BOGNA LEWTAK-BACZYŃSKA
WELLTRADE JANUSZ BACZYŃSKI

Sprzedaż wysyłkowa albumów CD z utworami z repertuaru Edith Piaf, z wielką poezją polską, z rep. patriotycznym i in.
Sprzedaż autorskich publikacji, poezji, książek i prac artystycznych - obrazów, szkiców i grafik.

GALERIA AUTORSKA I TEATR WELL ART BOGNY LEWTAK-BACZYŃSKIEJ



Recenzja filmu „Wołyń” w reż.Wojciecha Smarzowskiego

Wydaje mi się, że byłam pierwszą osobą, która zrobiła pierwszy i jedyny wówczas wPolsce (w 2006/2007 r.) film o ludobójstwie popełnionym przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Kresach. Film paradokumentalny, zrealizowany metodą amatorską.

Film trwał ok.godzinę lub ponad godzinę. Wysłałam go na dwa festiwale. Był bardzo wzruszający, ale kręcony amatorsko i nietechnicznie. Ale i cóż z tego ? Nagradzono na tych festiwalach nawet filmy kręcone komórką. Awangardowość mojego filmu polegała również na tym, że filmowałam sceny namalowane na moich obrazach, które obrazowały fragmenty wspomnień i pamiętników tzw. świadków historii. Świadectwa te były czytane przez lektora przy penetrowaniu kamerą dramatycznych szczegółów moich obrazów. W tle dźwiękowym filmu szły moje utwory o martyrologii Polaków, o ludobójstwie na Kresach – wykorzystane potem przez Instytut Pamięci Narodowej do filmów edukacyjnych Instytutu i użyte przez jeden z teatrów – Teatr NIE TERAZ z Tarnowa do jego znanego spektaklu o Kresach, w którym to mój utwór był jednym z jego głównych elementów i gdzie nawet nie zaproszono mnie na premierę, a w programie spektaklu nie podawano, że jest to utwór mojego autorstwa (!). Kiedy zareklamowałam sprawę w/w teatrowi – przedstawiciel teatru T.A.Ż. postraszył mnie, że zostanę zniesławiona w środowisku kresowym jeśli nadal będę domagała się prasowych przeprosin za naruszenie moich praw autorskich.

Oprócz szalenie newralgicznego od czasu II wojny światowej do chwili obecnej tematu martyrologii Kresów mój film pokazywał inne niebezpieczne tematy – proces gen. Okulickiego w Moskwie, temat hitlerowskiego obozu zagłady na terenie Warszawy KL Warschau oraz Powstanie Warszawskie 1944. Mój film miał mieć dwa pokazy, jeden m.in. w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich na Foksal w Warszawie, ale w dniu i w godzinie pokazu „nagle nawaliła” cała aparatura filmowa, w co do tej pory nie wierzę. Również drugi obiecywany pokaz się nie odbył. Niemniej mój film jakby przetarł pewien szlak, bowiem minęło zaledwie kilka miesięcy, może rok i nagle posypały się filmy o ludobójstwie na Kresach – o Hucie Pieniackiej i o innych miejscach – zrealizowane przez twórców namaszczanych przez władzę. Mnie, jak zwykle, przyblokowano, bowiem do uczestnictwa w życiu publicznym w Polsce mają prawo tylko wybrani – nic się od PRL nie zmieniło w tej mierze, ja więc kreuję to życie bardziej za granicą niż w kraju. Nic dziwnego – cała rodzina moja walczyła o Polskę, mamy dużo śmiertelnych ofiar ze strony każdego okupanta, w tym i Ukraińców, mieliśmy osoby w gułagach, w hitlerowskich obozach zagłady, w Katyniu, w Powstaniu Warszawskim, dwóch Żołnierzy Wyklętych, ofiary terroru stalinowskiego – wszystkie z Armii Krajowej, od Andersa, ratowaliśmy Żydów. Nie mieliśmy w rodzinie ani „tw” ani agentów i mamy status pokrzywdzenia. A teraz odznacza się Żołnierzy Wyklętych, ale również, jak się okazuje, wybiórczo. Są bliżsi i dalsi sercu bohaterowie – co uważam za podłość polityczną, że jedne ofiary terroru się zauważa, a innych - koniunkturalnie – nie i nie odznacza się.

Nasza wiedza o naszej historii ma w dalszym ciągu wiele plam. Nie tylko elita, ale rdzeń naszego narodu został wymordowany w czasie II wojny światowej i po niej. W moim odczuciu nie ostał się nikt kto mógłby realizować dzieła mówiące w imieniu ofiar polskich z punktu widzenia ich dramatycznych przeżyć w imieniu naszych polskich wymordowanych, oszkalowanych, ośmieszanych, obrażanych elit, które usiłowały po 120 latach zaborów utrwalić w Polsce niepodległość i robiły to dużo skuteczniej - i rzeczywiście dla dobra kraju - niż rządzący Polską po 1989 r.. W moim odczuciu dysponujemy obecnie inteligentnymi, konsumpcyjnymi, ale i zblazowanymi i interesownymi, w swej istocie niepatriotycznymi elitami postkomunistycznymi, najczęściej wywodzącymi się z mniejszości narodowych, które w pewnym momencie zbuntowały się przeciwko zabraniu ich rodzinom władzy, którą miały w okresie stalinowskim, nadanej im poprzednio najczęściej przez Rosjan.

