BOGNA LEWTAK-BACZYŃSKA
WELLTRADE JANUSZ BACZYŃSKI

Sprzedaż wysyłkowa albumów CD z utworami z repertuaru Edith Piaf, z wielką poezją polską, z rep. patriotycznym i in.
Sprzedaż autorskich publikacji, poezji, książek i prac artystycznych - obrazów, szkiców i grafik.

GALERIA AUTORSKA I TEATR WELL ART BOGNY LEWTAK-BACZYŃSKIEJ



Film „Powidoki” w reżyserii Andrzeja Wajdy

W dniu 14.01.2017 r. obejrzałam w kinie „Elektronik” film w reżyserii Andrzeja Wajdy poświęcony malarzowi Władysławowi Strzemińskiemu.

Ciężko mi na sercu gdy myślę o tym filmie – z wielu względów. W napisach końcowych filmu pokazuje się informacja, że pewne sceny i sytuacje w filmie są wyimaginowane dla potrzeb skonstruowania jego fabuły. To co pokazuje film jest zapisem prześladowań, które spotkały w rzeczywistości nie tylko Strzemińskiego, ale wielu innych artystów, w tym moją osobę. Nie są te fakty imaginacją jeśli chodzi o mój życiorys. Siedząc w kinie oglądałam film o sobie, nie z okresu lat stalinowskich, ale z okresu ostatnich 37 lat życia w Polsce.

Spotkało mnie wszystko to co spotkało Strzemińskiego i jeszcze dużo więcej. Napisałam w latach 1989-1990 sztukę teatralną i scenariusz o tym co mnie spotkało i spotyka w Polsce. Pierwszy zapis sztuki był wycinkowy. Wydany drukiem był chowany pod ladę w księgarniach, nie można więc go było w tzw. wolnej Polsce - zakupić.

Na potrzeby realizacji radiowej w 1992 r. poszerzyłam treść mojej sztuki o duży obszar czasowy i powołałam do życia wiele innych autentycznych faktów aby uświadomić widzowi co się dzieje na zapleczu naszej pozornej wolności.

Rzeczy i szykany zarejestrowane w szerszej wersji mojej sztuki z 1992 r. o tytule „Oblężenie” znalazły jakby swe echo w scenariuszu filmu „Powidoki” Andrzeja Wajdy. W mojej sprawie, chcąc ratować moje zdrowie i życie, również chodził do ministra jeden z bardzo znanych pisarzy polskich, uczestnik Powstania Warszawskiego, a także chodził mój teść, w czasie wojny partyzant u słynnego „Zapory” Dekutowskiego, jego przyboczny. Tak jak Przyboś usiłował u ministra wesprzeć Strzemińskiego, tak znany pisarz i teść walczyli o możliwość ochrony mego zdrowia i mego przyszłego dziecka. Także w moim przypadku minister i wysoka dyrekcja byli nieubłagani powodując moje dwa poronienia, w tym jedno połączone z reanimacją i zaburzeniem mojego zdrowia na całe życie. Mnie też odprawiano – i to nie tylko w latach 80-tych, ale w latach wolnej Polski - z kwitkiem z uczelni, gdzie uczyłam i gdzie byłam od lat prymusem. Zbierano na mnie i na innych podpisy chcąc uzyskać dla czyniących te naciski - przywileje. Nie pozwalano mi reżyserować sztuk, w programach moich recitali pomijano moje nazwisko, z telewizji wycinano wszystko co mogłoby pójść na mój temat, nie puszczano moich unikalnych utworów, moich filmów, nie puszczono kilka lat temu w TV filmu dokumentalnego o mojej Matce, zasłużonej kombatantce AK. Podobną cenzurą objęto moją rodzinę, zasłużonych i wybitnych rodziców, dziadków, teściów – patriotów polskich, dzieci.

Moją sztukę w dwóch pełnospektaklowych odcinkach zablokowano w 1992 r. w Radiowej Trójce. Po przymuszeniu mnie do rezygnacji z honorarium reżyserskiego i autorskiego puszczono moją sztukę na falach eteru w maju 1992 r,. bez najmniejszego anonsu w prasie i zabroniono mi w przyszłości kiedykolwiek wstępu do Radia.

To co spotykało artystę Strzemińskiego zaledwie przez 7 lat jego życia, spotkało mnie naprawdę i spotyka mnie do teraz przez okres ostatnich 37 lat życia w naszym kraju, za każdej rządzącej opcji. Od końca lat 70-tych do chwili obecnej – z premedytacją niszczono mnie i moim bliskim życie m.in. z kilku powodów : mąż odmówił współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa w 1986 r. (mamy obydwoje statusy pokrzywdzenia z IPN), cała rodzina nasza miała rodowód akowski i na swoim koncie walki od wielu pokoleń o niepodległość Polski, ponadto mieliśmy członków bliskiej rodziny na emigracji – w tym Żołnierzy Wyklętych, a w rodzinie w kraju - współpracowników WiN, a ponadto ofiary katyńskie, żołnierzy Armii Andersa. Poza tym byłam bardzo zdolną, wyróżniającą się artystką polską. A to nie są i nie były czasy dla Polaków. Niszczenie i cenzurowanie przez wszelkie media mojej rodziny trwa od końca lat 70-tych do chwili obecnej – do 2017 roku i nic nie zapowiada aby coś się zmieniło.

W filmie Andrzeja Wajdy pojawia się znamienne zdanie, że artystę można zabić na dwa sposoby : za dużo o nim pisząc i nic nie pisząc, jakby go nie było. Przez ostatnie 37 lat pomimo moich licznych nagród, w tym od państwa francuskiego, nigdzie w Polsce nie pojawiła się najmniejsza zajawka o moich nagrodach za malarstwo, za nagrania, za poezję, wręczanych mi w Polsce czy przez Francję w obecności np.przedstawicieli polskiego konsulatu, o mojej twórczości artystycznej, malarskiej, muzycznej. Radio ani telewizja nie puszczają moich nagrań. Wszystkie odłamy prasy omijają mnie szerokim łukiem i bojkotują. Nie informuje się o moich nagrodzonych obrazach, o moich książkach artystycznych, o felietonach, o poruszanych przeze mnie tematach historycznych czy o zapomnianej polskiej martyrologii, nie wspomina się o mojej działalności patriotycznej czy z zakresu sztuki. W ciągu tych ostatnich 37 lat aż do chwili obecnej nastawano na moje zdrowie, pozbawiono mnie możliwości pracy, możliwości udziału w życiu publicznym i artystycznym Polski, uniemożliwiono mi robienie wystaw, zrobienie wyższych stopni naukowych, pomimo moich osiągnięć, zablokowano sprzedaż i udostępnianie w mediach moich nagrań, unicestwiano członków mojej rodziny, wiązano mnie pretekstowymi sprawami sądowymi. Usiłowano mnie doprowadzić do ruiny finansowej, blokowano i cenzurowano moje sztuki. Wyrzucano mnie pod pretekstem ze stowarzyszeń twórczych lub do nich nie przyjmowano, pomimo wymaganego dossier i poparć innych twórców. Trwa to do dziś. Niszczono moje życie.

Zabijano mnie tym drugim sposobem, mimo moich trzydziestu trzech nagród w różnych dziedzinach sztuki. Zniszczono mi życie.

Czekano aż się zestarzeję lub umrę. Wtedy już nie byłoby i nie będzie po mnie żadnego śladu ani żadnego ze mną kłopotu. Tak się traktuje w Polsce od lat przeważającą część zdolnych Polaków. Przypuszczam, że jest to zaprogramowany celowo los dla wielu polskich artystów dzisiejszych czasów. Nas zastępuje się kulturą mniejszości, sztucznie sfabrykowanymi i sztucznie nagłośnionymi karierami oraz najczęściej kulturą powierzchowną, efekciarską, sfabrykowaną dla wychowania posłusznego, bezmyślnego, powierzchownego, pozbawionego wszelkich zasad nowego człowieka - robocopa.

Dlatego oglądając film „Powidoki” Andrzeja Wajdy nie mogłam usiedzieć spokojnie. W mechanizmie unicestwiania artystycznego mojej osoby wziął przecież również udzial sam Andrzej Wajda, a teraz, o ironio, ubolewa nad losem Władysława Strzemińskiego.

Cierpienia Władysława Strzemińskiego trwały od mniej więcej 1945 r. do 26-28 grudnia 1952 r. - do jego śmierci. Fizyczne cierpienia artysty pojawiły się od I-szej wojny światowej.

Jego biografia nie jest nam do końca znana. Podobno w I-szej wojnie walczył w Armii Rosyjskiej tzn. po stronie Rosjan m.in. w twierdzy Osowiec. Stracił nogę, rękę, oko. Dostał rosyjski medal Św. Jerzego. W filmie Andrzeja Wajdy Strzemiński przyznaje się ubecji, że kiedyś krytykował sanację w Polsce i przeciwko niej występował. W internecie znajdziemy informację, że kiedy Rzesza Niemiecka napadła na Polskę Strzemiński wraz z małżonką Katarzyną Kobro przyznali się do narodowości/obywatelstwa rosyjskiego wypierając się tym samym przynależności do narodowości polskiej. W czasie młodzieńczym Strzemiński był związany z Rosją i głównie z artystami żydowskimi i rosyjskimi, którzy go bardzo popierali i lansowali. Faktem jest, że był wybitnym twórcą i bardzo ciekawym teoretykiem sztuki.

W filmie Andrzeja Wajdy znalazły swe miejsce bardzo interesujące wywody Strzemińskiego o sztuce. W czasach stalinowskich Strzemiński ewidentnie był niszczony przez ówczesny system i szykanowany. Ale ilu wówczas Polaków patriotów, wybitnych talentów w różnych dziedzinach, walczących o Polskę w czasie II wojny było nie tylko szykanowanych, ale uwięzionych, katowanych i mordowanych. Dlatego tragedia życia Władysława Strzemińskiego, jest tragedią „specyficzną”. Na pewno występował przeciwko ludzkiej głupocie występującej w pojmowaniu pewnych idei, przeciwko niesłusznym i ograniczonym schematom myślenia i patrzenia.

