tkaczyński po powrocie do Polski jest wpierw więziony przez UB, potem zostaje podstępnie zamordowany w zaaranżowanym wypadku w 1958 r.. Edmund Korczak, jako były dziedzic z Kresów i żołnierz AK jest wpierw więziony przez UB, potem cudem wychodzi z zamachu na jego życie, a następnie umiera na nagły nie wyjaśniony do końca zawał, tuż po opuszczeniu kolejnego więzienia. Janusz Szuch, brat mojej Matki, po aresztowaniu przez Sowietów 16-tu przywódców Polskiego Państwa, ucieka z Polski na zawsze przez „zieloną granicę” ratując swe życie. NKWD i UB robi obławy na niego w naszym mieszkaniu przy ul.Noakowskiego 12 w Warszawie. Mój dziadek po okresie konspiracji, ratowaniu Żydów wraz z żoną i swymi dziećmi, po uwięzieniu go na Pawiaku, po ciężkich śledztwach w „tramwaju” w Alei Szucha, eksperymentach na nim w KL Auschwitz i w KL Natzweiler, przeżyciu marszu śmierci, jest po wojnie współpracownikiem WiN i ofiarą licznych prowokacji NKWD i UB. Jest wielokrotnie więziony w śledztwie bez rozprawy, nigdy nie wpadł z dokumentami, a mocno zakonspirowany, jak jego syn, nigdy nie został do końca zdekonspirowany. Siostra mojej babci Maria Tkaczyńska (późniejsza Szmidt) po działalności jako sanitariuszka w 27 Dywizji Wołyńskiej i w Samoobronie Bielin pomagała w Tomaszowie Lubelskim dr Peterowi ratować Żołnierzy Wyklętych. Starsza córka ppłk Karola Baczyńskiego Maria Baczyńska – pianistka – po wyjściu ze zsyłki z Armią Andersa dowozi amunicję pod Monte Cassino, potem w Anglii studiuje prawo, wychodzi za żołnierza od gen. Maczka, również prawnika po Oxfordzie. Na prośbę chorej matki męża młodzi wracają do Polski. Nieomal do końca lat 60-tych nie mogą nigdzie znaleźć pracy, są ustawicznie nękani przez UB. Po zmianie kolejnych rządów Maria dostaje wreszcie zatrudnienie w szkole muzycznej w Bochni i wychowuje wielu wspaniałych pianistów, niektórzy z nich robią karierę w USA. W Polsce jednak losy jej rodziny nie układają się dobrze ani szczęśliwie, jest to jednak temat na oddzielne opowiadanie. Kiedy z niewyjaśnionych przyczyn, poddany nagłej operacji na przepuklinę nie zagrażającą życiu i nie uwięźniętą, umiera w 2006 r., w jednym ze szpitali warszawskich, ojciec mojego męża, partyzant od „Zapory” Tadeusz Baczyński, przewidziany jako świadek katyński losu ppłk Karola Baczyńskiego w zbliżającej się rozprawie sądowej, w tym samym mniej więcej okresie ginie w nie wyjaśnionych okolicznościach w Bochni dwudziestokilkuletni wnuk pianistki Marii z d. Baczyńskiej – córki ppłk Karola Baczyńskiego – Artur, ona sama nie żyje już od lat. W tym też okresie umiera jeszcze dwoje innych dość młodych członków rodziny Baczyńskich. Wkrótce po zakończeniu II wojny światowej chorowita siostra pianistki Marii - Zosia Baczyńska wychodzi w Anglii za mąż, również za oficera polskiego. Tak jak sugerują to państwa alianckie, chcące się pozbyć kłopotu z niedawnymi sojusznikami - Polakami, Zosia wyjeżdża z Wielkiej Brytanii z rodziną i z matką do Argentyny. Tu mąż Zosi wkrótce w niejasnych okolicznościach umiera, a matka Zosi – Władysława z d. Heyda, gnębiona tragicznymi wspomnieniami i brakiem perspektyw na połączenie się z rodziną w Polsce, podobno w akcie desperacji zażywa jodynę, a kiedy depresja mija i chce żyć - na ratunek jest już za późno, lekarzom nie udaje się jej uratować. Zosia, również dość wcześnie - umiera, mąż Marii w Polsce i ona sama – również. W Argentynie na zawsze pozostaje syn Zosi nie umiejący nic po polsku i najprawdopodobniej nie znający w ogóle tragicznej historii Polski i swojej rodziny, ani wspanialej karty niepodległościowej swojego dziadka, wybitnego działacza niepodległościowego i znanej osobistości Lwowa – ppłk Karola Baczyńskiego. Wszystkie odłamy naszej rodziny w nieodwracalny sposób potraciły wypracowane w międzywojennej, niepodległej Polsce majątki i osiągnięcia oraz szczątki dobytku, który pozostał im po zaborach. II wojna światowa unicestwiła całe polskie rodziny lub poważną część każdej polskiej rodziny. Rodziny zostały rozerwane przymusowymi emigracjami. Po raz kolejny została przerwana nasza ciągłość dziejowa, kulturowa, historyczna i pokoleniowa. Takie straty wyrównuje się przez stulecia. Takie właśnie „niezaleczalne” cierpienia przeszła większość polskich rodzin w okresie zaborów, w wyniku prześladowań i wojen. Tak unicestwiano naszych bohaterskich mężczyzn i całe rodziny męskich przedstawicieli naszych rodzin za ich walkę niepodległościową i o wolność i godność