Kiedy przeglądamy akta IPN to niejednokrotnie widać, że dzieci oprawców polskich patriotów – funkcjonariuszy z najgorszych lat stalinowskich - wybrały jako swoje zawody dziedziny artystyczne – film, malarstwo, muzykę. Często donosicielami z krwawym żniwem byli ludzie sztuki związani z Armią Czerwoną i obsługujący jej festyny, również pochodzący z naszych mniejszości narodowych. Środowiska te również zasiliły dziennikarstwo, naukę, zawody artystyczne i inne ciekawe dziedziny, do których Polacy patrioci nie byli dopuszczani po II wojnie światowej. Najczęściej do studiowania i do kadr profesorskich byli dopuszczani ludzie o właściwych dla władzy - lewicowych poglądach. Takie więc mamy „elity” jakie środowiska dopuszczano do edukacji i do życia publicznego w Polsce po II wojnie światowej, co bardzo często trwa aż do chwili obecnej.

Nasi twórcy na ogół nie wywodzą się z rodzin, które oddawały życie za Polskę, a z tych co układały się z zaborcami i okupantami, co nie narażały się i swojego życia w jakiejkolwiek walce. Ten właśnie zbiór osób, nieraz bardzo zdolnych, zasilał wszystkie najistotniejsze dziedziny życia w naszym kraju od lat i nie dopuszczał i nie będzie dopuszczał twórców wywodzących się z resztek już nie istniejących dawnych elit polskich czyli tych rodaków, których rodziny od pokoleń walczyły o niepodległość Polski i składały w tej walce ofiary z własnego życia choćby były najzdolniejsze. Elitami nie są dla mnie również odłamy arystokracji, które układały się z naszymi zaborcami i uzyskiwały od nich tytuły hrabiowskie, książęce i inne oraz apanaże.

Piszę te uwagi dlatego, bo uważam, że za ważne dla historii Polski tematy biorą się najczęściej niezwykle zdolni reżyserzy, ale na ogół ze środowisk postkomunistycznych czy lewicowych, którzy walki i przeżycia Polaków z okresów I czy II wojny znają tylko z opowieści i książek tzw. „lewackich” i tylko z tego punktu są w stanie oceniać historię, którą filmują, sposób zachowania się bohaterów, ich odczuwania i zainteresowania. Powstają często może i niezłe filmy, z dobrymi scenami batalistycznymi (technika), ale z bladymi, wypranymi z koloru, prymitywnymi, schematycznymi, wg szablonu przyniesionego z propagandy radzieckiej, postaciami inteligencji polskiej, szczególnie przedwojennej czy podzaborowej. Tak więc wybitni polscy generałowie czy naczelnicy są pokazani jako chodzące egoistyczne nieinteligentne, przygłupie wręcz drętwusy, natomiast ludzie z ludu każdego kraju, co w dużej mierze jest oczywiście słuszne, to są ci czujni, mądrzy, kolorowi, pełni poświęceń i budzący sympatię. Z kolei wśród okupantów i barbarzyńców, enkawudowców i innych drani spotykamy dobre i zagubione postacie, po to aby uzasadnić własną konformistyczną postawę życiową twórcy i zapewne aby nie narazić się nikomu do końca i bez odwrotu, a także aby uzasadnić tezę, że każdy naród jest tak samo zbrodniczy jak i dobry i wszyscy w historii naszego świata są odpowiednio umazani kałem. W tym kontekście historyczną wiedzę przekazującą, że pewne narody mają wybitnie ekspansyjne cechy i dążenia, powtarzające się w każdym stuleciu, a inne narody w/w cechy przejawiają w dużo mniejszym stopniu - usiłuje się nazwać poglądami faszystowskimi. Jest to potrzebne niektórym elitom aby łatwiej wytłumaczyć i siebie rozgrzeszyć, a przede wszystkim zbrodniarzy z ich zbrodni, co jest potrzebne w świecie naszej koniunkturalnej i prostytuującej się polityki i jej elit.

Na naszej filmografii odbija się również brak wiedzy historycznej reżyserów i scenarzystów, i do tego wiedzy nie zanieczyszczonej propagandą obecnych czy poprzednich czasów, wiedzy wypływającej z własnych, dotyczących historii Polski, dramatycznych doświadczeń rodzinnych w odniesieniu do polskiej części społeczeństwa, a nie wiedzy - wywodzącej się tylko z jednostkowych doświadczeń żyjących na naszym terenie mniejszości narodowych.