Film Andrzeja Wajdy „Powidoki” można nazwać filmem dobrym. Sceny szykan i prześladowań są bardzo dobrze pokazane. Wiele rzeczy jest przekonywujących. Wydaje się, że trauma, tragedie losów Polaków i martyrologia wojenna polska nie ma miejsca w umyśle ani sercu Strzemińskiego. Główny temat jego życia to sztuka, jej prawa i przesłanie. Pochyla się nad martyrologią żydowską, czego ślad widzimy w filmie. Ale walczy np. o chrzest katolicki dla swej córki, którą Kobro ochrzciła w religii prawosławnej. Wiele rzeczy w jego poglądach na sztukę jest bardzo trafnych, niektóre rzeczy zapewne się zestarzały i nie przetrwały, a nawet w dzisiejszych czasach mogłyby być wykorzystane jako czcze slogany i zapewne wbrew intencjom ich twórcy. Świetną sceną filmu jest scena 2-ga filmu, w pracowni Strzemińskiego, kiedy spuszczona na okna mieszkańców domu, po ścianie budynku, flaga z wizerunkiem Stalina zabiera Strzemińskiemu światło i nie pozwala mu pracować. Ta scena, moim zdaniem, powinna zaczynać film, gdyż pierwsza scena filmu jest dla mnie bardzo nieprawdziwa. I nie chodzi tu bynajmniej o turlanie się Strzemińskiego i jego studentów po zboczu terenu w plenerze aby skrócić drogę do przejścia, ale nieprawdziwa jest cała sekwencja zachowań profesora i młodzieży. Piszę to dlatego, że m.in. jestem absolwentką Akademii Sztuk Pięknych. Widziałam, znałam, uczyłam się u wielu profesorów tych uczelni, nieraz uważających się czy promujących się na intelektualistów. Na te całe rzesze profesorów spotkałam wśród nich tylko jednego, a może dwóch, którzy zachowywali się z klasą i kulturą. Jednym z tych wyjątkowo kulturalnych i etycznych profesorów był profesor Wlodzimierz Tiunin, a wykładał tylko w Liceum Plastycznym. Był uczniem Pruszkowskiego, przed wojną związany był m.in. z Liceum Krzemienieckim, lub z jego kadrą. Inni, a w zasadzie wszyscy inni - to byli barbarzyńcy z zachowania, z manier, z postępowania w życiu, ze sposobu używania języka i zwracania się do młodzieży, nie mówiąc już nawet o ich często, zupelnie wątpliwej, „etyce” ludzkiej.

Poprzez kilkaset wystaw międzynarodowych, w których brałam w życiu udział, zetknęłam się w Europie z ogromną ilością malarzy. Profesorowie ASP zachowują się, wypowiadają i prowadzą kompletnie inaczej niż jest to zaprezentowane w filmie. To było nieprawdziwe. Nawet jeśli wezmę poprawkę, że w czasach Andrzeja Wajdy mogło być inaczej – nie widziałam jeszcze malarza, który miałby intelektualną minę i mądre zamyślenia podczas swego teoretycznego wykładu. Poza tym dla nas, „zdobywających świat” zdolnych praktyków, historycy i teoretycy sztuki w swych analizach twórczości innych malarzy po prostu opowiadali głupoty. My, jako malarze praktycy, uważani za młodych i genialnych, jednym ruchem swego pędzla uzmysławialiśmy sobie i byliśmy w stanie poczuć co czuł Bosch czy Bruegel kiedy coś malował. Strzemiński mógł tu być wyjątkiem wśród teoretyków, bo dobrze malował, był również praktykiem.

Słowa Strzemińskiego o sztuce cytowane w filmie Wajdy są zgodne z przekonaniami ogółu malarzy, ale miałam wrażenie, że jeszcze moment, a mogą zostać w dzisiejszych czasach opacznie wykorzystane. Uważam, że sztuka ma wiele praw, ale nie wszystkie, np. nie ma prawa zabijać czy niszczyć psychiki, ani deprawować, tak jak i człowiek nie może wszystkiego robić w życiu – nie może zabijać innych obywateli, krzywdzić, dręczyć, choć to robi. Tak więc obejrzany film spowodował we mnie głęboki smętek. Miałam wrażenie, że obejrzałam film o własnym życiu i nakręcił go artysta, który współczuł Strzemińskiemu, ale sam należał do „innej strony mocy”. Kiedy mnie, prześladowanej mógł pomóc – nie uczynił tego. Trzymał z silnymi. Ale był wybitnym artystą. Nie pochylił się też nigdy nad dramatycznym losem któregoś z wybitnych Polaków czy Polek. W jego twórczości zawsze znaleźć można było sentyment dla postaci i momentów historycznych, które dla wielu wymordowanych Polaków były symbolem okrucieństwa lub zła. I nie chodzi tu o spojrzenie czarno-białe.

Tak więc film – dla mnie – nie jest o Strzemińskim – jest o historii unicestwiania zdolnego artysty – jest o historii unicestwiania mnie i mojej rodziny - pod hasłami propagandowymi, które występują w każdym okresie naszych dziejów od 1945 r. – jest o mnie i zapewne o wielu innych artystach w Polsce i nie dotyczy on tylko czasów stalinowskich czy okresu PRL-u, ale co straszniejsze – jest to opowieść o tym co mnie i innych spotkało i spotyka w Polsce od lat, pomimo zmiany zaistniałej w 1989 r., w Polsce, którą nazywamy „wolną” . Ten dramat trwa do teraz, do 2017 roku i nic się nie zmienia i chyba nie zmieni.

Z drugiej strony żałuję, że Andrzej Wajda brał na ogół na warsztat bohaterów, z którymi Polacy nie mogą utożsamiać swych losów, gdyż nie są oni związani w pełni z historią i prawdą o losach polskich. Nie mówi też o nich pełnej prawdy, oczywiście wiadomo, że film nie może opowiedzieć wszystkiego, ale Andrzej Wajda, jak by to się powiedziało w slangu „nie wychylał się” nigdy ponad miarę.

Dlaczego Andrzej Wajda zrobił ten film? Czuł się zapewne skrzywdzony, że nagle spotkało go to, co spotyka wielu artystów od lat w ich własnym kraju, który tak jakby przestał być krajem polskim, bez ich winy i woli. A przecież tylko częściowo odmówiono w ostatnich latach reżyserowi miłości i uznania, jakimi go otaczano od lat, w każdym okresie od 1945 r.. Mimo wszystkie uwagi i ewentualne krytyczne słowa zawsze wszyscy cenili i cenią Andrzeja Wajdę jako twórcę i stworzone przez niego filmy. Jest i pozostaje cenionym twórcą, choć jak wiadomo zawsze marzyliśmy aby wybitny reżyser podjął temat z takiego zakresu tragedii i martyrologii polskiej jakiej jeszcze w tym kraju nie odważono się pokazać.

Może kiedyś ktoś odnajdzie moje zablokowane teksty i sztuki i dowie się jak zwalczało się artystów polskich po 1945 r. w XX i w XXI wieku, po rzekomo wielkich i wolnościowych przemianach roku 1989.

Bogna Lewtak-Baczyńska, Warszawa, noc - 16/ 17.01.2017 r.

Warszawa 30.07.2016 r.

Bogna Lewtak-Baczyńska Warszawa 30.07.2016 r.
Artysta malarz, reżyser, kompozytor, autor
Janusz Baczyński
Mgr ekonomii
Warszawa 01-524
Al.Wojska Polskiego 10

Dot: Uprzejmie proszę o przekazanie mojego pisma do rąk Pana Prezydenta RP wraz z załącznikami.

Dotyczy -
Ustanowienia
ŚWIĘTA NARODOWEGO POWSTANIA WARSZAWSKIEGO
W DNIU 01 SIERPNIA
oraz dotyczy -
Podziękowanie za przekazaną nam imienną od Pana Prezydenta RP
szarfę na grób w Walii mojego Wuja – szefa ochrony gen.
Leopolda Okulickiego – Janusza Szucha - Żołnierza Wyklętego

Obecne pismo ma 4 (cztery) strony i 9 (dziewięć) załączników.


SZANOWNY PAN PREZYDENT RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
ANDRZEJ DUDA
KANCELARIA PREZYDENTA RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
00-902 WARSZAWA
UL.WIEJSKA 10

Szanowny Panie Prezydencie,

Zwracam się do Pana Prezydenta z prośbą o ustanowienie święta narodowego z II wojny światowej – Święta Narodowego Powstania Warszawskiego w dniu 01 sierpnia.

Od 16 lat na Cmentarzu Wojskowym Powązki każdego 01 sierpnia zbieram podpisy na rzecz ustanowienia Święta Narodowego Powstania Warszawskiego w dniu 01 sierpnia w celu utworzenia naszego pierwszego, jedynego święta dotyczącego II WOJNY ŚWIATOWEJ i upamiętnienia w Polsce, w Europie i na świecie naszej w niej walki i martyrologii.

Zwracam się z prośbą do Pana Prezydenta o utworzenie w/w Święta Narodowego z dniem wolnym od pracy, tak jak dzień 11 listopada i podkreślenia tym samym, że jesteśmy narodem napadniętym w II wojnie światowej przez dwóch agresorów, zdradzonym przez swe mniejszości narodowe i że nie jesteśmy agresorem II wojny światowej, jak usiłuje się nam to niejednokrotnie od lat imputować na świecie, a jej ofiarami.

Załączam Panu Prezydentowi 7 (siedem) skryptów będących kopią 291 (dwustu dziewięćdziesięciu jeden) stron oraz kilku stron dodatkowych – z podpisami obywateli popierającymi utworzenie Święta Narodowego Powstania Warszawskiego (skrót tytułu święta) w dniu 01 sierpnia. Jest to 291 (dwieście dziewięćdziesiąt jeden) list zawierających 4497 (cztery tysiące dziewięćdziesiąt siedem) podpisów obywateli obtujących za utworzeniem Święta Narodowego Powstania Warszawskiego w dniu 01 sierpnia. Na listach figuruje też wiele znanych nazwisk.

