BOGNA LEWTAK-BACZYŃSKA
WELLTRADE JANUSZ BACZYŃSKI

Sprzedaż wysyłkowa albumów CD z utworami z repertuaru Edith Piaf, z wielką poezją polską, z rep. patriotycznym i in.
Sprzedaż autorskich publikacji, poezji, książek i prac artystycznych - obrazów, szkiców i grafik.

GALERIA AUTORSKA I TEATR WELL ART BOGNY LEWTAK-BACZYŃSKIEJ



Film „Powidoki” w reżyserii Andrzeja Wajdy

W dniu 14.01.2017 r. obejrzałam w kinie „Elektronik” film w reżyserii Andrzeja Wajdy poświęcony malarzowi Władysławowi Strzemińskiemu.

Ciężko mi na sercu gdy myślę o tym filmie – z wielu względów. W napisach końcowych filmu pokazuje się informacja, że pewne sceny i sytuacje w filmie są wyimaginowane dla potrzeb skonstruowania jego fabuły. To co pokazuje film jest zapisem prześladowań, które spotkały w rzeczywistości nie tylko Strzemińskiego, ale wielu innych artystów, w tym moją osobę. Nie są te fakty imaginacją jeśli chodzi o mój życiorys. Siedząc w kinie oglądałam film o sobie, nie z okresu lat stalinowskich, ale z okresu ostatnich 37 lat życia w Polsce.

Spotkało mnie wszystko to co spotkało Strzemińskiego i jeszcze dużo więcej. Napisałam w latach 1989-1990 sztukę teatralną i scenariusz o tym co mnie spotkało i spotyka w Polsce. Pierwszy zapis sztuki był wycinkowy. Wydany drukiem był chowany pod ladę w księgarniach, nie można więc go było w tzw. wolnej Polsce - zakupić.

Na potrzeby realizacji radiowej w 1992 r. poszerzyłam treść mojej sztuki o duży obszar czasowy i powołałam do życia wiele innych autentycznych faktów aby uświadomić widzowi co się dzieje na zapleczu naszej pozornej wolności.

Rzeczy i szykany zarejestrowane w szerszej wersji mojej sztuki z 1992 r. o tytule „Oblężenie” znalazły jakby swe echo w scenariuszu filmu „Powidoki” Andrzeja Wajdy. W mojej sprawie, chcąc ratować moje zdrowie i życie, również chodził do ministra jeden z bardzo znanych pisarzy polskich, uczestnik Powstania Warszawskiego, a także chodził mój teść, w czasie wojny partyzant u słynnego „Zapory” Dekutowskiego, jego przyboczny. Tak jak Przyboś usiłował u ministra wesprzeć Strzemińskiego, tak znany pisarz i teść walczyli o możliwość ochrony mego zdrowia i mego przyszłego dziecka. Także w moim przypadku minister i wysoka dyrekcja byli nieubłagani powodując moje dwa poronienia, w tym jedno połączone z reanimacją i zaburzeniem mojego zdrowia na całe życie. Mnie też odprawiano – i to nie tylko w latach 80-tych, ale w latach wolnej Polski - z kwitkiem z uczelni, gdzie uczyłam i gdzie byłam od lat prymusem. Zbierano na mnie i na innych podpisy chcąc uzyskać dla czyniących te naciski - przywileje. Nie pozwalano mi reżyserować sztuk, w programach moich recitali pomijano moje nazwisko, z telewizji wycinano wszystko co mogłoby pójść na mój temat, nie puszczano moich unikalnych utworów, moich filmów, nie puszczono kilka lat temu w TV filmu dokumentalnego o mojej Matce, zasłużonej kombatantce AK. Podobną cenzurą objęto moją rodzinę, zasłużonych i wybitnych rodziców, dziadków, teściów – patriotów polskich, dzieci.

Moją sztukę w dwóch pełnospektaklowych odcinkach zablokowano w 1992 r. w Radiowej Trójce. Po przymuszeniu mnie do rezygnacji z honorarium reżyserskiego i autorskiego puszczono moją sztukę na falach eteru w maju 1992 r,. bez najmniejszego anonsu w prasie i zabroniono mi w przyszłości kiedykolwiek wstępu do Radia.