Naszą historię podaje się nam bardzo często z perspektywy doświadczeń niepolskich – ale żydowskich, ukraińskich, niemieckich co jest według mnie niedopuszczalne, bo umniejsza się martyrologię polską i stwarza się fałszywy obraz polskiej historii przedstawianej w interesie innych krajów.

Boli mnie w naszej obecnej rzeczywistości stopień zakłamania publicznego przypominający swym poziomem ten z PRLu. Jeszcze kilka lat temu organizatorzy moich recitali, w niby bardzo patriotycznych ośrodkach, byli bardzo przeciwni zaśpiewaniu przeze mnie jakiegokolwiek utworu o martyrologii Kresów lub starali się bardzo zawęzić układ mojego recitalu jeśli był patriotyczny. Pomyśleć, że dwutomową książkę Siemaszków przekazywałam Panu Prezydentowi m.st.Warszawy Lechowi Kaczyńskiemu za jego zgodą w sposób dyskretny - przez niezapomnianego ks. Romana Indrzejczyka.

Wracając do filmu - „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego... Obejrzałam film, tak jak i film „Smoleńsk” Antoniego Krauzego, dwukrotnie. Czuję wielką ulgę i wdzięczność dla reżysera, że powstał film o ludobójstwie na Polakach. Jest to jedno z pierwszych fabularnych świadectw o martyrologii polskiej – ludobójstwie ukraińskim na ludności polskiej. Jestem wdzięczna reżyserowi, że go zrealizował. Za drugim razem film jeszcze bardziej mnie do siebie przekonał, gdyż pewne powiązania scenariuszowe stały się dla mnie jaśniejsze. Film zasługuje na pochwały i pokazuje dużo prawdy jak np. - zabijanie przez Ukraińców polskich żołnierzy w 1939 r. wracających z wojny, mordowanie przez Ukraińców Żydów, witanie radosne naszych okupantów : Rosjan – przez Żydów i Ukraińców, Niemców – przez Ukraińców, okradanie polskich dworów, przerażające sceny rzezi na Polakach, a także Ukraińców, którzy starali się zachować jak ludzie, ponadto makabryczne rozerwanie końmi znanego poety polskiego, emisariusza co nie było rzadką formą śmierci zadawanej Polakom. Gdyby reżyser pokazał pełniej jak się to odbywało w rzeczywistości, jak Ukraińcy mordowali – to ludzie pomdleliby w kinie. Tak więc uważam, wbrew niektórym recenzentom, że nie było za dużo scen okrutnych w filmie. Bo w rzeczywistości - jakże częste było wielogodzinne zadawanie śmierci młodym ludziom czy kobietom ciężarnym, z okrucieństwem niespotykanym u innych nacji. Może taki wstrząs byłby potrzebny elitom tego świata aby nie stosowali zbyt szybko znaku równości pomiędzy zbrodniami różnych nacji na tym świecie. Mówią niektórzy, w tym, o ile dobrze zrozumiałam, może i reżyser, że nie ważne jest : jak, kto i ile, tylko sam fakt zaistnienia zbrodni, którą każda nacja jest w stanie popełnić. Nic bardziej mylnego. Nie każda nacja jest w stanie masowo popełnić tak potworne i perwersyjne zbrodnie jak np. Ukraińcy i Niemcy i jeszcze kilka innych narodów. Ginąć od kuli nie jest tym samym co od piłowania na żywca czy od wyrywania płodu z brzucha i wrzucania tam kamieni. Nie jest tym samym zamordowanie kilkuset tysięcy ludzi, a kilkuset ludzi. Nie jest tym samym gdy morduje człowieka element uważany za zbrodniczy i zdegenerowany, margines społeczny i gdy mordują człowieka ludzie obdarzani przez niego zaufaniem lub uczuciem, uważani za przyjaciół i krewnych lub tacy, którzy otrzymali od swych ofiar rodzaj miłosierdzia w przeszłości – to są różnice zasadnicze. Czytałam niektóre recenzje. Jeden z poważanych recenzentów napisał, zupełnie błędnie, że nie było takiego zjawiska wśród Ukraińców jak święcenie narzędzi zbrodni przez popów, otóż ów recenzent jest w zupełnym błędzie. Jak najbardziej popi święcili narzędzia zbrodni tak prawosławni jak i grekokatoliccy, a polscy kapłani – tego nigdy nie robili.

Tak jak film Smarzowskiego doceniłam mimo kilku jego niezupełnie słusznych, w mej opinii, wtrętów „propagandowych”, o których wkrótce, tak wywiad z reżyserem w „Do rzeczy” trochę mnie zasmucił. Odniosłam wrażenie, że film przerósł swą wymową reżysera.