Podpisy obywateli były zbierane przeze mnie z moją rodziną przez 16 (szesnaście) lat wraz : ze śp. moją Matką na fotelu inwalidzkim – inwalidką wojenną, łączniczką Powstania Warszawskiego z bat.”Parasol” i z bat.”Żubr” - Teresą Lewtak-Stattler z d.Szuch, z Januszem Baczyńskim – moim mężem, Dagny i Mają Baczyńskimi – naszymi córkami, a także przez:

STOWARZYSZENIE SOLIDARNI 2010,
gazetę „Nasza Polska”,
dr Rubkiewicza i jego zespół i pacjentów z Przychodni ŚZŻAK,
panią Teresę Smurawską,
dr Zofię Redę-Przybył,
Olgierda Szumowskiego,
Anetę Żyżę i jej męża Piotra Osowca
i innych, przepraszam jeśli kogoś niechcący pominęłam.

Na listach figurują również podpisy, jak pisałam powyżej - wielu znakomitych osób. A oto historia zbierania przeze mnie podpisów od obywateli i poparć od naszych dostojników, elity politycznej polskiej.

W latach 2000/2001 r. wysłałam ok. 100 (sto) pism do posłów i notabli polskich w sprawie utworzenia Święta Narodowego Powstania Warszawskiego jako święta narodowego polskiego z II wojny światowej, w dniu 01 sierpnia. Otrzymałam wówczas tylko 2 (dwie) odpowiedzi, co niedobrze świadczy o naszej elicie politycznej.

Ok.2002 r. wspaniale przyjął mnie z mężem Januszem Baczyńskim na rozmowę Prezydent M.St.Warszawy Lech Kaczyński. Przedstawiliśmy Panu Prezydentowi podpisy zebrane wówczas pod ustanowienie w/w święta oraz przekazaliśmy pisma z argumentami na rzecz w/w święta, przepowiadając Panu Prezydentowi osobiście i publicznie na sesjach Rady Miasta Stołecznego Warszawa, że jeśli Pan Prezydent Lech Kaczyński podejmie temat upamiętnienia Powstania Warszawskiego i utworzenia Święta Narodowego Powstania Warszawskiego w dniu 01 sierpnia - zostanie wybrany Prezydentem Polski – co nastąpiło.

Na rozmowę przyjął nas również w tamtych latach m.in. Pan Poseł Antoni Macierewicz i ok.2004/2005 Pan Poseł Ołdakowski, dyr. Muzeum Powstania Warszawskiego, ze strony tego ostatniego - bez dalszego zaangażowania w sprawę.

Nasze pisma i argumenty rozsyłane od 16 lat do różnych biur, notabli, dygnitarzy i posłów dotyczące powodów ustanowienia Święta Narodowego Powstania Warszawskiego są od kilkunastu lat pożyczane z naszych licznych pism i używane i powtarzane w wypowiedziach publicznych przez wielu polityków, nie będę więc tu już ich przytaczać. Nasze zbiórki podpisów były od lat wycinane z informacji telewizyjnych i radiowych.

Jako wieloletni i zaangażowany wyborca PiS w 2009 r. wysłałam ponownie ok. 30 (trzydzieści) pism w sprawie ustanowienia Święta Narodowego Powstania Warszawskiego w dniu 01 sierpnia postulując zebranie grupy 15 posłów do zawnioskowania o w/w Święto w Sejmie. Pisma wysłałam do ok.25 (dwudziestu pięciu) sztandarowych posłów PiS i niektórych posłów PO – razem do ok.30 (trzydziestu) adresatów. Dostałam odpowiedź jedynie od jednego jedynego posła Pana Zbigniewa Wassermanna, w którego zawsze wierzyłam – bardzo miłą - którą Panu Prezydentowi załączam (zał.1). Reszta posłów zignorowała moje wystąpienie. Załączam treść w/w pisma do ok.30 posłów, gdyż kilka egzemplarzy zachowało mi się w kopiach – jest to pismo do Pana Posła Jarosława Kaczyńskiego (zał.2 – pięć stron).

Na zakończenie mojego wystąpienia do Pana Prezydenta dodam jeszcze, że z racji naszych zawodów – mojego artystycznego i męża – mgr ekonomii, współpracującego od lat z dużymi firmami zachodnimi, bywamy bardzo często za granicą i uczestniczymy w dużych spotkaniach oficjalnych i nieoficjalnych z cudzoziemcami. Ich poglądy prezentowane na w/w spotkaniach, wyniesione z ich państw, z prasy, ze szkół świadczą o ogromnej manipulacji na świecie informacjami dotyczącymi historii Polski. Nie tylko jesteśmy obciążani skandalicznie i fałszywie rzekomo tworzeniem polskich obozów w okresie II wojny światowej, ale i zbrodniami wojennymi, których nigdy nie popełniliśmy, aneksją cudzych ziem po II wojnie światowej, czego nigdy nie zrobiliśmy – wszystkie bowiem decyzje powzięto poza nami. Również obraz II wojny światowej jest niejednokrotnie przedstawiany jako mlekiem i miodem w Polsce płynący, a pewne manipulacje przechodzą już na terytorium Polski – że np. na robotach w Niemczech w czasie II wojny światowej ciemni Polacy zdobywali wykształcenie w języku i w innych zawodach (!) - a więc przewrotne nagłaśnianie, że były strony pozytywne (!) napaści Niemców na Polskę w 1939 r.. Nikt z cudzoziemców nie wiedział i nie wie, że za ratowanie Żydów w Polsce groziła śmierć całej rodzinie i że Polacy ratowali swych współbraci, że w czasie II wojny światowej w Polsce był głód a nie dobrobyt, że nas zamykano w niemieckich obozach zagłady i sowieckich gułagach, że nas wywożono, rozstrzeliwano masowo, eksterminowano, więziono, torturowano, że popelniono na nas ludobójstwo, że mordowano i zniemczano nasze dzieci, nikt nie wie o tragedii dzieci Zamojszczyzny, że nie staliśmy z bronią u nogi, że było Powstanie Warszawskie i że było ono największą polską bitwą II wojny światowej, że pozbawiono nas wsparcia i szkolonej na czas Powstania - Brygady Spadochronowej Sosabowskiego, że nasz naród jest dotknięty trzema straszliwymi martyrologiami z rąk : Niemców, Sowietów i Ukraińców, że nas eksterminowano również po wojnie. Uważam, że taka sytuacja i tak kreowane na świecie poglądy o Polsce wymagają wręcz ustanowienia w naszym kraju święta narodowego z okresu II wojny światowej – Święta Narodowego Powstania Warszawskiego w dniu 01 sierpnia, jako że okres, wydarzenia polityczne w tle i walki Powstania Warszawskiego są węzłem spajającym wszystkie wątki naszej historii z okresu II wojny światowej. I dodam jeszcze, że nie mamy za dużo świąt narodowych, wręcz mamy mniej niż inne państwa, wbrew uprawianej w tej sprawie demagogii i że długość nazwy święta narodowego nie ma tu żadnego istotnego znaczenia. Również argument, że nie świętuje się przegranych jest nie trafiony. Powstanie Warszawskie byłoby wygrane gdyby alianci udzielili nam pomocy i gdyby nas „nie sprzedano” Sowietom. Ponadto było ono wielką wygraną moralną. Gdyby dowódcy nie podjęli decycji o wybuchu Powstania – powstanie mogłoby wybuchnąć spontanicznie, wtedy straty byłyby daleko większe i ponadto stalibyśmy się kolejną republiką sowiecką. Powstanie wybuchło w jedynym do tego możliwym momencie - po zamachu na Hitlera, po „rajdzie” zwycięskim na frontach wojny państw alianckich, przy armii radzieckiej nawołującej do wybuchu Powstania stojącej na 2-gim brzegu Wisły, po zaanonsowaniu przez Niemców, że chcą wyprowadzić z Warszawy 100.000 młodych mężczyzn co mogło się skończyć ich egzekucją. Tych, którzy nie zginęliby w Powstaniu, zamordowałoby UB i NKWD po zajęciu Polski, tak jak to robiono na naszym terytorium po II wojnie światowej. Wybuch Powstania przerwał działanie obozu KL Warschau, było mi dane słyszeć relacje świadków dotyczące KL Warschau.

Przy okazji mojego obecnego wystąpienia pragnę serdecznie podziękować Panu Prezydentowi w imieniu moim i męża za okazane nam zainteresowanie i opiekę poprzez przekazanie nam imiennej szarfy od Pana Prezydenta do wieńca złożonego w imieniu Państwa Polskiego przez Polskiego Konsula Generalnego z Manchester Pana Łukasza Lutostańskiego na grobie śp. mojego wuja, brata mojej Matki – Janusza Szucha - Żołnierza Wyklętego, szefa ochrony gen.Leopolda Okulickiego w II konspiracji, który ratując życie, po aresztowaniu 16 Przedstawicieli Państwa Polskiego w marcu 1945 r.. uciekł z Polski przez tzw.„zieloną” granicę wraz z dwiema łączniczkami z bat. „Parasol”. Pan Konsul w imieniu Państwa Polskiego uczestniczył w całej ceremonii pochówku, pięknie nas wspierał, jak również wygłosił przemówienie w jęz. angielskim w trakcie Mszy Świętej w Fishguard. Biografię Janusza Szucha na tle historii II wojny światowej w Polsce w moim opracowaniu w oparciu o dostępne mi źródła m.in. z IPN, ustne relacje Janusza Szucha i książkę mojej Matki Teresy Lubomiry Lewtak-Stattler z d.Szuch p.t. „Warszawskie dzieci pójdziemy w bój... Od „Parasola” do „Żubra”” przedstawił również w trakcie Mszy Świętej mój mąż Janusz Baczyński we własnym i naszej córki tłumaczeniu. Anglicy, Irlandczycy i Walijczycy byli bardzo przejęci przekazaną im wiedzą na temat Zmarłego i obecnością przedstawiciela Państwa Polskiego. Pan Konsul poinformował nas także, że w ostatnim czasie, prawie co tydzień uczestniczy w pogrzebie zasłużonego kombatanta polskiego i jeśli chodzi o kombatantów z tzw. „dwójki”, z wywiadu Armii Krajowej, to na ogół żaden z nich nie utrzymywał kontaktu ani z Polonią Angielską ani z władzami polskimi, nie ujawniał się i otoczenie praktycznie o ich istnieniu i przeszłości nic nie wiedziało.