To co spotykało artystę Strzemińskiego zaledwie przez 7 lat jego życia, spotkało mnie naprawdę i spotyka mnie do teraz przez okres ostatnich 37 lat życia w naszym kraju, za każdej rządzącej opcji. Od końca lat 70-tych do chwili obecnej – z premedytacją niszczono mnie i moim bliskim życie m.in. z kilku powodów : mąż odmówił współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa w 1986 r. (mamy obydwoje statusy pokrzywdzenia z IPN), cała rodzina nasza miała rodowód akowski i na swoim koncie walki od wielu pokoleń o niepodległość Polski, ponadto mieliśmy członków bliskiej rodziny na emigracji – w tym Żołnierzy Wyklętych, a w rodzinie w kraju - współpracowników WiN, a ponadto ofiary katyńskie, żołnierzy Armii Andersa. Poza tym byłam bardzo zdolną, wyróżniającą się artystką polską. A to nie są i nie były czasy dla Polaków. Niszczenie i cenzurowanie przez wszelkie media mojej rodziny trwa od końca lat 70-tych do chwili obecnej – do 2017 roku i nic nie zapowiada aby coś się zmieniło.

W filmie Andrzeja Wajdy pojawia się znamienne zdanie, że artystę można zabić na dwa sposoby : za dużo o nim pisząc i nic nie pisząc, jakby go nie było. Przez ostatnie 37 lat pomimo moich licznych nagród, w tym od państwa francuskiego, nigdzie w Polsce nie pojawiła się najmniejsza zajawka o moich nagrodach za malarstwo, za nagrania, za poezję, wręczanych mi w Polsce czy przez Francję w obecności np.przedstawicieli polskiego konsulatu, o mojej twórczości artystycznej, malarskiej, muzycznej. Radio ani telewizja nie puszczają moich nagrań. Wszystkie odłamy prasy omijają mnie szerokim łukiem i bojkotują. Nie informuje się o moich nagrodzonych obrazach, o moich książkach artystycznych, o felietonach, o poruszanych przeze mnie tematach historycznych czy o zapomnianej polskiej martyrologii, nie wspomina się o mojej działalności patriotycznej czy z zakresu sztuki. W ciągu tych ostatnich 37 lat aż do chwili obecnej nastawano na moje zdrowie, pozbawiono mnie możliwości pracy, możliwości udziału w życiu publicznym i artystycznym Polski, uniemożliwiono mi robienie wystaw, zrobienie wyższych stopni naukowych, pomimo moich osiągnięć, zablokowano sprzedaż i udostępnianie w mediach moich nagrań, unicestwiano członków mojej rodziny, wiązano mnie pretekstowymi sprawami sądowymi. Usiłowano mnie doprowadzić do ruiny finansowej, blokowano i cenzurowano moje sztuki. Wyrzucano mnie pod pretekstem ze stowarzyszeń twórczych lub do nich nie przyjmowano, pomimo wymaganego dossier i poparć innych twórców. Trwa to do dziś. Niszczono moje życie.

Zabijano mnie tym drugim sposobem, mimo moich trzydziestu trzech nagród w różnych dziedzinach sztuki. Zniszczono mi życie.

Czekano aż się zestarzeję lub umrę. Wtedy już nie byłoby i nie będzie po mnie żadnego śladu ani żadnego ze mną kłopotu. Tak się traktuje w Polsce od lat przeważającą część zdolnych Polaków. Przypuszczam, że jest to zaprogramowany celowo los dla wielu polskich artystów dzisiejszych czasów. Nas zastępuje się kulturą mniejszości, sztucznie sfabrykowanymi i sztucznie nagłośnionymi karierami oraz najczęściej kulturą powierzchowną, efekciarską, sfabrykowaną dla wychowania posłusznego, bezmyślnego, powierzchownego, pozbawionego wszelkich zasad nowego człowieka - robocopa.

Dlatego oglądając film „Powidoki” Andrzeja Wajdy nie mogłam usiedzieć spokojnie. W mechanizmie unicestwiania artystycznego mojej osoby wziął przecież również udzial sam Andrzej Wajda, a teraz, o ironio, ubolewa nad losem Władysława Strzemińskiego.

Cierpienia Władysława Strzemińskiego trwały od mniej więcej 1945 r. do 26-28 grudnia 1952 r. - do jego śmierci. Fizyczne cierpienia artysty pojawiły się od I-szej wojny światowej.