Zdaję sobie sprawę, że film nie może opowiedzieć wszystkiego, że opowiedzieć można wiele wybranym fragmentem życia jakiejś rodziny, ale pewnych uproszczeń historii dla celów dyplomatycznych nie powinno się robić. Zaraz temat rozwinę, ale wpierw podkreślę, że to, że powstał film „Wołyń” to również zasługa naszego społeczeństwa, że walczyło manifestacjami i swymi świadectwami o prawdę oraz zasługa kilku autorów takich jak - państwa Siemaszków, pana Srokowskiego, pani Kulińskiej, pana Białowąsa, ks. Isakowicza-Zaleskiego i innych, a także - moja i mojego męża również, bo pierwsi w Polsce tworzyliśmy obrazy i wystawy malarstwa, rysunku i grafiki na temat ludobójstwa na Polakach na Kresach i w innych regionach, w tym i w Powstaniu Warszawskim, a także komponowałam, układałam i wykonywałam utwory śpiewane na powyższy temat, nakręciłam film w 2006/2007 r. oraz napisałam książkę w 2011 r. w bibliofilskim nakładzie o zbrodniach ukraińskich w Powstaniu Warszawskim, co zaszkodziło mi w moich planach artystycznych, o czym za chwilę. Pierwsza rzecz, o której chcę wspomnieć to ta, że tak jak od wielu lat bojkotowano temat zbrodni ukraińskich na Kresach, tak teraz nadal bojkotuje się temat zbrodni ukraińskich w Powstaniu Warszawskim, nawet przez poszkodowane środowiska kresowe. Jest to bardzo zasmucające. Druga sprawa to sprawa braku form i savoir vivre'u pewnych osób czy przedstawicieli pewnych stowarzyszeń mających dbać o pamięć o ludobójstwie. Dzięki informacji pani Lucyny Kulińskiej i zaproszeniu Stowarzyszenia Kresy we Francji byłam w Paryżu na konferencji poświęconej martyrologii Kresów z udziałem i prelekcjami pani Kulińskiej i pana Srokowskiego. Podczas konferencji przed stołem prelegentów staly moje dwa olejne obrazy poświęcone martyrologii Kresów, które przekazałam Stowarzyszeniu wraz z innymi materiałami, w tym filmowymi, pod warunkiem, że obrazy będą non stop wyeksponowane publicznie w owym Stowarzyszeniu. I tu z przykrością muszę powiedzieć, że nie dość, że wartościowe w treści obrazy zostały gdzieś schowane i nikt ich nigdy nie oglądał, jakby przez kogoś zawłaszczone, to nawet nie otrzymałam nigdy przyjętego zwyczajowo podziękowania na piśmie, a przedstawiciele Stowarzyszenia od kilku lat robią uniki w kontaktach, nie chcą ani udzielić mi informacji co się stało z obrazami, ani ich zwrócić. Po prostu – niesłychane.

W swym filmie „Wołyń” Wojciech Smarzowski dobrze pokazuje narastającą niepewność i grozę i niedowierzanie : „Nie, nasi Ukraińcy, nam nic nie zrobią...”. Pokazuje ukraińskich sąsiadów grabiących polskie domy w swoim sąsiedztwie tuż po zamordowaniu tam ich braci Polaków, leżących tam pokotem w strugach krwi, ludzi potopionych w studniach, wiadra z oberżniętymi głowami, udowadnianie przed oprawcami, że się jest Ukraińcem aby ratować życie, tak jak to robili Żydzi udając, że nimi nie są przed hitlerowcami - Niemcami. Reżyser nie pokazuje natomiast, że Sowieci mordowali Polaków i że Niemcy mordowali Polaków, tak jak Żydów oraz nie doprecyzowuje, że Ukraińcy byli w koalicji z hitlerowcami. Na marginesie - byli w koalicji nie tylko na Kresach, również w Powstaniu Warszawskim i na Zamojszczyźnie przy wysiedlaniu polskich rodzin i dzieci Zamojszczyzny. Już wtedy Niemcy mieli plany aby Ukraińcami zasiedlić Polskę, czyli mieli w planach to co się dzieje u nas obecnie.