naszego kraju. Wszystko to jakby moi Ojcowie. Ich nieodłącznym przedstawicielem jest mój Ojciec Henryk Lewtak i historia wojenna Jego rodziny. Ojciec przebywał z partyzantami ZWZ AK w lesie. W spisie więźniów Zamku Lubelskiego i KL Auschwitz niemieckie rubryki podają, że był kolporterem nielegalnej prasy, a z zawodu robotnikiem lub mleczarzem. Aż smutne, żeby nie powiedzieć – żałośnie nieprofesjonalne, moim zdaniem, wydaje się to, że Muzeum w Oświęcimiu podaje w/w dane dotyczące mojego ojca, jak i innych więźniów polskich, jako obowiązujące i na poważnie. Wiadomo, że każdy schwytany więzień, nie chciał zdradzać oprawcom niemieckim co naprawdę robił w konspiracji i do jakiej klasy społecznej się zalicza, tak jak usiłowali to zataić więźniowie NKWD czy Czerwonych Kmerów, chyba, że wpadli z całą dokumentacją i nie mieli już żadnych szans. Wiadomo, że mój Ojciec będąc z partyzantami w lesie nie mógł li tylko zajmować się kolportażem, a brał udział w ich wszystkich akcjach. Nie był też robotnikiem ani mleczarzem gdyż został świeżo upieczonym studentem Politechniki Śląskiej. Również niesprawiedliwe jest przypisywanie przez współczesnych „badaczy” faktu istnienia transportów niezewidencjonowanych w KL Auschwitz czy w innych niemieckich obozach zagłady jedynie obywatelom pochodzenia żydowskiego, bo dotyczyły one również innych nacji. Mój dziadek Aleksander Szuch aby ujść z życiem po zlikwidowaniu w obozie KL Auschwitz jednego z oprawców hitlerowskich „schował się” jako więzień pod numerem innego nie żyjącego już więźnia polskiego, gdyż numery zabitych więźniów polskich ewidencja obozowa przekazywała więźniom następnym. Stąd zapewne obecnym „twórcom” „nowej historii Europy” wychodzą tak zaniżone straty, szczególnie wśród więźniów polskich, niezgodne z zeznaniami samych oprawców hitlerowskich w trakcie Procesu Norymberskiego. W ten sposób powstaje Wspólna Europa Historycznych Zakłamań. Mój stęskniony Ojciec zapragnął na jesieni 1942 r. „na chwilę” wyjść z lasu i zobaczyć swą matkę i ojca. Zakradł się nocą do Pożoga do domu rodziców. Na nieszczęście ktoś zadenuncjował jego przybycie, tu warto nagłośnić fakt, że w czasie wojny nie donoszono tylko na Żydów, jak się nam teraz wmawia - wmawiając nam antysemityzm, ale łajdacy różnej maści donosili na każdego, który nie był po myśli okupantów. Natomiast na dawnych Kresach Polskich Polaków denuncjowali Żydzi, głównie prorosyjscy, powodując tym liczne śmierci i straszne tragedie, a także Ukraińcy i inne nasze mniejszości posiadające nasze obywatelstwo. Kiedyś podawano mi nazwiska donosicieli, którzy spowodowali tragedię członków mojej rodziny, nie wiem jednak czy prawdziwe. Po wyżej wspomnianym doniesieniu o przybyciu mojego Ojca partyzanta do domu rodziców, pod domem Lewtaków pojawiła się żandarmeria niemiecka. Ojciec rzucił się przez okno w pole, ale las był dopiero na horyzoncie, a pole nie było wysoko porośnięte. Matka Ojca - Helena, jak mi to opowiadała ok.2007 r. wiejska kobieta, rozżalona, że dopiero co 01 września musiała wysłuchać w kościele po Mszy Świętej śpiewu chóru niemieckiego (a w tym regionie były rozstrzelania i palenie przez Niemców całych wsi polskich), schwyciła pistolet mojego Ojca i schowała pod sweter, który miała na sobie, wiedząc, że jeśli Niemcy go znajdą to zabiją jej syna od razu. Nie wiem czy żandarmeria niemiecka była z psami pościgowymi, ale Niemcy schwytali mojego Ojca zanim dobiegł do lasu. Bili go na oczach matki, a potem przykuli go ponoć na prawie całą dobę, razem z drugim więźniem, do metalowej instalacji w mleczarni pożowiańskiej. Jak opowiadała mi stara wiejska pożowiańska kobieta, gospodyni wiejska, brat Ojca – mój stryj Józio wówczas 18 lub 19-letni chciał odbić mojego Ojca, ale ludzie ze wsi go błagali aby tego nie robić gdyż spotkają ich represje i Józio z bólem zarzucił swój pomysł. W tym też okresie Jasia Gembal z d. Lewtak usiłowała wraz ze swym mężem Eugeniuszem Gembalem znaleźć jakieś dojście do jednego z urzędników niemieckich aby wykupić mojego Ojca z więzienia. Niestety trafili na prowokatora, zostali obydwoje aresztowani i osadzeni na Zamku Lubelskim. W tym czasie mój młodziutki wówczas Ojciec Henryk Lewtak został poddany torturom i straszliwemu biciu metalowymi narzędziami zakończonymi hakami. Podjął ucieczkę z Zamku wraz ze swym współtowarzyszem z celi, koledze podobno udało się uciec, Ojca zatrzymał polski strażnik. Rany, które zrobiono wówczas mojemu Ojcu podczas