Jego biografia nie jest nam do końca znana. Podobno w I-szej wojnie walczył w Armii Rosyjskiej tzn. po stronie Rosjan m.in. w twierdzy Osowiec. Stracił nogę, rękę, oko. Dostał rosyjski medal Św. Jerzego. W filmie Andrzeja Wajdy Strzemiński przyznaje się ubecji, że kiedyś krytykował sanację w Polsce i przeciwko niej występował. W internecie znajdziemy informację, że kiedy Rzesza Niemiecka napadła na Polskę Strzemiński wraz z małżonką Katarzyną Kobro przyznali się do narodowości/obywatelstwa rosyjskiego wypierając się tym samym przynależności do narodowości polskiej. W czasie młodzieńczym Strzemiński był związany z Rosją i głównie z artystami żydowskimi i rosyjskimi, którzy go bardzo popierali i lansowali. Faktem jest, że był wybitnym twórcą i bardzo ciekawym teoretykiem sztuki.

W filmie Andrzeja Wajdy znalazły swe miejsce bardzo interesujące wywody Strzemińskiego o sztuce. W czasach stalinowskich Strzemiński ewidentnie był niszczony przez ówczesny system i szykanowany. Ale ilu wówczas Polaków patriotów, wybitnych talentów w różnych dziedzinach, walczących o Polskę w czasie II wojny było nie tylko szykanowanych, ale uwięzionych, katowanych i mordowanych. Dlatego tragedia życia Władysława Strzemińskiego, jest tragedią „specyficzną”. Na pewno występował przeciwko ludzkiej głupocie występującej w pojmowaniu pewnych idei, przeciwko niesłusznym i ograniczonym schematom myślenia i patrzenia.

Film Andrzeja Wajdy „Powidoki” można nazwać filmem dobrym. Sceny szykan i prześladowań są bardzo dobrze pokazane. Wiele rzeczy jest przekonywujących. Wydaje się, że trauma, tragedie losów Polaków i martyrologia wojenna polska nie ma miejsca w umyśle ani sercu Strzemińskiego. Główny temat jego życia to sztuka, jej prawa i przesłanie. Pochyla się nad martyrologią żydowską, czego ślad widzimy w filmie. Ale walczy np. o chrzest katolicki dla swej córki, którą Kobro ochrzciła w religii prawosławnej. Wiele rzeczy w jego poglądach na sztukę jest bardzo trafnych, niektóre rzeczy zapewne się zestarzały i nie przetrwały, a nawet w dzisiejszych czasach mogłyby być wykorzystane jako czcze slogany i zapewne wbrew intencjom ich twórcy. Świetną sceną filmu jest scena 2-ga filmu, w pracowni Strzemińskiego, kiedy spuszczona na okna mieszkańców domu, po ścianie budynku, flaga z wizerunkiem Stalina zabiera Strzemińskiemu światło i nie pozwala mu pracować. Ta scena, moim zdaniem, powinna zaczynać film, gdyż pierwsza scena filmu jest dla mnie bardzo nieprawdziwa. I nie chodzi tu bynajmniej o turlanie się Strzemińskiego i jego studentów po zboczu terenu w plenerze aby skrócić drogę do przejścia, ale nieprawdziwa jest cała sekwencja zachowań profesora i młodzieży. Piszę to dlatego, że m.in. jestem absolwentką Akademii Sztuk Pięknych. Widziałam, znałam, uczyłam się u wielu profesorów tych uczelni, nieraz uważających się czy promujących się na intelektualistów. Na te całe rzesze profesorów spotkałam wśród nich tylko jednego, a może dwóch, którzy zachowywali się z klasą i kulturą. Jednym z tych wyjątkowo kulturalnych i etycznych profesorów był profesor Wlodzimierz Tiunin, a wykładał tylko w Liceum Plastycznym. Był uczniem Pruszkowskiego, przed wojną związany był m.in. z Liceum Krzemienieckim, lub z jego kadrą. Inni, a w zasadzie wszyscy inni - to byli barbarzyńcy z zachowania, z manier, z postępowania w życiu, ze sposobu używania języka i zwracania się do młodzieży, nie mówiąc już nawet o ich często, zupelnie wątpliwej, „etyce” ludzkiej.