Co natomiast było w filmie Smarzowskiego, według mnie, niezupełnie zgodne ze znanymi relacjami i faktami z martyrologii Kresów. Na przykład fakt, że zamordowanie żony Polki miało dać szansę uratowania wspólnych z mężem Ukraińcem dzieci polsko-ukraińskich. Znam wiele wprost przeciwnych relacji. Zacytuję fakt z rodziny mojej ciotki. Dotyczył rodziny bodajże Sławińskich. Ukraińcowi kazali zabić jego żonę Polkę z rodziny mojej ciotki i ich wspólne dzieci. Ukrainiec odmówił. Na jego oczach zamordowano z torturami jego żonę i dzieci, a na końcu jego samego przepiłowano piłą. Tak więc raczej nie zdarzało się, tak jak to pokazuje film Wojciecha Smarzowskiego i jak w wywiadzie opowiada reżyser aby zamordowanie żony miało uratować polsko-ukraińskie dzieci – bo je też mordowano – nie dawano im szans na przeżycie, bo miały domieszkę polskiej krwi. Mąż ciotki, mój wuj, ułan i leśnik, którego jeszcze po wejściu Sowietów bronili przed nimi bezskutecznie ukraińscy chłopi : „Charoszij pan, charoszij pan” i którego wywieziono na Łubiankę, a potem do gułagu na Kołymę i po wyjściu z Armią Andersa było mu dane poznać zakres zbrodni ukraińskich, z oburzeniem w latach 50-tych skomentował ślub własnej kuzynki z Ukraińcem na ziemiach zachodnich. Nie pożył długo. Po pobycie w więzieniu stalinowskim zamordowało go podstępnie wkrótce, m.in. widłami, najprawdopodobniej UB o korzeniach ukraińskich na ziemiach odzyskanych. Sprawa rzekomego polskiego odwetu pokazanego w filmie, również, w moim odczuciu, nie jest w pełni prawdziwa. Polski odwet nie spotykał przypadkowych ludzi. Odwet osoby poszkodowanej, jeżeli była ona w stanie go dokonać, był wymierzony w oprawcę lub w oprawcę i jego rodzinę. Nie zdarzało się Polakom mordować dzieci, musiały być to zupełnie jednostkowe fakty jakiegoś szaleństwa z rozpaczy, a w filmie Smarzowskiego pokazany przez niego odwet dotyczył rodziny osoby niewinnej, a zamordowane rzekomo przez Polaków dzieci były ponadto polsko-ukraińskie, a kobieta była Polką i również była zupełnie niewinna. Nie był więc to odwet, a fantazja scenarzysty. Jeśliby taki fakt się niemniej zdarzył to musiał być to fakt absolutnie wyjątkowy, tak wyjątkowy, że nie powinien być cytowany w filmie jako norma. Na Kresach nie bardzo kto miał przeprowadzać odwet. Mężczyźni byli w gułagach, w obozach, w więzieniach, na wywózkach. Nie było kim walczyć. Dlatego organizowały się samoobrony, w jednej z nich była siostra mojej babci z 27 Dywizji Wołyńskiej, sanitariuszka.

Tutaj powinnam się ustosunkować do nietrafnego zarzutu jednego z recenzentów filmu – powiem złośliwie – specjalisty od obłędu w Powstaniu Warszawskim (obłęd - dla mnie to oburzające określenie). Napisał on, może nie powtórzę dokładnie, że Armia Krajowa nie chciała stworzyć ochrony ludziom na Kresach, że zostawiła ich samych. Jest to stwierdzenie, moim zdaniem, świadczące o niewiedzy i niezapoznaniu się recenzenta z głównymi dokumentami z tego okresu, znajdującymi się nawet w warszawskim IPN-ie. Armia Krajowa miała ogromne terytorium do chronienia, na Kresach było najtrudniej. Teren był naszpikowany agenturą sowiecką i zdradliwymi mniejszościami, po wywiezieniu ludności polskiej – z ogromną ich przewagą. Ukraińcy byli koalicjantami Niemiec hitlerowskich. Wg danych niemieckich od 40.000 do ok.80.000 Ukraińców zgłosiło się do SS. Podobnie w filmie słyszymy, że polska partyzantka zostawia ludność polską samą. Takie oskarżenia wobec Armii Krajowej na ogół wypowiadali w poprzednim okresie komuniści, Na Kresach mieliśmy ogromne straty wśród ludności cywilnej i w oddziałach partyzanckich, brak oparcia w terenie i brak broni. Mam dodatkowy argument na brak wiedzy recenzenta (i ewentualnie in.osób) – który ma wyraźne uczulenie na Armię Krajową, prawie jak dawne władze PRL. Gdyby na terenie Kresów Armia Krajowa miała kim i czym walczyć to moja ciotka z 27 Dywizji AK nie musiałaby być w samoobronie wraz z ludnością polską, a mój stryj ze strony Ojca - 20-letni uczeń III-ciej klasy Liceum Czartoryskich w Puławach - Józef Lewtak, partyzant, nie otrzymałby rozkazu dowództwa Batalionów Chłopskich podległego Armii Krajowej aby szedł ze swym oddziałem partyzantów aż z Lubelszczyzny na Kresy na Wołyń ratować ludność polską. Stryj szedł na Wołyń zdobywając po drodze broń na oddziałach niemieckich. Zginął 17.09.1943 r. w potyczce z hitlerowcami, ale, podobno od podstępnego, skrytobójczego, zagubionego strzału. Ostatniego, być może ukraińskiego, strzału. Stryj był autorytetem i legendą swojego oddziału, bez niego oddział nie poszedł dalej. Był ślicznym, zdolnym chłopcem, któremu nie dane było dożyć nawet pełni młodości. Dostał pośmiertnie Virtuti Militari. Rozkaz spłonął w Powstaniu Warszawskim. Stryj był bohaterem swojego regionu, ma tam dwa pomniki. Jego/moją prawie całą rodzinę w odwecie Niemcy okrutnie zamordowali, ale naszym urzędnikom siedzącym na wygodnych posadach losy mojego bohaterskiego stryja i jego rodziny, ich bohaterstwo i męczeństwo – są obojętne, a ponadto stryj szedł z Lubelszczyzny bronić Kresów Polskich i mordowanej tam ludności – kto by się tym teraz zajmował. Sprawę opisuję w felietonie „Zapomniani bohaterowie”.