gestapowskich przesłuchań nie goiły się mojemu Ojcu jeszcze przez 30 lat po wojnie. W tym samym mniej więcej czasie co mój Ojciec do celi śmierci Zamku Lubelskiego trafił 17-18-letni młodziutki żołnierz AK, poeta, Henryk Oblicki - narzeczony mojej przyszłej teściowej Wisławy Żarskiej (późniejszej Baczyńskiej), wówczas łączniczki lubelskiego AK, jeżdżącej z bronią i meldunkami do Warszawy, Krakowa i do obozu w Płaszowie, gdzie również byli osadzani Polacy, nie tylko Żydzi. Podejrzewano, że Oblickiego zadenuncjował jeden z księży (nazwisko jest mi znane). Henryk Oblicki był również straszliwie katowany jak mój Ojciec, połamano mu żebra. Wysyłał grypsy do swej Wisi ps. „Maleńka” i do jej matki ps. „Matka” z lubelskiego AK. Dogorywający w celi po wielu godzinach tortur Henryk Oblicki wysłał do Wisi piękny poemat napisany wierszem p.t. „Snów mary”, który czasem wykonuję do własnej muzyki na charytatywnych koncertach patriotycznych. Kopia tego poematu jest wystawiona w Muzeum Pod Zegarem w Lublinie. Henryk Oblicki w stanie agonalnym został przesłany przez Niemców do obozu zagłady KL Auschwitz gdzie umarł tzn. podobno został spalony. Z typowym okrucieństwem niemieckim w dniu jego imienin przesłano jego matce jego prochy. Mój ojciec i walczący o jego uwolnienie – siostra i szwagier – zostali oddzielnymi transportami wysłani również do niemieckiego obozu zagłady KL Auschwitz. Tam, w czasie pierwszych denuncjacji uczestników Ruchu Oporu rtm. Witolda Pileckiego, o które to podejrzewano Józefa Cyrankiewicza, zginął mąż Jasi z d. Lewtak – Eugeniusz Gembal. Jasia natomiast działała w obozowym Ruchu Oporu wspierając dr Marię Maniakównę, znaną działaczkę ruchu ludowego. Jasia jest wymieniana przez więźniarki w ich zeznaniach przekazanych Muzeum w KL Auschwitz jako osoba prowadząca wraz z dr Maniakówną, Babską i in. prelekcje i pogadanki dla więźniów na przeróżne podnoszące na duchu, w tym historyczne, tematy. Jasia opiekowała się w obozie ułomną córką aptekarzy z Olkusza (być może chodzi tu o osobę o nazwisku Babska) i znaną potem pisarką Seweryną Szmaglewską. Dokumenty oświęcimskie Janiny Gembal z d. Lewtak zostały podobno przekazane stronie polskiej przez Rosję dopiero ok.2007 r.. Jasia po wojnie wyszła 2-gi raz za mąż za wuja mej Matki Antoniego Korczyńskiego, umarła w trzy miesiące po ślubie, podczas trwającego ubeckiego procesu rtm Witolda Pileckiego, zaangażowana w ujawnianie prawd o KL Auschwitz, po powrocie z zajęć studenckich w Łodzi, w kąpieli w wannie, w wieku 35 lat, przy obecności gości w domu – 21 marca 1948 r.. Wezwany do niej lekarz odmówił przyjazdu dla udzielenia jej pomocy. Jasia została pochowana w Kochanowicach w swej błękitnej sukni ślubnej. Do 1998 r. miejscowe dzieci i młodzież szkolna pięknie dbała o jej grób, my zmienialiśmy tam tylko krzyże. Od czasu śmierci Jasi wszystkie młode panny w naszej rodzinie wychodząc za mąż nakładają suknie błękitne lub choćby błękitne welony – na pamiątkę tej dzielnej i zaangażowanej, oddanej Polsce, osoby. W 1998 r. realizując życzenie mojego Ojca ekshumowaliśmy Jasię i przewieźliśmy ją do rodzinnego grobu rodziny Lewtak w Końskowoli, gdzie została pochowana po Mszy Świętej, na której grały dla Jasi na skrzypcach i na klawiszach moje córki. Tu pragnę jeszcze dodać, że w 1943 r. do niemieckiego obozu zagłady KL Auschwitz trafił również mój dziadek ze strony Matki – Aleksander Szuch. Niemcy dokonywali na nim eksperymentów, m.in. kąpali go w różnych, w tym prawie wrzących, cieczach i truli gazem do kresu wytrzymałości ludzkiej. Ze stu osób z Europy eksperymenty te przeżyły tylko trzy osoby, wśród nich mój dziadek. Dzięki wstawiennictwu wspaniałej postaci, przyjaciółce Polaków, Pani Sue Ryder dziadek mój dostał w Wielkiej Brytanii w latach 60-tych odszkodowanie od strony niemieckiej. Reasumując – miałam cztery osoby z najbliższej rodziny w niemieckim obozie zagłady KL Auschwitz i nigdy po 1989 r. władze, naszej ponoć wolnej Polski, nie zaprosiły mnie ani mojej Matki na obchody oświęcimskie, jak również nie zaprosiły rodziny mojego męża, która ma pięć ofiar na listach katyńskich - na obchody katyńskie. Ponoć przedstawiciele władz polskich nieomal osobiście skreślali z list zaproszeń nazwiska nie pasujących im osób (?! dlaczego ?!). Podobnie nie usprawiedliwiona niczym dyskryminacja i krzywda spotkała pośmiertnie rodzinę Lewtaków, gdy za namową współczesnej profesor Liceum Czartoryskich w Puławach Pani Ireny Tuory Baczyńskiej