Dane potwierdzające biografię mojego Wuja Janusza Szucha, relacje mojej rodziny i jego kolegów z „Parasola” znalazłam sama w IPN dzięki ukazaniu się listy Wildsteina pod m.in. pod sygnaturą akt dotyczących żołnierza „Parasola” aresztowanego jako Janusz Szuch w 1945 r. - Antoniego Kociszewskiego. Załączam : 1/ odpowiedź z 2009 r. od Pana Posła Zbigniewa Wassermanna, 2/ pismo z 2009 r. (pięć stron) do Pana Posła Jarosława Kaczyńskiego, 3/ skrypt nr 1 – podpisy od 1-szego podpisu do 1181 (do 1189) podpisu, 4/ skrypt nr 2 – od 1182 podpisu do 2089 podpisu, 5/ skrypt nr 3 – od 2090 podpisu do 2360 podpisu, 6/ skrypt nr 4 – od 2361 podpisu do 3130 podpisu, 7/ skrypt nr 5 – od 3131 podpisu do 3845 podpisu, 8/ skrypt nr 6 – od 3846 podpisu do 4051 podpisu, 9/ skrypt nr 7 – od 4052 podpisu do 4497 podpisu.

W oczekiwaniu na utworzenie przez Pana Prezydenta Święta Narodowego Powstania Warszawskiego w dniu 01 sierpnia

Z wyrazami szacunku
Bogna Lewtak-Baczyńska
Janusz Baczyński

Załączniki – 9 (dziewięć):
1/ odpowiedź z 2009 r. od Pana Posła Zbigniewa Wassermanna,
2/ pismo z 2009 r. (pięć stron) do Pana Posła Jarosława Kaczyńskiego,
3/ skrypt nr 1 – podpisy od 1-szego podpisu do 1181 (1189) podpisu,
4/ skrypt nr 2 – od 1182 podpisu do 2089 podpisu,
5/ skrypt nr 3 – od 2090 podpisu do 2360 podpisu,
6/ skrypt nr 4 – od 2361 podpisu do 3130 podpisu,
7/ skrypt nr 5 – od 3131 podpisu do 3845 podpisu,
8/ skrypt nr 6 – od 3846 podpisu do 4051 podpisu,
9/ skrypt nr 7 – od 4052 podpisu do 4497 podpisu.

Odszedł Andrzej Wajda

Wiadomość o śmierci Andrzeja Wajdy dotarła do mnie w hotelu na dwie godziny przed przekroczeniem granicy Polski w drodze do Paryża na wystawę. Zaskoczyła mnie, była tragicznie smutna. Jak to się mówi – strzeliła mnie. Nieraz zastanawiałam się – co będzie gdy Andrzej Wajda umrze. Jest otoczony uznaniem i nawet uwielbieniem. Dla większości filmowców jest symbolem polskiego kina, ogromnym autorytetem. Nie tak dawno widziałam reżysera w telewizji transmitującej galę Festiwalu Polskiego Filmu w Gdyni. Wydawało się, że jego zdrowie jest stabilne, mimo że wszedł na scenę z chodzikiem. Ale niestety nie ma wybitnego twórcy już pośród nas.

Uważam Andrzeja Wajdę za wybitnego i oryginalnego reżysera, w czepku urodzonego, posiadającego ogromny instynkt życia. Ma ogromne zasługi dla polskiego kina i teatru, nadawał ton przez wiele lat wymaganiom artystycznym wobec polskiej sztuki, wyniósł na forum światowe niektóre istotne tematy z polskiej historii, nagłośnił je. Był czas kiedy każdy chciał się „o niego otrzeć”, stanąć w jego świetle. W porównaniu do innych działających w Polsce twórców, zachowywał, wydaje mi się, jakąś jednak lojalność wobec państwa polskiego i Polaków, podobnie myślę o Romanie Polańskim. Myślę również, że nie mam moralnego prawa oceniać postaw większości twórców z pokolenia Andrzeja Wajdy, ludzi, którzy przeżyli wojnę, a potem czasy stalinizmu i PRLu. W innej sytuacji bym była – niekomfortowej - pisząc te krótkie przemyślenia i wspomnienia, gdyby Andrzej Wajda był reżyserem „Idy” czy „Pokłosia” - na szczęście nie był. I nawet wolę już nie wiedzieć co Andrzej Wajda sądził o powyższych filmach, bo może to zakłóciłoby moje wspomnienie o nim i nie byłabym w stanie go napisać. Musiałabym zdjąć reżysera z tej części pomnika, na której mi się ostał. Na szczęście zamiast „Pokłosia” Andrzej Wajda zrobił film o Januszu Korczaku, tak jak Roman Polański zrobił film p.t. „Pianista”. I chwała im za to. Upamiętnianie tragedii holokaustu przez obydwu twórców polegało na pochyleniu się nad martyrologią żydowską i ludzką oraz nieoczernianiu, co byłoby bezzasadne - Polaków i Polski. Wystarczającym dla mnie zmartwieniem jest to co prasa pisze o komentarzu Andrzeja Wajdy po filmie „Wolyń”, jak i jego publicznie wypowiedziana niedobra opinia o pochówku Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego na Wawelu oraz realizacja przez niego filmu o dawnym symbolu przewrotu w Polsce z roku 1989 r., co w zderzeniu z zawodem społeczeństwa wobec obiecanych efektów przewrotu stało się filmem propagandowym - nie poszłam go obejrzeć. Chwała Andrzejowi Wajdzie za „Katyń”, mimo drobnych niedoskonałości filmu były w nim sceny wielkie, za „Kanał” i za wiele innych filmów. „Popiół i diament” zawsze wydawał mi się filmem o życiu brata mojej Matki. Obydwoje byli nastoletnimi powstańcami z batalionu „Parasol” (Mama w Powstaniu była w bat.”Żubr”). 17-letni wujek był w II konspiracji szefem ochrony generała Okulickiego. Gdyby „Popiół i diament” miał przekazać społeczeństwu prawdę o okresie, który w filmie Andrzeja Wajdy był pokazywany, to pokazałby jak w tym samym czasie w kazamatach UB katuje się i morduje niewinnych powstańców i innych żołnierzy AK, za to tylko, że nimi byli i jak żołnierze II konspiracji uwalniają więźniów UB oraz dlaczego po podstępnym aresztowaniu przez Rosjan 16-stu przywódców Państwa Polskiego mogła powstać potrzeba zamachu na funkcjonariusza UB czy NKWD – a nie na mało winnego działacza jak pokazuje to „Popiół i diament”. Taki film nie mógłby być pokazany w PRL, a Andrzej Wajda chciał robić filmy i przekazać w nich chociaż echo tego co działo się w Polsce, tragedię jego pokolenia. Wiele scen w w/w filmie jest wielkich. Nie mnie oceniać, ale pewne rzeczy były wówczas do zrobienia niemożliwe. Filmy Andrzeja Wajdy to dla mnie mimo wszystko nie była czysta propaganda stalinowska, ale żeby precyzyjniej się wypowiedzieć musiałabym wszystkie filmy reżysera jeszcze raz na świeżo obejrzeć. Był to reżyser niezwykle twórczy, myślący.

Każdy inaczej będzie wspominał Andrzeja Wajdę, jego prawo. Miałam okazję poznać reżysera. Bywał czasem na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie oraz w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie (obecna Akademia Teatralna). Nawet z nim kilka razy korespondowałam i byłam przez pewien czas jego asystentką w spektaklu studenckim „Dziady” Adama Mickiewicza podczas moich studiów na Wydziale Reżyserii w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Miałam nadzieję, że Andrzej Wajda poda mi pomocną dłoń w drodze do zostania przeze mnie reżyserem filmów fabularnych. Andrzej Wajda był reżyserem pełnym polotu, sprawności i gustu plastycznego. Jego talent widać było szczególnie w jego młodzieńczych filmach, choć ich wymowa, szczególnie w odniesieniu do polskiej historii czy autentycznego przekazu autorów dzieł literackich, za które się chwytał, dla niejednego była, jak pisałam powyżej - kontrowersyjna. Czytałam w biografii reżysera, że przez pewien czas był łącznikiem Armii Krajowej. Ale nie walczył jak większość ludzi od niego wiele młodszych, w tym wszyscy członkowie mojej rodziny, nawet kilkunastoletni, którzy walczyli – w Powstaniu Warszawskim i na terenie całej Polski, byli więzieni, mordowani, a przy tym starali się nieść pomoc Żydom. Wielu jest aktorów i innych twórców, którzy w czasie wojny nie rzucili się jak Krzysztof Kamil Baczyński, kuzyn mojego męża, na barykady, a żyli w czasie wojny jedynie chęcią przetrwania, romansami, wpatrywaniem się we własne wnętrze. I ci często właśnie wydawali po wojnie werdykty i oceniali postawy bohaterów wojennych, żołnierzy i dowódców Września 1939, działania Armii Krajowej oraz uzurpowali sobie prawo do oceniania w jakim stopniu poddani eksterminacji ze strony trzech nacji – Niemców, Rosjan i Ukraińców - Polacy – ratowali Żydów. Ci ostatni w ogóle nie ratowali nas kiedy wkroczyła do nas armia sowiecka i witali ją z prawdziwą radością wskazując NKWD polskie rodziny patriotyczne. Wielu Żydów z Kresów wstąpiło do NKWD i do UB. Nie znam przypadków pomocy Polakom ze strony Żydów, natomiast wiem, że z wszystkich nacji na świecie Żydom najbardziej pomagali Polacy, mimo że byli w sytuacji takiego samego zagrożenia jak Żydzi i że za pomoc Żydom groziła kara śmierci dla całej polskiej rodziny.