Film „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego pokazuje bardzo wiarygodnie Ukraińców, świetnie są dobrane postaci aktorów, dobra gra, przekonywująca i bez zarzutu, utalentowany reżyser. Aby nie zrazić strony ukraińskiej reżyser naświetla rzekomą sytuację Ukraińców w Polsce – otóż według filmu przeznaczeni są oni tylko do gnoju, nie mogą studiować, zamyka się im cerkwie, zmusza się do nauki polskiego i traktuje z góry i z pańska, a ponadto stwierdza się, że na Kresach żyje więcej Ukraińców i dlatego jest to ich ziemia. Są to nieprawdy. Domyślam się, który z konsultantów filmu sugerował reżyserowi takie rzekome „prawdy” zamieszczone w filmie. Kiedyś tereny kresowe były istnym pustkowiem. Ukraina nie była nigdy państwem, więc Polska nigdy tej państwowości Ukraińcom nie odebrała. Byli oni przez stulecia tylko Rusinami, jednym z regionów Polski, w którym mieszkali wraz z Polakami jak Mazowszanie czy Ślązacy. To Liwa prosiła Polskę w XIV wieku o zawarcie Unii w celu obrony głównie przed Krzyżakami. Ludność na Kresach zmieniła swój skład procentowy przez 120 lat niewoli. Zaborcy wywozili, eksterminowali i pozbawiali majątków głównie i przede wszystkim Polaków. W ten sposób wielu członków mojej rodziny musiało emigrować z Wołynia i Podola po Powstaniu Listopadowym do Francji, a okupant zabrał ich majątki osadzając na nich Rosjan i Rusinów. Głównie w czasie zaborów zaborcy usiłowali w mniejszościach narodowych dawnej Polski rozbudzić poczucie odrębności aby na zawsze tereny kresowe od Polski oderwać. Przyniosło to owoce w okresie odzyskania przez Polskę niepodległości. Trudno wymagać aby 19-letnie państwo po 120 latach niewoli i zamordowaniu przez Ukraińców ministra Pierackiego, przyjaciela Rusinów, nie usiłowało scalić i wyedukować swej ludności rozbitej przez ponad wiek na trzy zabory. Pozostało wiele świadectw, że Polacy żyli zgodnie z Rusinami, uczęszczali na zmianę do cerkwi i do kościoła, obchodzili święta i prawosławne i katolickie, świadczy to o tym, że w aspekcie religijnym i językowym Ukraińcy nie byli prześladowani, choć mogli się czuć ograniczani bo 19-letnia Polska walczyła o przywrócenie Polakom zabranej im polskości. Polacy byli zruszczeni i zniemczeni. Pradziad mojego męża, słynny działacz niepodległościowy kupował Polkom stroje polskie i uczył je polskiego, bo i to stawało się zapomniane po tylu latach zaborów. To my byliśmy prześladowani przez ostatnie 120 lat, a nie Ukraińcy i ten fakt w ogóle reżyser „Wołynia” pominął. Jeśli chodzi o edukację i inne aspekty wolności ukraińskich to należy przypomnieć, że sam Bandera studiował na Uniwersytecie Lwowskim, a Polacy pod zaborami, w PRL i nawet obecnie przeżyli dużo większe szykany niż Ukraińcy kiedykolwiek na Kresach.