wysłałam w końcu lat 90-tych na 2000 - do Liceum Czartoryskich w Puławach wspomnienie o wspaniałych absolwentach i uczniach w/w szkoły z rodziny Lewtaków, którzy całe swe życie oddali Ojczyźnie. Szkoła zbojkotowała przesłane przeze mnie wspomnienie i nie umieściła go w swym jubileuszowym wydaniu, co uważam za hańbę dla w/w szkoły. Również ok.2000 r. zgłosiła się do nas TV Lublin aby nakręcić film o bohaterskiej rodzinie mojego Ojca i o Józiu Lewtaku. Jedynymi żyjącymi świadkami śmierci moich dziadków Lewtaków i posiadającymi wszystkie wiadomości na temat rodziny z tzw. „pierwszej ręki” byli członkowie mojej rodziny, głównie moja Matka. Niestety nieznany mi „ktoś” zawrócił ekipę telewizyjną z drogi do Warszawy, do nas. No i powstał film dokumentalny o rodzinie Lewtaków, pozbawiony świadectwa ostatnich i jedynych żyjących, z naszej rodziny, świadków śmierci Heleny i Jana Lewtaków oraz pozbawiony pogłębionego świadectwa o moim bohaterskim stryju Józiu, który zginął z bronią w ręku 17.09.1943 r., idąc wraz ze swym oddziałem na pomoc Polakom na Wołyniu mordowanym przez ukraińskie OUN-UPA współpracujące w czasie II wojny światowej z hitlerowskimi Niemcami. Powstał film bez naszego świadectwa, a więc ułomny, zawierający wiele przekłamań. Czy więc można nasz kraj nazwać już wolnym, normalnym, suwerennym krajem ? Mój Ojciec Henryk Lewtak został przewieziony z obozu KL Auschwitz do innego niemieckiego obozu zagłady stworzonego podobno specjalnie dla inteligencji polskiej – do KL Mauthausen. Był tam podobno królikiem doświadczalnym. W obozie działało też podobno lobby homoseksualistów, które nie było tam, wbrew temu co głoszą od czasu do czasu niektóre nasze posłanki, stroną pokrzywdzoną obozu zagłady, a stroną wykorzystującą innych dogorywających więźniów. W tym czasie kiedy czworo członków mojej rodziny ze strony Ojca i Matki było osadzonych w obozach zagłady nastoletni Józio Lewtak ps. „Śmigły” brał udział w wielu brawurowych akcjach partyzanckich ZWZ AK. W październiku 1942 r. rozbroił wraz z innymi 16 bahnschutzów i 2 Niemców mundurowych na stacji kolejowej. W listopadzie 1942 r. rozbroił wraz ze Stefanem Lalakiem ps. „Zefir” kilku Niemców będących w towarzystwie policjanta granatowego, zdobywając dodatkową broń do walki. Wraz z innymi partyzantami Józio Lewtak „Śmigły” interweniował w obozie pracy dla młodocianych w Klementowicach gdzie Niemcy nieludzko obchodzili się z młodymi chłopcami. 11 czerwca 1943 r. koło Wierzchoniowa Józio „Śmigły” wraz ze swymi kolegami partyzantami zrobił zasadzkę na kolejną grupę Niemców i policjantów aby zdobyć kolejną broń dla swojego oddziału. Tym razem w miejscu zasadzki znienacka pojawił się pojazd osobowy z oprawcą hitlerowskim z załogi klasztoru w Kazimierzu oraz z hitlerowskim katem Polaków – zastępcą szefa więzienia na Zamku Lubelskim – katowni Polaków. Wywiązała się ostra strzelanina gdyż gestapowcy nie chcieli się poddać. Oprawcy hitlerowscy zginęli. „Śmigły” zdobył automat fiński i krótkie pistolety. Z kolei w lipcu 1943 r. „Śmigły” Józef Lewtak wziął udział w rozbiciu aresztu w Janowcu nad Wisłą. Uwolnił 25 polskich więźniów. Wkrótce potem przeszedł do oddziału Batalionów Chłopskich i razem ze swą nową grupą „Śmigły” w dniu 11 września 1943 r. wziął udział w wysadzeniu pociągu amunicyjnego pod Gołębiem. Jak we wszystkich poprzednich akcjach wykazał się nieprawdopodobną odwagą i brawurą, nieprawdopodobnym poświęceniem. Był wzorem dla innych partyzantów i ich naturalnym przywódcą. Był pierwszym atakującym konwój niemiecki chroniący pociągu. Sława „Śmigłego” Józefa Lewtaka – mojego stryja rozniosła się po całej okolicy. Gestapo go coraz intensywniej poszukiwało. Kolejne akcje z udziałem „Śmigłego” to atak na kolejkę wąskotorową w Rogowie i na żandarmerię w Karczmiskach. W oddziale BCH zaczęli o „Śmigłym” moim stryju pisać wiersze. Stał się legendą swego regionu. Dostał Krzyż Walecznych za jedną ze swych akcji, a było ich zapewne dużo więcej. Gestapo i instalująca się partyzantka sowiecka werbowali coraz więcej donosicieli i konfidentów, współpracujących tak ze stroną niemiecką jak i sowiecką, pojawiającą się tu i ówdzie. Wiedziony wieściami o straszliwej tragedii Polaków na Kresach, wyrzynanych wraz z całymi rodzinami i dziećmi przez nacjonalistów ukraińskich, którzy w II wojnie światowej byli oficjalnymi koalicjantami Niemiec hitlerowskich, „Śmigły”, wezwany przez wspólne dowództwo AK i BCH, ruszył ze swym oddziałem