Myślę, że życiu Andrzeja Wajdy towarzyszyło romantyczne zapatrzenie w etos uczestników walk o niepodległość i że w okresie PRLu pewne prawdy można było tylko sączyć lub tylko sugerować. Wielu twórców ulegało czarowi haseł niesionych przez nowy system. Znam nawet ludzi zesłanych na Syberię, którzy wracali stamtąd po poniesieniu ciężkich strat rodzinnych – zakochani w komunizmie, co doprawdy, tym bardziej ciężko zrozumieć. Z drugiej strony wielu ludzi z Armii Krajowej i II konspiracji kryło się w szeregach milicji i partii myśląc, że to stwarza im pewne przykrycie, nie działając tam jak tylko np. na niwie socjalnej. Tak zrobili niektórzy Zaporczycy z II konspiracji, niektórzy partyzanci, słynny „Ogień” z Podhala. Najczęściej potem z milicji dezerterowali. A partia niejednokrotnie sama „zabierała się” za takiego członka i robiła na niego publiczną nagonkę. Ci co nie działali w AK, czy w II konspiracji, nie byli w Armii Andersa, nie mieli ofiar na listach katyńskich i mieli tzw.”słuszne” pochodzenie nie musieli się tak obawiać o siebie, swoje rodziny i dzieci, jak ci którzy byli czynnymi uczestnikami walk w I i II wojnie światowej i pochodzili z polskich kręgów patriotycznych. Uważało się nawet, że im więcej wejdzie do w/w organizacji patriotów Polaków to pozwoli to na opanowanie wrogiej działalności w/w organizacji. W pewnym stopniu stawało się to pewnego rodzaju parawanem, ale tylko do pewnego stopnia. W IPN istnieje ogromna ilość dokumentów wykazujących, że wszyscy ci ludzie byli otoczeni ogromną siecią agentów, bez przerwy inwigilowani, opisywani, obserwowani.

Myślę, że powodem sukcesu wielu twórców, którzy, jak się okazuje, w każdej epoce „są dobrzy” i akceptowani – a mamy takich wielu w kraju, jest to, że zawsze trzymali z silnymi politycznie środowiskami i mieli pod tym względem niezwykłe wyczucie oraz przechodnie poglądy. Moja Mama narażała się niejednokrotnie pomagając ludziom w różnych kłopotach. Wielokrotnie sobie tym szkodziła. Nie sztuką było głosić różne prawdy na fali Solidarności, czy po 1989 r., sztuką było mieć twarz w okresie PRLu. Wtedy to właśnie moja Mama pisała artykuły o Powstaniu, chodziła na cmentarze, urządzała spotkania powstańców w domu. Kiedy Andrzej Wajda kręcił „Człowieka z marmuru” znająca mnie świetnie z Liceum Plastycznego moja koleżanka K.J., grająca główną rolę w powyższym filmie, zadzwoniła wprost do gabinetu dyrektorskiego DT Centrum, do prawie jej nie znanej mojej Mamy i poprosiła o pomoc w znalezieniu elementów do jej kostiumu w filmie Andrzeja Wajdy. Mama oczywiście mojej koleżance pomogła, choć do tej pory nie rozumiem – dlaczego K.J. zadzwoniła ex katedra do mojej Mamy, a nie do mnie. Podobno z powodu filmu „Człowiek z marmuru” stracił stanowisko Minister Kultury. Nie wiem czy ktokolwiek kiedykolwiek docenił jego postawę, jeśli to prawda. Nawet nie wiem kto nim wówczas był. Podczas zajęć na Reżyserii, gdzie zdałam z pierwszą lokatą (tak jak i za 2-gim razem na Akademię Sztuk Pięknych) miałam zajęcia z dziedziny pisania scenariusza z jednym z ulubionych współpracowników Andrzeja Wajdy – z Bolesławem Michałkiem. Był na tyle zachwycony moimi koncepcjami, że słysząc, że czeka mnie wyjazd na kilka lat do Paryża powiedział mi abym zgłosiła się w Paryżu do Andrzeja Wajdy, do jego ekipy filmowej, do pani Menegoz w Paryżu, powołując się na niego. Byłam tym zachwycona, ale nieopatrznie na jakichś zajęciach zapytałam Bolesława Michałka czy czerwony samochód, którym jeździ młoda reżyserka w „Człowieku z marmuru” nie należy przypadkiem do Andrzeja Wajdy. Było to pytanie z mojej strony całkowicie niewinne, po prostu mieszkałam niedaleko Andrzeja Wajdy i często widziałam jego prywatny samochód. Myślałam, że ten samochód w filmie ma jakieś znaczenie symboliczne, ale zobaczyłam jakieś światełko czujności zapalające się w oczach Bolesława Michałka. Po wielu odwołaniach udało się nam z mężem wyjechać za granicę na kontrakt po odwołaniu stanu wojennego, ja strasznie nie chciałam. Wiedziałam, że stracę wszystko co wypracowałam sobie zawodowo w kraju – byłam asystentem reżysera w teatrze, miałam wyróżnienia na Akademii Sztuk Pięknych, gdzie podjęłam potem pracę, pisałam artykuły... Po nie wyjaśnionej śmierci mojego Ojca emigranta znalazłam się w Paryżu. Byłam skrajnie nieszczęśliwa - szykanowana i straszona przez stronę polską, pozbawiona możliwości pracy zawodowej, złamana niewyjaśnioną śmiercią Ojca na emigracji. W rozpaczy, mając już dyplom reżysera w kieszeni i po zaliczeniu w toku studiów zajęć filmowych na PWST w Warszawie, wielokrotnie wydzwaniałam w Paryżu nieomal z błaganiem do Margarette Menegoz i do Andrzeja Wajdy - czy nie przyjąłby mnie do pracy przy swym filmie na stanowisko asystenta... Wreszcie dostałam uprzejmy list od Andrzeja Wajdy. W liście reżyser informował mnie, że nie ma dla mnie miejsca w jego ekipie. Był to dla mnie cios. Mam nadzieję, że Andrzej Wajda pomógł innym osobom. Andrzej Wajda nie był jedynym reżyserem i twórcą, do którego się zgłaszałam z prośbą o pomoc będąc w dogłębnym marazmie wynikającym z mojej sytuacji. Prosiłam również o możliwość reżyserowania sztuki afiszującego się katolicyzmem reżysera z Polski, którego sztukę już z sukcesem kiedyś reżyserowałam, a który miał mieszkanie w Paryżu. Jego rodzina po wojnie ponoć była blisko jakiegoś sowieckiego dygnitarza, ale mimo to i on przyznawał się do „walki” opozycyjnej. Z zaufaniem więc zwracałam się i do niego. Renomowany reżyser podsunął mi sztukę o treści homoseksualnej. Kiedy chciałam wyciąć rażący mnie anomalią wątek sprawa mojej reżyserii upadła. Zawiódł mnie – młodego, zdolnego, startującego dopiero w życie zawodowe człowieka - również twórca poeta, mieszkający w tym czasie w Paryżu, którego krewni byli z moją Mamą w Powstaniu Warszawskim i któremu pracowicie dostarczałam leki z Polski. Człowieka się poznaje w trudnej sytuacji. Wszyscy ci twórcy, z wyjątkiem w/w poety, w przeciwieństwie do mnie i mojej rodziny – nie byli szykanowani, mimo działalności w Solidarności, nie mieli wstrzymywanych paszportów i włos im – w przeciwieństwie do mojej rodziny – nie spadł z głowy. Tylko raz w wywiadzie za mną z okazji mojego dyplomu reżyserskiego wycięto mi z wywiadu nazwisko Andrzeja Wajdy. Natomiast od lat 80-tych do teraz wycina się z życia publicznego i z mediów nazwisko moje i nazwiska patriotów z mojej i innych polskich rodzin.

Zresztą niejeden znany twórca, w tym afiszujący się swą religijnością, w powyższym aspekcie zachował się wobec innych twórców, w tym i mnie, jako młodego, wyróżniającego się zdolnościami człowieka, stawiającego pierwsze kroki w sztuce – nie w porządku. Nie miałam prawa oczekiwać niczego od Andrzeja Wajdy, ale był okres kiedy mógł mi pomóc jednym zgięciem łokcia, ale tego nie zrobił, zapewne dlatego, że słuchał swojego środowiska, od którego był zależny jego zawód i jego rozkwit.