O traktowaniu rzekomo z góry i po pańsku Ukraińców przez Polaków zacytuję jedną z opowieści ojca pani Ewy Siemaszko, jednego z autorów dwutomowego dzieła o martyrologii Kresów. Pan Siemaszko, którego wuj miał majątek w sąsiedztwie mojego dziadka – kawalera Virtuti Militari, opowiadał, że wóz z ładunkiem, z sianem miał pierwszeństwo przy wjeżdżaniu na drodze pod górę, ale to Ukraińcy wymuszali na chłopach polskich aby ci zawsze im ustępowali drogi, niezależnie od kierunku jazdy. Bali się tylko mojego dziadka, on się nie dawał zmusić do tego aby jadąc z ładunkiem pod górę musiał przepuszczać jako pierwszy wóz ukraiński jadący z góry. Może ta opowieść oddaje rys jak było na Kresach w rzeczywistości, jak Ukraińcy traktowali Polaków i kto kogo terroryzował lub prześladował. W filmie „Wolyń” robione są również aluzje do majątków osadników. Wyjaśniam, że majątek ten nie był odbierany chłopom ukraińskim i był nadawany Polakom za zasługi w walce i nieraz jako rekompensata za ziemie odebrane im przez zaborcę za ich walkę niepodległościową. W 2011 r. na skutek niezgodnej z prawdą prelekcji usłyszanej na jednym ze spotkań organizowanych przez IPN wydałam bibliofilską książkę, dobrze odebraną przez renomowanych historyków, o zbrodniach ukraińskich w Powstaniu Warszawskim. Jeden jej egzemplarz przekazałam do IPN. Po tknięciu tak zakazanego tematu spotkały mnie przedziwne szykany. Od pewnego czasu szykowałam, anonsując to publicznie, pierwsze w Polsce wydania dwupłytowego albumu kilkudziesięciu utworów Edith Piaf śpiewanych przeze mnie w języku francuskim i jednocześnie albumu dwupłytowego w języku polskim z kilkudziesięcioma utworami z repertuaru Edith Piaf tłumaczonymi przeze mnie na język polski, nieraz po raz pierwszy w Polsce, również w moim wykonaniu. Prawa do utworów Edith Piaf ma ok.kilkanaście firm na świecie, nieraz bardzo renomowanych. Album francuski wydałam, nikt go nie wpuścił do dystrybucji. Jeśli chodzi o album polski - początkowo akceptacje dla moich tłumaczeń z najbardziej znanych firm na świecie „szły jak burza”, bez najmniejszych oporów. Do wersji polskiej miałam już zaakceptowaną ponad połowę składu. Po wydaniu przeze mnie książki o zbrodniach ukraińskich w Powstaniu Warszawskim - nagle złota fala akceptacji stanęła w miejscu. Milczenie trwało rok. Wreszcie musiałam przerwać oczekiwanie i po ok.roku wycofać dziesięć utworów, niejednokrotnie najlepszych, w tym już zaakceptowany kiedyś przez Francuzów mój „Tłum” czyli „La foule”. Niektóre utwory były naprawdę świetnie przetłumaczone do śpiewania, żal je było wycofywać z edycji albumu. Album w języku polskim wydałam więc w zmienionym, uszczuplonym składzie i z ponad rocznym opóźnieniem. Domyślałam się, że musiała powstać jakaś intryga w środowisku artystycznym np.konkurencji w temacie, która spowodowała milczenie kolejnych właścicieli praw lub – w jednym przypadku – jakąś idiotyczną i prawie nie na temat odpowiedź. Intuicja mnie nie zawiodła. Wertując internet nagle natrafiłam na jednej z renomowanych uczelni w Lublinie na tytuł pracy licencjackiej pani M.B. pochodzącej bodajże z Gdańska, która pod kierunkiem dr romanistyki pani D. Ś. zajęła się moją zupełnie nie znaną osobą i moim pierwszym w Polsce prekursorskim, nikomu w zasadzie nie znanym, tłumaczeniem utworu „La foule” z roku 1990, które spodobało się najbardziej znanemu w tamtym okresie tłumaczowi piosenek francuskich panu Jerzemu Menelowi, który m.in. z tego powodu zaprosił mnie jako gościa honorowego do występu w Festiwalu Piosenki Francuskiej w klubie Remont w 1992 r.. Utwór „La foule” („Tłum”) w moim tłumaczeniu został zaakceptowany przez stronę francuską i wydany w małym nakładzie w 1992 r. na kasecie p.t.”Ogród Odrzuconych”, rozprowadzanej wówczas przez firmę Pomaton prowadzoną przez obecnie znane bardzo osoby. Ktoś musiał się nieźle naszukać aby znaleźć jako temat pracy tłumaczony przeze mnie tak dawno i wydany w maleńkiej ilości utwór i porównywać go z tłumaczeniem tego samego utworu z ostatnich lat, przygotowanym dla Justyny Steczkowskiej przez innego artystę. Jak domyślam się studentka M.B. miała za zadanie zniesławić mnie zanim zakończę przygotowywanie moich prekursorskich albumów z repertuarem Edith Piaf. Miała kontakty z liberalnymi środowiskami w Polsce i z teatralnymi środowiskami francuskimi. Moje nazwisko widniało w tytule pracy napisanej przez nią w języku francuskim. Studentka wraz z promotorką naruszyły moje prawa autorskie, m.in. w zakresie mojego prawa do nadzoru nad wykorzystaniem i zastosowaniem tłumaczonego przeze mnie utworu. Renomowana uczelnia nie chciała mi udostępnić pracy, jak tylko w uczelni. Studentka i promotorka nie odpowiadały na żadne emaile, telefony czy próbę kontaktu. Reprezentujący je dziekanat był mocno niegrzeczny. Musiałam wydać więc ponad 1000 zł aby pojechać wraz z mężem do Lublina, wynająć pokój w hotelu i zapoznać się z pracą p.M.B..