na pomoc Wołyniowi. Po drodze musiał znowu zdobywać broń. Miał dopiero co zaczęte 20 lat, całe życie przed sobą. Niestety – Józef Lewtak „Śmigły” w akcji pod Nasutowem 17.09.1943 r. dostaje ciężki postrzał w brzuch, być może od skrytobójczej kuli. Był to szok dla jego oddziału, którego był autorytetem, wyrocznią w wielu sprawach, jako osoba niezwykle odważna, szlachetna i ideowa. Był pięknym, rosłym, czarnowłosym chłopcem, najmłodszym z rodzeństwa Lewtaków, niezwykle zdolnym, dumą swych rodziców. Zdobyta cudem furmanka wiozła ciężko rannego, cierpiącego, umierającego w bólach „Śmigłego” przez wiele godzin przez las w poszukiwaniu pomocy lekarskiej. Umarł przysypany leśnymi wrzosami. Pośmiertnie został mu przyznany Srebrny Krzyż Virtuti Militari. Rozkaz spłonął w Powstaniu Warszawskim. Jako dokumentację zdjęciową do mojego wspomnienia o moim Ojcu, a raczej o rzeczach dla niego super ważnych w jego niedługim życiu, jako dowód krzywdy wyrządzanej przez kolejne ekipy rządzące rodzinie Lewtaków załączam zaświadczenia o odznaczeniach mojego niespełna 20-letniego stryja Józefa Lewtaka „Śmigłego”, legendarnego partyzanta BCH, ucznia III-ciej klasy Liceum Czartoryskich w Puławach i moje wystąpienia do kolejnych i obecnych urzędów polskich kombatanckich, do urzędników w randze wiceministrów oraz ich odpowiedzi, aby zawstydzić dzisiejszych urzędników tym jak ośmielają się traktować polskich bohaterów. Tylko nieliczne osoby wiedziały, że „Śmigły” zginął. Był postrachem Niemców w okolicy. Ci co wiedzieli o jego śmierci bali się tę straszną prawdę przekazać jego rodzicom – Helenie z Pajurków i Janowi Lewtakom – moim dziadkom, gdyż ci ostatni mieli już resztę swych dzieci i zięcia w obozach zagłady i ich los był im nie znany, nie wiedzieli nawet – czy żyją. Ludzie chcieli im oszczędzić cierpień. 04 stycznia 1944 r., wraz z rozpoczęciem akcji „Burza” Armii Krajowej, do Pożoga wjechał oddział żandarmerii niemieckiej w poszukiwaniu sławnego partyzanta Józefa Lewtaka „Śmiglego”. Udali się wpierw do majątku mojego wuja Antoniego Korczyńskiego, gdzie pracował Jan Lewtak. W tym czasie w majątku mojego wuja Antoniego – partyzanta AK, którym pod jego nieobecność zarządzała jego matka Stanisława Korczyńska – siostra mojej prababci - z wizytą świąteczną przebywała moja Mama z moją babcią. Odgłosy katowania Jana Lewtaka roznosiły się po całej okolicy. Niemcy chcieli wymusić na moim dziadku ujawnienie gdzie znajduje się jego syn Józef Lewtak i gdzie stacjonuje jego oddział. Dziadek nie chciał nic zdradzić, nie wiedział, że syn już nie żyje. Nie chciał nic powiedzieć o innych partyzantach. Niemcy zakatowali Jana Lewtaka łańcuchami i kolbami na śmierć. Moja rodzina ze strony Matki będąc najbliżej usytuowanymi przy miejscu kaźni Jana Lewtaka głośno modliła się przy dworskim oknie. Po zakatowaniu na śmierć mojego dziadka Jana Lewtaka Niemcy udali się do domu rodzinnego Lewtaków, gdzie jeszcze podobno chora po zapaleniu płuc leżała moja nieznana mi babcia Helena Lewtak z Pajurków. Babcia została wyciągnięta z łóżka i skatowana. Nie chciała nic zdradzić. Katowano ja tak mocno, że również po kilku godzinach umarła. Śmierć obydwojga moich dziadków z rąk Niemców, naszych sojuszników w Unii Europejskiej - nastąpiła 04 stycznia 1944 roku – Jana Lewtaka od razu, babci podobno po kilku godzinach. Ich pogrzeb w Końskowoli był patriotyczną manifestacją ludności przy szalejącej obławie gestapo usiłującym schwycić, nie żyjącego już przecież od kilku miesięcy, Józia Lewtaka „Śmigłego” - mojego bohaterskiego stryja, ucznia III-ciej klasy Liceum Czartoryskich - na pogrzebie jego ukochanych rodziców. Po wojnie pierwsza do domu do Pożoga wróciła Jasia, ona też pierwsza dowiedziała się od mej ciotecznej prababki Stanisławy Korczyńskiej, że jej rodzice nie żyją, że najmłodszy brat nie żyje i nie wiadomo czy żyje jej ostatni bliski z rodziny – brat Henryk. Jasia zamieszkała u rodziny mojego wuja. Potem do domu wrócił mój Ojciec odbierając również straszliwą wiadomość, że wszyscy jego najukochańsi nie żyją, że została mu tylko siostra. Ojciec z moją Mamą Teresą Lubomirą Szuch, która straciła swego narzeczonego Leszka Gajewskiego „Groma” ostatniego dnia Powstania Warszawskiego na Żoliborzu – 30.09.1944 r., podczas przedzierania się do Szklanego Domu, przy ostrzale artyleryjskim niemieckim z trzech stron i z powietrza, przy niedaniu powstańcom przez Rosjan obiecanej zasłony dymnej - znali się z przedwojennych