Z kolei w latach 90-tych mój kolega z reżyserii, który stał się znanym producentem filmów, zwrócił się do mnie z propozycją, że chciałby u mnie, w mojej Galerii-Teatrze nakręcić film o Andrzeju Wajdzie. Wyraziłam zgodę, ale w duszy miałam głębokie powątpiewanie czy reżyser nie wybierze miejsca, które będzie politycznie bardziej dla niego korzystne. Po jakimś czasie speszony kolega zadzwonił do mnie tłumacząc się, że wielki reżyser jest trochę chory więc nie może być u mnie kręcony jego film biograficzny. No i tak się to zakończyło, mimo że doraźne choroby przemijają i że Bóg reżyserowi dał długie życie. Czułam się wówczas jak szykanowana od wielu lat z powodu kwitnącego w naszym kraju - antypolonizmu. Potem bodajże ukazała się książka autorstwa Andrzeja Wajdy, bodajże biograficzna. Napisałam list gratulacyjny do reżysera, elegancko mi odpisał. Ale niestety dane mi było przeżyć jeszcze jeden szok, poniekąd związany pośrednio z wielkim reżyserem. Zaprosiłam na jeden z wieczorów w mojej Galerii-Teatrze moje dawne profesorki ze szkoły teatralnej. Profesorki mialy nadzieję, że może stworzę w swojej Galerii-Teatrze jakiś rodzaj szkoły teatralnejmuzycznej – nie było to możliwe. Wysyłając kolejne zaproszenie do profesorek napisałam bardzo uprzejmie gdzieś na jego brzegu, że podjęcie przeze mnie takiego przedsięwzięcia w mojej Galerii-Teatrze niestety nie jest w mojej sytuacji możliwe. Może powinnam zadzwonić, a nie napisać, ale miałam skomplikowaną sytuację zdrowotną w mojej rodzinie, no i tak wyszło jak wyszło. Po niedługim czasie wróciło do mnie wysłane z kolei gdzie indziej moje zaproszenie, wysłane bez żadnego dopisku, do innej osoby – dość bliskiej krewnej reżysera Andrzeja Wajdy, u której kiedyś pobierałam artystyczne „korepetycje”, i która od czasu do czasu była nauczycielem akademickim. Przeżyłam szok. W odeslanym mi moim zaproszeniu - cała moja biografia i program były nieludzko pokreślone i opatrzone bardzo nieprzyjemnymi odręcznymi dopiskami, z pouczeniami, że to się pisze tak, a nie tak, pełnymi impertynencji i złości. Po otrzymaniu tego odesłanego mi w takiej pokreślonej formie mojego eleganckiego zaproszenia – płakałam jak bóbr. O ile pamiętam zrobiłam kopię otrzymanej korespondencji i wraz z rozżaloną moją odpowiedzią przerzuciłam ten list przez płot Andrzeja Wajdy – na teren jego posesji. Myślałam sobie wówczas – to jest straszne, nieludzkie środowisko, muszę się od niego odciąć. Gorzej, że ono zawiaduje całą Polską – rozdaje łaski i rózgi, prześladuje lub dopuszcza do swego stołu. Etyki w nim nie ma. Moje dzieci uczące się w szkole prowadzonej przez bliską krewną jednego z bardzo znanych działaczy opozycyjnych uczestniczących w Okrągłym Stole, z powyższego środowiska, również były dyskryminowane. Oczywiście od lat znałam wesołe i barwne anegdoty opowiadane o wielkim reżyserze – o chorobie jego psa, o jego aktorach, z pierwszej ręki – jak rolę w „Czlowieku z marmuru” otrzymała Krystyna Janda. To były wszystko bardzo ładne i barwne opowieści. Minęło wiele lat. Cały czas obserwowałam twórczość reżysera. Kolejne filmy – niektóre słabsze, niektóre bardzo interesujące - ale wiadomo tak jest z twórczością wielkich twórców. W sumie trzymałam zawsze za niego kciuki. Byłam na prapremierze filmu „Katyń”, na której był obecny sam reżyser. Pierwsi z mężem pogratulowaliśmy mu po premierze. Wiedziałam, że tak znany reżyser wyniesie temat Katynia w świat. Wiedziałam, że ojciec reżysera podobno zginął w Katyniu, tak jak wielu bliskich ze strony mojego męża. Cieszyłam się z Oscara Andrzeja Wajdy, świetnie nas reprezentował i bardzo dobrze wypowiedział się na Gali Oscarowej. W przeciwieństwie do innych twórców Andrzej Wajda starał się zawsze, tak jak i Roman Polański, odpowiadać na korespondencję i zachowywał pewną elegancję w traktowaniu ludzi, co jest rzadkie. Późniejsze poglądy reżysera na pewne tematy polskie – niestety często mnie raziły, jak również słowa, które ponoć wypowiadał po katastrofie smoleńskiej o miejscu pochówku Prezydenta RP, nie znam zresztą większości jego komentarzy, zapewne czlowiek z wiekiem, schorowany, kostnieje w pewnych poglądach. Pozostaje pytanie – dlaczego piszę obecnie ten dziwny rodzaj wspomnienia o panu Andrzeju Wajdzie. Ceniłam jego twórczość, ceniłam twórczość malarzy, których cenił Andrzej Wajda np. Andrzeja Wróblewskiego. Co prawda słyszałam, że w okresie studiów Andrzeja Wajdy na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie grono studentów z jego ponoć środowiska zaszczuło jakiegoś profesora zmuszając go do odejścia z uczelni, ale nie znam sprawy dobrze, choć wygląda ona brzydko. Wiem, że w czasach stalinowskich zaszczuwało się wielu ludzi, ale czy ów profesor do takich poszkodowanych należał i czy to grono było rzeczywiście bliskie reżyserowi – nie wiem, może. Zarzucano mu również śmierć jakichś zwierząt w jego filmie, ale mam nadzieję, że to nieprawda. Nie mogłam wybierać się na pogrzeb Andrzeja Wajdy, więc zapomniałam, że miał on mieć miejsce we wtorek 18.10.2016 r.. O pogrzebie mistrza filmu przypomniała mi podświadomość. To znaczy miewałam i miewam telepatyczne sny, które czasem mi „anonsują” co się zdarzyło lub co się ma zdarzyć. Brzmi to idiotycznie, ale jest to prawda, poparta faktami. Szczególnie dotyczyło to okresu mojej młodości. Czasami więc bałam się własnych snów. I otóż w noc przed pogrzebem Andrzeja Wajdy śnił mi się cały czas reżyser. Był na łożu śmierci, leżał w łożu, opiekowała się nim jakaś pani, brunetka. Zgadywałam kto – żona, córka ? Wiedziałam, rozmawiając z nim, że muszę przygotować kwiaty na jego pogrzeb, mówiłam o tym do swej córki. Szykowalam ogromny bukiet. Widziałam te kwiaty o długich łodygach, chyba różowe róże. Andrzej Wajda cały czas ze mną rozmawiał, coś do mnie mówił, nie wiem co. Był bardzo przyjazny. Mówił, mówił i mówił. Obudziłam się strasznie zmartwiona jego śmiercią i tym snem i od razu do mnie dotarło, że dziś jest dzień pogrzebu Andrzeja Wajdy i czy on czegoś ode mnie nie oczekiwał ? Czy nie powinnam o nim czegoś napisać. Ceniłam go. Odszedł z pewnością ktoś wybitny, nietuzinkowy, choć nie zawsze do końca się z nim zgadzałam, ale jego twórczość i autorytet, nawet wybór malżonki, dyskrecja życia osobistego, przez większą część mojego życia wiele dla mnie znaczyły i choć kiedyś na niego bardzo liczyłam, w mojej sprawie – bezskutecznie, ale na pewno zrobił wiele dla polskiej kinematografii. Moim zdaniem, mimo mojego osobistego zawodu, starał się być przyzwoitym wobec innych twórców. Zresztą patrzę na niego przez pryzmat losu i postaci mojej wybitnej Matki, która była niezwykłą patriotką, niezwykle odważną, z zasługami, wiele przeżyła, wiele wycierpiała, wiele rozumiała i którą bardzo skrzywdziło życie. Była niesprzedajna, miała wspaniałą postawę życiową i mocny kręgosłup. Świat znowu posmutniał, żegnaj Wielki Reżyserze ! Mocno widać Twój brak.

Post scriptum do pożegnania wielkiego reżysera Andrzeja Wajdy.

Po moim powrocie z Francji do Polski w 1989 r., po dwóch ciężkich poronieniach spowodowanych dotykającymi mnie za granicą szykanami ze strony władz PRL, dowiedziałam się w Polsce o przedwczesnej śmierci mojego, cenionego przeze mnie profesora z PWST w Warszawie – Zygmunta Hubnera. Postanowiłam wówczas mój najlepszy ówczesny monumentalny obraz o formacie 120x180 cm p.t. „Przed Apokalipsą”, nominowany na znaczącej wystawie we Francji „Novembre a Vitry” w Vitry s/Seine do tzw. Wielkiej Nagrody, zadedykować profesorowi Zygmuntowi Hubnerowi i ofiarować Teatrowi Powszechnemu w Warszawie w celu jego stałego wyeksponowania z dedykacją dla zasłużonego profesora i reżysera. Zygmunt Hubner na studiach porównywal moją energię twórczą do czołgu, twierdził, że wszyscy zaczynają coś robić, ale tylko Bogna Lewtak-Baczyńska potrafi przedsięwzięcie artystyczne doprowadzić do końca, jest jak czołg. Cenił moją twórczość. Zgłosiłam również tytuł sztuki, który bym pragnęła wyreżyserować w Teatrze Powszechnym. Dyrektorami w/w Teatru byli wówczas Andrzej Wajda i bodajże pan Rutkowski. Wkrótce poinformowano mnie na piśmie, że niestety Teatr Powszechny nie ma miejsca dla mojego obrazu i nie ma zapotrzebowania na zgłoszoną przeze mnie sztukę. Obraz ewentualnie móglby być kiedyś zawieszony w bibliotece dla pracowników.

Obecnie obraz, który dostał już niejedną nagrodę jest wyeksponowany w mojej GaleriiTeatrze przy ul. Śmiałej 28 na Żołiborzu Oficerskim z dedykacją dla naszego niezapomnianego, prawego profesora i wybitnego reżysera – Zygmunta Hubnera.

Bogna Lewtak-Baczyńska, Warszawa 24 i 26.10.2016 r.

Recenzja filmu „Wołyń” w reż.Wojciecha Smarzowskiego

Wydaje mi się, że byłam pierwszą osobą, która zrobiła pierwszy i jedyny wówczas wPolsce (w 2006/2007 r.) film o ludobójstwie popełnionym przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Kresach. Film paradokumentalny, zrealizowany metodą amatorską.

Film trwał ok.godzinę lub ponad godzinę. Wysłałam go na dwa festiwale. Był bardzo wzruszający, ale kręcony amatorsko i nietechnicznie. Ale i cóż z tego ? Nagradzono na tych festiwalach nawet filmy kręcone komórką. Awangardowość mojego filmu polegała również na tym, że filmowałam sceny namalowane na moich obrazach, które obrazowały fragmenty wspomnień i pamiętników tzw. świadków historii. Świadectwa te były czytane przez lektora przy penetrowaniu kamerą dramatycznych szczegółów moich obrazów. W tle dźwiękowym filmu szły moje utwory o martyrologii Polaków, o ludobójstwie na Kresach – wykorzystane potem przez Instytut Pamięci Narodowej do filmów edukacyjnych Instytutu i użyte przez jeden z teatrów – Teatr NIE TERAZ z Tarnowa do jego znanego spektaklu o Kresach, w którym to mój utwór był jednym z jego głównych elementów i gdzie nawet nie zaproszono mnie na premierę, a w programie spektaklu nie podawano, że jest to utwór mojego autorstwa (!). Kiedy zareklamowałam sprawę w/w teatrowi – przedstawiciel teatru T.A.Ż. postraszył mnie, że zostanę zniesławiona w środowisku kresowym jeśli nadal będę domagała się prasowych przeprosin za naruszenie moich praw autorskich.