Poprzez kilkaset wystaw międzynarodowych, w których brałam w życiu udział, zetknęłam się w Europie z ogromną ilością malarzy. Profesorowie ASP zachowują się, wypowiadają i prowadzą kompletnie inaczej niż jest to zaprezentowane w filmie. To było nieprawdziwe. Nawet jeśli wezmę poprawkę, że w czasach Andrzeja Wajdy mogło być inaczej – nie widziałam jeszcze malarza, który miałby intelektualną minę i mądre zamyślenia podczas swego teoretycznego wykładu. Poza tym dla nas, „zdobywających świat” zdolnych praktyków, historycy i teoretycy sztuki w swych analizach twórczości innych malarzy po prostu opowiadali głupoty. My, jako malarze praktycy, uważani za młodych i genialnych, jednym ruchem swego pędzla uzmysławialiśmy sobie i byliśmy w stanie poczuć co czuł Bosch czy Bruegel kiedy coś malował. Strzemiński mógł tu być wyjątkiem wśród teoretyków, bo dobrze malował, był również praktykiem.

Słowa Strzemińskiego o sztuce cytowane w filmie Wajdy są zgodne z przekonaniami ogółu malarzy, ale miałam wrażenie, że jeszcze moment, a mogą zostać w dzisiejszych czasach opacznie wykorzystane. Uważam, że sztuka ma wiele praw, ale nie wszystkie, np. nie ma prawa zabijać czy niszczyć psychiki, ani deprawować, tak jak i człowiek nie może wszystkiego robić w życiu – nie może zabijać innych obywateli, krzywdzić, dręczyć, choć to robi. Tak więc obejrzany film spowodował we mnie głęboki smętek. Miałam wrażenie, że obejrzałam film o własnym życiu i nakręcił go artysta, który współczuł Strzemińskiemu, ale sam należał do „innej strony mocy”. Kiedy mnie, prześladowanej mógł pomóc – nie uczynił tego. Trzymał z silnymi. Ale był wybitnym artystą. Nie pochylił się też nigdy nad dramatycznym losem któregoś z wybitnych Polaków czy Polek. W jego twórczości zawsze znaleźć można było sentyment dla postaci i momentów historycznych, które dla wielu wymordowanych Polaków były symbolem okrucieństwa lub zła. I nie chodzi tu o spojrzenie czarno-białe.

Tak więc film – dla mnie – nie jest o Strzemińskim – jest o historii unicestwiania zdolnego artysty – jest o historii unicestwiania mnie i mojej rodziny - pod hasłami propagandowymi, które występują w każdym okresie naszych dziejów od 1945 r. – jest o mnie i zapewne o wielu innych artystach w Polsce i nie dotyczy on tylko czasów stalinowskich czy okresu PRL-u, ale co straszniejsze – jest to opowieść o tym co mnie i innych spotkało i spotyka w Polsce od lat, pomimo zmiany zaistniałej w 1989 r., w Polsce, którą nazywamy „wolną” . Ten dramat trwa do teraz, do 2017 roku i nic się nie zmienia i chyba nie zmieni.

Z drugiej strony żałuję, że Andrzej Wajda brał na ogół na warsztat bohaterów, z którymi Polacy nie mogą utożsamiać swych losów, gdyż nie są oni związani w pełni z historią i prawdą o losach polskich. Nie mówi też o nich pełnej prawdy, oczywiście wiadomo, że film nie może opowiedzieć wszystkiego, ale Andrzej Wajda, jak by to się powiedziało w slangu „nie wychylał się” nigdy ponad miarę.

Dlaczego Andrzej Wajda zrobił ten film? Czuł się zapewne skrzywdzony, że nagle spotkało go to, co spotyka wielu artystów od lat w ich własnym kraju, który tak jakby przestał być krajem polskim, bez ich winy i woli. A przecież tylko częściowo odmówiono w ostatnich latach reżyserowi miłości i uznania, jakimi go otaczano od lat, w każdym okresie od 1945 r.. Mimo wszystkie uwagi i ewentualne krytyczne słowa zawsze wszyscy cenili i cenią Andrzeja Wajdę jako twórcę i stworzone przez niego filmy. Jest i pozostaje cenionym twórcą, choć jak wiadomo zawsze marzyliśmy aby wybitny reżyser podjął temat z takiego zakresu tragedii i martyrologii polskiej jakiej jeszcze w tym kraju nie odważono się pokazać.

Może kiedyś ktoś odnajdzie moje zablokowane teksty i sztuki i dowie się jak zwalczało się artystów polskich po 1945 r. w XX i w XXI wieku, po rzekomo wielkich i wolnościowych przemianach roku 1989.

Bogna Lewtak-Baczyńska, Warszawa, noc - 16/ 17.01.2017 r.