wakacji w Pożogu. Obydwoje przeszli gehennę wojenną, potracili bliskich, widzieli i przeżyli straszliwe rzeczy. To ich połączyło. Ale wkrótce okazało się, że mojego Taty psychika jest zniszczona przez wojnę, a szczególnie przez obóz i śmierć jego najbliższych. Kiedy mój mały braciszek, zanim się urodziłam, zachorował śmiertelnie, mój Ojciec nie umiał się odnaleźć w zaistniałej sytuacji. Wkrótce rodzice przestali być razem, ale przez całe życie darzyli się ogromnym szacunkiem. Ojciec nas ogromnie kochał, mimo że przez całe moje dzieciństwo widziałam go zaledwie kilka razy. Zapamiętałam jego zainteresowania. Wszczepił mnie i bratu pasję historyczną i astronomiczną, nauczył mnie gry w szachy, mając 5 lat na wakacjach w Bukowinie Tatrzańskiej nauczyłam się grać z Tatą w jakieś zabawne gry karciane i w tysiąca. Chodziłam z nim na mecze pięściarskie i na wyścigi na żużlu. Rzeczy, które mi opowiadał z astronomii były tak fantastyczne, że bałam się spać w nocy, bo śniło mi się, że księżyc spada na naszą planetę Ziemię i wszyscy giniemy. Nawet jak mnie pocieszano, że jeżeli nam grozi katastrofa kosmiczna to za miliony lat – nie było to dla mnie żadnym pocieszeniem gdyż zagrażało to w mym mniemaniu moim przyszłym potomkom. Z Tatą też po raz pierwszy w życiu byłam na nartach i pierwszy raz wdrapałam się zimą chyba na Śnieżnik (lub Śnieżkę) i na Halę Gąsienicową. Od dzieciństwa płakałam z Mamą nad bestialstwami wojny i od dzieciństwa uważałam, że mojego Tatę strasznie skrzywdziło życie. Tato, wkrótce po wojnie, po przedwczesnej śmierci jego ukochanej siostry, ostatniej ocalałej z jego przedwojennej rodziny, sprzedał swój dom rodzinny w Pożogu. Po rozstaniu z mą Matką, niedługo po wojnie, Tato kupił od prawowitych właścicieli swój nowy dom na Żoliborzu Oficerskim. Po wielu latach sprowadził nas do swego domu na Żoliborzu – nas – czyli swoje dorastające dzieci i swą byłą żonę, zamierzał wyemigrować. Wiele lat walczył z wyprowadzaniem lokatorów, z remontem domu, potem krótko walczyły z trudami domu moje Mama i Babcia, a potem przez dziesięciolecia i w sposób generalny – ja z mężem. Po wojnie Józiowi Lewtakowi postawiono dwa pomniki. Jeden zbiorowy nad mogiłą, w której leży z innymi partyzantami, w Markuszowie i drugi wspólny z innym partyzantem – w Nasutowie. Rodzina Lewtaków jest też wymieniona na upamiętniającym martyrologię polską obelisku w Pożogu. Ojciec ukończył studia w Gliwicach na Politechnice, opracował kilka patentów naukowych, ponoć był nawet krótko dyrektorem fabryki, ale szybko zraził się do systemu i zaczął działalność prywatną, która mu różnie szła. Przez lata był zwalczany i dyskryminowany. Na emigracji Ojciec przepisał swój dom na mnie i na brata. Wbrew woli ojca, który orzekł w swej ostatniej woli, że jeśli któreś z dzieci opuści jego dom, to połowa domu tego dziecka przechodzi nieodpłatnie na drugie pozostające w jego domu dziecko – spłaciłam nieoficjalnie połowę domu bratu, który go opuścił w stanie tzw. ruiny. Odkupiłam również wraz z mężem w 1998 r. dom Ojca w Pożogu, naiwnie myśląc, że mój kraj pomoże mi go odbudować i w jego części zrobić izbę pamięci rodziny Lewtaków i martyrologii Lubelszczyzny. Dom już się zapada, gaśnie, a my już nie mamy sił i środków. W czasach Solidarności kuzyn mojego Ojca był znanym działaczem Solidarności w Gdańsku, mój brat również zapisał się do Solidarności, Mama była od kilku lat dyrektorem wszystkich Domów Towarowych Centrum w Polsce, w domu naszym „ukrył się” kolejny nasz kuzyn z Solidarności – zmarły niedawno w niejasnych okolicznościach – Andrzej Tkaczyński, syn zamordowanego przez stalinowców Edwarda, brata mojej babci. Mimo tych faktów - oprócz zwalczania i szykanowania nas przez SB z powodu posiadania przez nas rodziny – Ojca i brata Matki na emigracji oraz rodowodu akowskiego i przekonań patriotycznych – zaczął prześladować nas, szczególnie mnie na uczelni, w oparciu o pomówienia SB, jakiś uczelniany odłam Solidarności – zapewne przetkany agentami, którzy na bazie swoich pomówień zrobili karierę w obecnej Polsce. Jednym z rozsiewanych zarzutów był taki, że nikt normalnie w Polsce nie może mieć takiego domu, jak ten, w którym mieszkamy z moją Matką, po wyemigrowaniu zeń mojego Ojca. Sugerowano, że w/w dom Matka otrzymała od partii, podczas kiedy dom rozwiedzionego z Matką od lat Ojca, nigdy nie należał do Matki i nigdy nie był luksusowym domem. Był zakupiony jako rudera wiele lat wcześniej i nawet do dziś