Oprócz szalenie newralgicznego od czasu II wojny światowej do chwili obecnej tematu martyrologii Kresów mój film pokazywał inne niebezpieczne tematy – proces gen. Okulickiego w Moskwie, temat hitlerowskiego obozu zagłady na terenie Warszawy KL Warschau oraz Powstanie Warszawskie 1944. Mój film miał mieć dwa pokazy, jeden m.in. w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich na Foksal w Warszawie, ale w dniu i w godzinie pokazu „nagle nawaliła” cała aparatura filmowa, w co do tej pory nie wierzę. Również drugi obiecywany pokaz się nie odbył. Niemniej mój film jakby przetarł pewien szlak, bowiem minęło zaledwie kilka miesięcy, może rok i nagle posypały się filmy o ludobójstwie na Kresach – o Hucie Pieniackiej i o innych miejscach – zrealizowane przez twórców namaszczanych przez władzę. Mnie, jak zwykle, przyblokowano, bowiem do uczestnictwa w życiu publicznym w Polsce mają prawo tylko wybrani – nic się od PRL nie zmieniło w tej mierze, ja więc kreuję to życie bardziej za granicą niż w kraju. Nic dziwnego – cała rodzina moja walczyła o Polskę, mamy dużo śmiertelnych ofiar ze strony każdego okupanta, w tym i Ukraińców, mieliśmy osoby w gułagach, w hitlerowskich obozach zagłady, w Katyniu, w Powstaniu Warszawskim, dwóch Żołnierzy Wyklętych, ofiary terroru stalinowskiego – wszystkie z Armii Krajowej, od Andersa, ratowaliśmy Żydów. Nie mieliśmy w rodzinie ani „tw” ani agentów i mamy status pokrzywdzenia. A teraz odznacza się Żołnierzy Wyklętych, ale również, jak się okazuje, wybiórczo. Są bliżsi i dalsi sercu bohaterowie – co uważam za podłość polityczną, że jedne ofiary terroru się zauważa, a innych - koniunkturalnie – nie i nie odznacza się.

Nasza wiedza o naszej historii ma w dalszym ciągu wiele plam. Nie tylko elita, ale rdzeń naszego narodu został wymordowany w czasie II wojny światowej i po niej. W moim odczuciu nie ostał się nikt kto mógłby realizować dzieła mówiące w imieniu ofiar polskich z punktu widzenia ich dramatycznych przeżyć w imieniu naszych polskich wymordowanych, oszkalowanych, ośmieszanych, obrażanych elit, które usiłowały po 120 latach zaborów utrwalić w Polsce niepodległość i robiły to dużo skuteczniej - i rzeczywiście dla dobra kraju - niż rządzący Polską po 1989 r.. W moim odczuciu dysponujemy obecnie inteligentnymi, konsumpcyjnymi, ale i zblazowanymi i interesownymi, w swej istocie niepatriotycznymi elitami postkomunistycznymi, najczęściej wywodzącymi się z mniejszości narodowych, które w pewnym momencie zbuntowały się przeciwko zabraniu ich rodzinom władzy, którą miały w okresie stalinowskim, nadanej im poprzednio najczęściej przez Rosjan.

Kiedy przeglądamy akta IPN to niejednokrotnie widać, że dzieci oprawców polskich patriotów – funkcjonariuszy z najgorszych lat stalinowskich - wybrały jako swoje zawody dziedziny artystyczne – film, malarstwo, muzykę. Często donosicielami z krwawym żniwem byli ludzie sztuki związani z Armią Czerwoną i obsługujący jej festyny, również pochodzący z naszych mniejszości narodowych. Środowiska te również zasiliły dziennikarstwo, naukę, zawody artystyczne i inne ciekawe dziedziny, do których Polacy patrioci nie byli dopuszczani po II wojnie światowej. Najczęściej do studiowania i do kadr profesorskich byli dopuszczani ludzie o właściwych dla władzy - lewicowych poglądach. Takie więc mamy „elity” jakie środowiska dopuszczano do edukacji i do życia publicznego w Polsce po II wojnie światowej, co bardzo często trwa aż do chwili obecnej.

Nasi twórcy na ogół nie wywodzą się z rodzin, które oddawały życie za Polskę, a z tych co układały się z zaborcami i okupantami, co nie narażały się i swojego życia w jakiejkolwiek walce. Ten właśnie zbiór osób, nieraz bardzo zdolnych, zasilał wszystkie najistotniejsze dziedziny życia w naszym kraju od lat i nie dopuszczał i nie będzie dopuszczał twórców wywodzących się z resztek już nie istniejących dawnych elit polskich czyli tych rodaków, których rodziny od pokoleń walczyły o niepodległość Polski i składały w tej walce ofiary z własnego życia choćby były najzdolniejsze. Elitami nie są dla mnie również odłamy arystokracji, które układały się z naszymi zaborcami i uzyskiwały od nich tytuły hrabiowskie, książęce i inne oraz apanaże.

Piszę te uwagi dlatego, bo uważam, że za ważne dla historii Polski tematy biorą się najczęściej niezwykle zdolni reżyserzy, ale na ogół ze środowisk postkomunistycznych czy lewicowych, którzy walki i przeżycia Polaków z okresów I czy II wojny znają tylko z opowieści i książek tzw. „lewackich” i tylko z tego punktu są w stanie oceniać historię, którą filmują, sposób zachowania się bohaterów, ich odczuwania i zainteresowania. Powstają często może i niezłe filmy, z dobrymi scenami batalistycznymi (technika), ale z bladymi, wypranymi z koloru, prymitywnymi, schematycznymi, wg szablonu przyniesionego z propagandy radzieckiej, postaciami inteligencji polskiej, szczególnie przedwojennej czy podzaborowej. Tak więc wybitni polscy generałowie czy naczelnicy są pokazani jako chodzące egoistyczne nieinteligentne, przygłupie wręcz drętwusy, natomiast ludzie z ludu każdego kraju, co w dużej mierze jest oczywiście słuszne, to są ci czujni, mądrzy, kolorowi, pełni poświęceń i budzący sympatię. Z kolei wśród okupantów i barbarzyńców, enkawudowców i innych drani spotykamy dobre i zagubione postacie, po to aby uzasadnić własną konformistyczną postawę życiową twórcy i zapewne aby nie narazić się nikomu do końca i bez odwrotu, a także aby uzasadnić tezę, że każdy naród jest tak samo zbrodniczy jak i dobry i wszyscy w historii naszego świata są odpowiednio umazani kałem. W tym kontekście historyczną wiedzę przekazującą, że pewne narody mają wybitnie ekspansyjne cechy i dążenia, powtarzające się w każdym stuleciu, a inne narody w/w cechy przejawiają w dużo mniejszym stopniu - usiłuje się nazwać poglądami faszystowskimi. Jest to potrzebne niektórym elitom aby łatwiej wytłumaczyć i siebie rozgrzeszyć, a przede wszystkim zbrodniarzy z ich zbrodni, co jest potrzebne w świecie naszej koniunkturalnej i prostytuującej się polityki i jej elit.

Na naszej filmografii odbija się również brak wiedzy historycznej reżyserów i scenarzystów, i do tego wiedzy nie zanieczyszczonej propagandą obecnych czy poprzednich czasów, wiedzy wypływającej z własnych, dotyczących historii Polski, dramatycznych doświadczeń rodzinnych w odniesieniu do polskiej części społeczeństwa, a nie wiedzy - wywodzącej się tylko z jednostkowych doświadczeń żyjących na naszym terenie mniejszości narodowych.

Naszą historię podaje się nam bardzo często z perspektywy doświadczeń niepolskich – ale żydowskich, ukraińskich, niemieckich co jest według mnie niedopuszczalne, bo umniejsza się martyrologię polską i stwarza się fałszywy obraz polskiej historii przedstawianej w interesie innych krajów.

Boli mnie w naszej obecnej rzeczywistości stopień zakłamania publicznego przypominający swym poziomem ten z PRLu. Jeszcze kilka lat temu organizatorzy moich recitali, w niby bardzo patriotycznych ośrodkach, byli bardzo przeciwni zaśpiewaniu przeze mnie jakiegokolwiek utworu o martyrologii Kresów lub starali się bardzo zawęzić układ mojego recitalu jeśli był patriotyczny. Pomyśleć, że dwutomową książkę Siemaszków przekazywałam Panu Prezydentowi m.st.Warszawy Lechowi Kaczyńskiemu za jego zgodą w sposób dyskretny - przez niezapomnianego ks. Romana Indrzejczyka.