Po zapoznaniu się z pracą studentki M.B. złożyłam pozew do sądu, ale wkrótce go wycofałam. Stwierdziłam, że szkoda mojego życia na walkę z wszystkimi nieuczciwymi ludźmi. Praca studentki M.B. pod kierunkiem dr D.Ś. zawierała stos błędów w języku francuskim i stos absurdów w analizowaniu mojego i drugiego artysty tłumaczenia. Kiedy studentka jako wadę mojego tłumaczenia podała zgodność ilości sylab w wierszu w języku francuskim z ilością sylab w każdym wierszu w moim polskim tłumaczeniu – uśmiałam się serdecznie. Nawet nie wiedziałam, że jestem tak zdolna. Żaden z moich prekursorskich i nagrodzonych albumów muzycznych, mimo że zostałam również w międzyczasie jedną z laureatek Międzynarodowego Konkursu Piosenki Francuskiej o Grand Prix Edith Piaf, nie został dopuszczony do dystrybucji w Polsce. Żaden recenzent, mimo obietnic, ani z lewej, ani z prawej strony nie poświęcił moim albumom ani jednej linijki. I tak to wygląda - dalej jak w PRL, od lat, od 1989 r.. I kto jest bardziej prześladowany niż Ukraińcy kiedykolwiek - Polacy we własnym kraju. Jeszcze jedno - w miejscach gdzie samodzielne oddziały ukraińskie podczas Powstania Warszawskiego dokonały barbarzyńskich masakr mieszkańców, np. przy ulicy Gdańskiej 4 na Żoliborzu w Warszawie w dniu 14.09.1944 r. miasto zawiesza niezgodne z prawdą tablice pamiątkowe głoszące jedynie o zbrodni hitlerowskiej. Na Gdańskiej 4 zginęło 100 mieszkańców. Mieli poodrąbywane kończyny, kobiety były zgwałcone, zamordowane, z obciętymi piersiami. Zgwałcono i zamordowano ośmioletnie dzieci, powyciągano im wnętrzności. Mieszkańców kamienicy przy ul, Gdańskiej 2 ocalili przed napadem ukraińskim dwaj moi „przyszywani” wujkowie wystrzeliwując podczas tej obrony kilkadziesiąt tysięcy naboi. Obydwaj dostali za to Virtuti Militari. Tak to właśnie u nas wygląda dbałość o prawdę historyczną w życiu i w sztuce. Mądrym człowiekiem był śp. ksiądz Roman Indrzejczyk – ksiądz prałat śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Uczuliliśmy go z mężem przed planami rajdu banderowskiego na terenie Polski, że to zadziała nie tylko przeciwko Polakom, ale i przeciwko naszemu Prezydentowi i ksiądz Roman szybko zadziałał– do rajdu nie doszło.

Jeszcze inna zasmucająca rzecz to ta, że podobno do tej pory zdarzają się wśród twórców i uczestników tak porażającego filmu o cierpieniach i martyrologii Polaków jak „Wołyń” opinie, że nie wierzą, że to co oglądają na ekranie to było ludobójstwo.

Najsłuszniejsza recenzja należy w moim odczuciu do pana Goćka. Już sporo lat temu pytałam naszego znajomego pochodzenia żydowskiego, który bronił Ukraińców, tłumacząc, że jakoby mieli oni powody do zbrodni, bo czuli się prześladowani – co w takim razie zrobili Żydzi Niemcom, że ci ostatni ich tak mordowali. Chciałam unaocznić znajomemu, że w ten sposób nie można tłumaczyć żadnych zbrodni i że Ukraińcy byli naszymi obywatelami, którzy nas zdradzili. A ponadto my byliśmy bezbronni, a oni mieli uzbrojenie i wsparcie od Niemców i od Rosjan. Natomiast wywiad z reżyserem filmu trochę mnie zaniepokoił. Jak mało trzeba znać historię Polski i jak mało znać z autopsji, od własnej rodziny - walkę o niepodległość aby w ogóle dopuszczać porównanie jakiegokolwiek polskiego, prawicowego ugrupowania do zbrodniczej działalności OUN-UPA – nacjonalistów ukraińskich oraz rzucać w eter domniemanie, że Polacy czy inne nieagresywne narodowości, byliby tacy sami jak nacjonaliści ukraińscy. Przecież Polacy wspierali bardzo często gnębione społeczności w swej historii, brali udział w walkach niepodległościowych innych nacji – na Haiti, w Ameryce i w in.miejscach. Również jakiekolwiek nawiązanie do wydarzeń w Jedwabnym jest według mnie niestosowne, gdzie zbrodnia nie jest do końca zbadana, była organizowana przez Niemców, przy udziale marginesu społecznego, gdzie wcześniej społeczność żydowska wydawała Polaków w ręce Rosjan. Towarzyszyły w/w zbrodni inne okoliczności i nie można jej porównać do masowych rzezi dokonywanych na Kresach i w innych rejonach Polski przez nacjonalistów ukraińskich na kilkuset tysiącach bezbronnych i niewinnych ludzi przez okres kilku lat. Mimo kilku niezgodności historycznych film „Wołyń” polecam. Bardzo dobrze, że świadectwo o męczeństwie Polaków wreszcie powstało.

Bogna Lewtak-Baczyńska Warszawa 19.10.2016 r.