nie jest jeszcze do końca wyremontowany. Ale jak się walczy o władzę, to każdy środek okazuje się dobry. Więc dopisano nam sztuczny stan posiadania i nowe nieakowskie życiorysy i SB/UB/NKWD zacierało ręce z radości, że usiłowano nas zniszczyć rękoma uczelnianej opozycji, którą żeśmy narażając się poprzednio popierali. W pewnym momencie stałam się zupełnie zdezorientowana. Doszłam do wniosku, że pewne odłamy Solidarności są zakamuflowanymi odłamami SB tak jak w czasach powojennych tworzono nieprawdziwe oddziały Żołnierzy Wyklętych aby właśnie skompromitować Żołnierzy Wyklętych. Żołnierzami Wyklętymi byli przecież mój dziadek i brat mojej Matki. Mama jako jedna z pierwszych pisała w Polsce patriotyczne artykuły o Powstaniu Warszawskim i robiła u nas w domu spotkania powstańców. Nikt z rodziny nie był ani „tw” ani agentem. Wszystko co piszę o moim Ojcu, o Jego bohaterskiej rodzinie i to, że mam o nim tylko ułamki wspomnień to wina wojny, którą wywołały mocarstwa światowe unicestwiając życie naszego kraju, życie naszych polskich rodzin i naszej rodziny, wojny powodującej ponowną utratę przez Polskę suwerenności i utratę terytorium na Kresach. Ojciec na emigracji, nie mając innego wyjścia, zaszył się w polsko-żydowsko-rosyjsko-bułgarskim środowisku emigracyjnym. Po licznych odwołaniach udało nam się jako studentom wyjechać do pracy fizycznej za granicę aby zarobić na remont domu. Nielegalnie spotykaliśmy się z Ojcem, czasem pracowaliśmy u niego, w ten sposób starał się nam pomóc. SB uniemożliwiało Ojcu uzyskanie paszportu na wjazd i wyjazd z Polski, zablokowało paszport jego sympatii, natomiast w naszym odczuciu - SB podsunęło mu za granicą kobietę, która nakłoniła Ojca do zmiany obywatelstwa, przed czym się zawsze bronił, do ożenku. W 1983 r., już jako Belg, Ojciec przyjechał do Polski aby kupić dom na Żoliborzu, którym był zainteresowany od dawna. Dom zaprezentowano Ojcu jako rzekomo za drogi. Przy jednej z okazji ojciec przedstawił nam swego przyjaciela z emigracji z dziedziny sztuki – Bułgara pochodzenia żydowskiego. Źle mu patrzyło z oczu. Wkrótce zaistniały zdarzenia, które przeczuwaliśmy, że mogą nastąpić. Ojciec w Brukseli po powrocie z targu staroci i owoców w niedzielę 19.02.1984 r. miał wizytę u siebie młodej osoby, z którą wypił herbatę. Po jej wypiciu dostał krwotoku. Tajemnicza dziewczyna zamówiła karetkę i zniknęła. Karetka po raz pierwszy od 10 lat przyjechała do Ojca bez lekarza. Ojciec zszedł o własnych siłach do karetki. Droga do szpitala trwała 2 minuty. W tym czasie Ojciec umarł. Był reanimowany w szpitalu przez 40 minut. Lekarza, który nie przyjechał do Ojca zwolniono z pracy. Kiedy nielegalnie dostaliśmy się po kilku miesiącach do Brukseli i badaliśmy sprawę nieoczekiwanej śmierci mojego Ojca, jeden z lekarzy zapytał mnie : czy nikt nie życzył sobie śmierci pani Ojca ? Pieniądze mojego Ojca na zakup nowego domu na Żoliborzu zniknęły, a właścicielem upatrzonego przezeń domu stał się ktoś w Belgii ze środowiska najprawdopodobniej rosyjsko-żydowskiego i następnie sprzedał go, nie tak dawno, podobnemu środowisku w Polsce. Jak dane mi było znaleźć w aktach IPN rzekomy przyjaciel emigracyjny mojego Ojca, który roześmiany i na drinku pojawił się na lotnisku w Polsce w lutym 1984 r. z byłą 2-gą żoną mojego Ojca, niosącą jego prochy w urnie i kilkanaście waliz z jego dobytkiem, był obserwowany od dłuższego czasu w Polsce z podejrzeniem o szpiegostwo. Co dziwne – z długiego okresu obserwacji tego człowieka wycięto wszystkie okresy kiedy miał on styczność z moim Ojcem. Moim zdaniem zakwalifikowano go w podejrzeniach SB nie do tych służb i państw do jakich powinno, ponadto człowiek ten miał dziwne i nietypowe kontakty z zespołami polskich wojskowych karetek pogotowia w okresie niedługo poprzedzającym śmierć mojego Ojca w nietypowym składzie karetki pogotowia w Brukseli. Myślę więc, że Ojciec mój był jedną z kolejnych ofiar systemu komunistycznego. Marzeniem mojego Ojca za jego życia było upamiętnienie martyrologii Jego rodziny i bohaterstwa Jego brata Józefa Lewtaka „Śmigłego”. Stąd kiedy odnalazłam w dokumentach pośmiertnych mojego Ojca stare zaświadczenia o odznaczeniach bojowych Józefa Lewtaka z lat 50-tych, przysłane Ojcu przez znanego dowódcę BCH Rodaka Rolę, zaświadczenia o jego Krzyżu Walecznych i Virtuti Militari, przesłałam je w 2009 r. do Urzędu Kombatantów do pana Krupskiego. Dostałam wówczas z Urzędu obiecującą odpowiedź. Niestety pan Krupski zginął w katastrofie smoleńskiej. W 2011 r. napisałam ponownie, za nowej władzy, w sprawie uznania odznaczeń Józefa Lewtaka, do Kapituły Orderu Virtuti Militari. Kapituła przesłała powierzone jej dokumenty do Urzędu Kombatantów, gdzie działał m.in. pan Kunert, który przyjął mnie nawet z mężem na rozmowę. Przez pięć lat w/w Urząd nie odpowiedział mi na pismo Kapituły i na zgłoszoną mu przeze mnie sprawę. Zaświadczenie Józia Lewtaka o Krzyżu Walecznych posiadało wszystkie wymagane podpisy (trzy), zaświadczenie o nadaniu mu pośmiertnie Virtuti Militari, miało dwa podpisy – dowódcy i bodajże Komisji Historycznej. Brakowało podpisu Kamińskiego, bo rozkaz spłonął w Powstaniu Warszawskim, a Kamiński był po wojnie w więzieniu stalinowskim, a mój Ojciec miał ustawiczne kłopoty z władzami PRL. Oczekiwałam od naszych urzędów w obecnej Polsce przysłania mi legitymacji i medalu KW dla mojego stryja oraz uznania jego Virtuti Militari jako przyznanego i w pełni uznanego. Minęło 5 długich lat, oczywiście niejednokrotnie poruszałam temat patriotów z mojej rodziny i mojego stryja z różnymi urzędnikami w różnych urzędach, ale żaden ze znanych mi notabli nie zainteresował się tak naprawdę patriotami polskimi. Wreszcie wybraliśmy nową ekipę rządzącą. W 2016 r. wysłałam nowe pismo do nowych władz Urzędu Kombatantów. Pismo wraz z licznymi załącznikami, świadectwami itp. miało 32 strony. Zanim wróciło potwierdzenie odbioru mojego pisma przez Urząd - już wróciła byle jaka i podająca nieprawdę odpowiedź, nie załatwiająca w ogóle sprawy - ani profesjonalna, ani elegancka, ani patriotyczna. Gdyby rodzina mojego Ojca z powodu bohaterskiej działalności mojego stryja i Ojca nie była cała zamordowana, gdyby mój stryj bohatersko nie zginął, gdyby mój Ojciec żył i gdybyśmy my znali te dokumenty wcześniej – być może Polska doceniłaby swoich bohaterów. Jeszcze większe byłyby szanse gdybyśmy byli ludźmi ustawionymi w obecnej rzeczywistości. To nie jest nadal normalny, sprawiedliwy kraj, tego faktu nie da się już dalej ukryć. Z tych wszystkich straszliwych doznań naszego społeczeństwa żadne nauki nie zostały przez polityków wyciągnięte. Nie ceni się naszych bohaterów, jak tylko koniunkturalnie i wybiórczo. Marnuje i krzywdzi się ludzi. Ponadto obecnie wpuszczamy do naszego słabego ekonomicznie i politycznie kraju ogromną ilość mniejszości narodowych, szczególnie tych, które nas ostatnio bestialsko mordowały, dajemy im nasze obywatelstwo, warunki egzystencji, wypychając naszą młodzież z powodu kryzysu ekonomicznego na emigrację, być może na zawsze. Jeden ze stosowanych przez niektórych polityków skandalicznych argumentów to ten, że mniejszości poprawią nam dzietność i przyrost naturalny (!). Zamiast stworzyć warunki dla egzystencji i dzietności naszym młodym usiłuje się zaludniać Polskę obcymi nam kulturowo i mentalnie mniejszościami. Te tendencje są zgodne z od lat występującymi tendencjami naszych najeźdźców i zaborców. Nic ująć nic dodać. Tak więc kiedy wojna po raz kolejny przerwała rozwijającą się zaledwie nić rozwoju naszego kraju – dzieciństwo i młodość moich rodziców – następnego pokolenia Polaków – państwowość Polski i jej ciągłość pokoleniowa, historyczna i kulturalna została ponownie brutalnie przerwana. Przypuszczam, że od zawsze podobna sytuacja powtarzała się i będzie się powtarzać w przyszłości. Moi dziadkowie ze strony matki wraz z ich sąsiadem słynnym, olimpijczykiem Januszem Kusocińskim i z jednym z braci babci - Edmundem Korczakiem zaangażowali się w czasie wojny w działania konspiracyjne w Organizacji Wojskowej „Wilki”, drugi brat babci Edward Tkaczyński – leśnik z Karpat Wschodnich z Peczeniżyna został uwięziony na Łubiance, a potem wywieziony do gułagu na Kołymie, moja 13-letnia Mama Teresa Lubomira Szuch (późniejsza Teresa Lewtak-Stattler) i jej 14-letni brat Janusz Szuch znaleźli się w KEDYWIE (AGAT-PEGAZ-Parasol), a potem w Powstaniu Warszawskim, ojciec mojego męża 20-letni Tadeusz Baczyński stał się partyzantem i przybocznym Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, matka mojego męża Wisia Żarska i jej matka Eugenia Żarska z d. Wiśniewska wstąpiły do lubelskiego AK. To co wojna i powojenna rzeczywistość zrobiła z moją rodziną jest właśnie wspomnieniem o moim Ojcu, tragicznym wspomnieniem Jego losów i losu Jego rodziny. Załączam odznaczenia, pisma, odpowiedzi i zdjęcia (21 skanów).

Bogna Lewtak-Baczyńska, Bukowina Tarzańska / Brzegi, 30.08.2016 r.