Wracając do filmu - „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego... Obejrzałam film, tak jak i film „Smoleńsk” Antoniego Krauzego, dwukrotnie. Czuję wielką ulgę i wdzięczność dla reżysera, że powstał film o ludobójstwie na Polakach. Jest to jedno z pierwszych fabularnych świadectw o martyrologii polskiej – ludobójstwie ukraińskim na ludności polskiej. Jestem wdzięczna reżyserowi, że go zrealizował. Za drugim razem film jeszcze bardziej mnie do siebie przekonał, gdyż pewne powiązania scenariuszowe stały się dla mnie jaśniejsze. Film zasługuje na pochwały i pokazuje dużo prawdy jak np. - zabijanie przez Ukraińców polskich żołnierzy w 1939 r. wracających z wojny, mordowanie przez Ukraińców Żydów, witanie radosne naszych okupantów : Rosjan – przez Żydów i Ukraińców, Niemców – przez Ukraińców, okradanie polskich dworów, przerażające sceny rzezi na Polakach, a także Ukraińców, którzy starali się zachować jak ludzie, ponadto makabryczne rozerwanie końmi znanego poety polskiego, emisariusza co nie było rzadką formą śmierci zadawanej Polakom. Gdyby reżyser pokazał pełniej jak się to odbywało w rzeczywistości, jak Ukraińcy mordowali – to ludzie pomdleliby w kinie. Tak więc uważam, wbrew niektórym recenzentom, że nie było za dużo scen okrutnych w filmie. Bo w rzeczywistości - jakże częste było wielogodzinne zadawanie śmierci młodym ludziom czy kobietom ciężarnym, z okrucieństwem niespotykanym u innych nacji. Może taki wstrząs byłby potrzebny elitom tego świata aby nie stosowali zbyt szybko znaku równości pomiędzy zbrodniami różnych nacji na tym świecie. Mówią niektórzy, w tym, o ile dobrze zrozumiałam, może i reżyser, że nie ważne jest : jak, kto i ile, tylko sam fakt zaistnienia zbrodni, którą każda nacja jest w stanie popełnić. Nic bardziej mylnego. Nie każda nacja jest w stanie masowo popełnić tak potworne i perwersyjne zbrodnie jak np. Ukraińcy i Niemcy i jeszcze kilka innych narodów. Ginąć od kuli nie jest tym samym co od piłowania na żywca czy od wyrywania płodu z brzucha i wrzucania tam kamieni. Nie jest tym samym zamordowanie kilkuset tysięcy ludzi, a kilkuset ludzi. Nie jest tym samym gdy morduje człowieka element uważany za zbrodniczy i zdegenerowany, margines społeczny i gdy mordują człowieka ludzie obdarzani przez niego zaufaniem lub uczuciem, uważani za przyjaciół i krewnych lub tacy, którzy otrzymali od swych ofiar rodzaj miłosierdzia w przeszłości – to są różnice zasadnicze. Czytałam niektóre recenzje. Jeden z poważanych recenzentów napisał, zupełnie błędnie, że nie było takiego zjawiska wśród Ukraińców jak święcenie narzędzi zbrodni przez popów, otóż ów recenzent jest w zupełnym błędzie. Jak najbardziej popi święcili narzędzia zbrodni tak prawosławni jak i grekokatoliccy, a polscy kapłani – tego nigdy nie robili.

Tak jak film Smarzowskiego doceniłam mimo kilku jego niezupełnie słusznych, w mej opinii, wtrętów „propagandowych”, o których wkrótce, tak wywiad z reżyserem w „Do rzeczy” trochę mnie zasmucił. Odniosłam wrażenie, że film przerósł swą wymową reżysera.

Zdaję sobie sprawę, że film nie może opowiedzieć wszystkiego, że opowiedzieć można wiele wybranym fragmentem życia jakiejś rodziny, ale pewnych uproszczeń historii dla celów dyplomatycznych nie powinno się robić. Zaraz temat rozwinę, ale wpierw podkreślę, że to, że powstał film „Wołyń” to również zasługa naszego społeczeństwa, że walczyło manifestacjami i swymi świadectwami o prawdę oraz zasługa kilku autorów takich jak - państwa Siemaszków, pana Srokowskiego, pani Kulińskiej, pana Białowąsa, ks. Isakowicza-Zaleskiego i innych, a także - moja i mojego męża również, bo pierwsi w Polsce tworzyliśmy obrazy i wystawy malarstwa, rysunku i grafiki na temat ludobójstwa na Polakach na Kresach i w innych regionach, w tym i w Powstaniu Warszawskim, a także komponowałam, układałam i wykonywałam utwory śpiewane na powyższy temat, nakręciłam film w 2006/2007 r. oraz napisałam książkę w 2011 r. w bibliofilskim nakładzie o zbrodniach ukraińskich w Powstaniu Warszawskim, co zaszkodziło mi w moich planach artystycznych, o czym za chwilę. Pierwsza rzecz, o której chcę wspomnieć to ta, że tak jak od wielu lat bojkotowano temat zbrodni ukraińskich na Kresach, tak teraz nadal bojkotuje się temat zbrodni ukraińskich w Powstaniu Warszawskim, nawet przez poszkodowane środowiska kresowe. Jest to bardzo zasmucające. Druga sprawa to sprawa braku form i savoir vivre'u pewnych osób czy przedstawicieli pewnych stowarzyszeń mających dbać o pamięć o ludobójstwie. Dzięki informacji pani Lucyny Kulińskiej i zaproszeniu Stowarzyszenia Kresy we Francji byłam w Paryżu na konferencji poświęconej martyrologii Kresów z udziałem i prelekcjami pani Kulińskiej i pana Srokowskiego. Podczas konferencji przed stołem prelegentów staly moje dwa olejne obrazy poświęcone martyrologii Kresów, które przekazałam Stowarzyszeniu wraz z innymi materiałami, w tym filmowymi, pod warunkiem, że obrazy będą non stop wyeksponowane publicznie w owym Stowarzyszeniu. I tu z przykrością muszę powiedzieć, że nie dość, że wartościowe w treści obrazy zostały gdzieś schowane i nikt ich nigdy nie oglądał, jakby przez kogoś zawłaszczone, to nawet nie otrzymałam nigdy przyjętego zwyczajowo podziękowania na piśmie, a przedstawiciele Stowarzyszenia od kilku lat robią uniki w kontaktach, nie chcą ani udzielić mi informacji co się stało z obrazami, ani ich zwrócić. Po prostu – niesłychane.

W swym filmie „Wołyń” Wojciech Smarzowski dobrze pokazuje narastającą niepewność i grozę i niedowierzanie : „Nie, nasi Ukraińcy, nam nic nie zrobią...”. Pokazuje ukraińskich sąsiadów grabiących polskie domy w swoim sąsiedztwie tuż po zamordowaniu tam ich braci Polaków, leżących tam pokotem w strugach krwi, ludzi potopionych w studniach, wiadra z oberżniętymi głowami, udowadnianie przed oprawcami, że się jest Ukraińcem aby ratować życie, tak jak to robili Żydzi udając, że nimi nie są przed hitlerowcami - Niemcami. Reżyser nie pokazuje natomiast, że Sowieci mordowali Polaków i że Niemcy mordowali Polaków, tak jak Żydów oraz nie doprecyzowuje, że Ukraińcy byli w koalicji z hitlerowcami. Na marginesie - byli w koalicji nie tylko na Kresach, również w Powstaniu Warszawskim i na Zamojszczyźnie przy wysiedlaniu polskich rodzin i dzieci Zamojszczyzny. Już wtedy Niemcy mieli plany aby Ukraińcami zasiedlić Polskę, czyli mieli w planach to co się dzieje u nas obecnie.

Co natomiast było w filmie Smarzowskiego, według mnie, niezupełnie zgodne ze znanymi relacjami i faktami z martyrologii Kresów. Na przykład fakt, że zamordowanie żony Polki miało dać szansę uratowania wspólnych z mężem Ukraińcem dzieci polsko-ukraińskich. Znam wiele wprost przeciwnych relacji. Zacytuję fakt z rodziny mojej ciotki. Dotyczył rodziny bodajże Sławińskich. Ukraińcowi kazali zabić jego żonę Polkę z rodziny mojej ciotki i ich wspólne dzieci. Ukrainiec odmówił. Na jego oczach zamordowano z torturami jego żonę i dzieci, a na końcu jego samego przepiłowano piłą. Tak więc raczej nie zdarzało się, tak jak to pokazuje film Wojciecha Smarzowskiego i jak w wywiadzie opowiada reżyser aby zamordowanie żony miało uratować polsko-ukraińskie dzieci – bo je też mordowano – nie dawano im szans na przeżycie, bo miały domieszkę polskiej krwi. Mąż ciotki, mój wuj, ułan i leśnik, którego jeszcze po wejściu Sowietów bronili przed nimi bezskutecznie ukraińscy chłopi : „Charoszij pan, charoszij pan” i którego wywieziono na Łubiankę, a potem do gułagu na Kołymę i po wyjściu z Armią Andersa było mu dane poznać zakres zbrodni ukraińskich, z oburzeniem w latach 50-tych skomentował ślub własnej kuzynki z Ukraińcem na ziemiach zachodnich. Nie pożył długo. Po pobycie w więzieniu stalinowskim zamordowało go podstępnie wkrótce, m.in. widłami, najprawdopodobniej UB o korzeniach ukraińskich na ziemiach odzyskanych. Sprawa rzekomego polskiego odwetu pokazanego w filmie, również, w moim odczuciu, nie jest w pełni prawdziwa. Polski odwet nie spotykał przypadkowych ludzi. Odwet osoby poszkodowanej, jeżeli była ona w stanie go dokonać, był wymierzony w oprawcę lub w oprawcę i jego rodzinę. Nie zdarzało się Polakom mordować dzieci, musiały być to zupełnie jednostkowe fakty jakiegoś szaleństwa z rozpaczy, a w filmie Smarzowskiego pokazany przez niego odwet dotyczył rodziny osoby niewinnej, a zamordowane rzekomo przez Polaków dzieci były ponadto polsko-ukraińskie, a kobieta była Polką i również była zupełnie niewinna. Nie był więc to odwet, a fantazja scenarzysty. Jeśliby taki fakt się niemniej zdarzył to musiał być to fakt absolutnie wyjątkowy, tak wyjątkowy, że nie powinien być cytowany w filmie jako norma. Na Kresach nie bardzo kto miał przeprowadzać odwet. Mężczyźni byli w gułagach, w obozach, w więzieniach, na wywózkach. Nie było kim walczyć. Dlatego organizowały się samoobrony, w jednej z nich była siostra mojej babci z 27 Dywizji Wołyńskiej, sanitariuszka.

Tutaj powinnam się ustosunkować do nietrafnego zarzutu jednego z recenzentów filmu – powiem złośliwie – specjalisty od obłędu w Powstaniu Warszawskim (obłęd - dla mnie to oburzające określenie). Napisał on, może nie powtórzę dokładnie, że Armia Krajowa nie chciała stworzyć ochrony ludziom na Kresach, że zostawiła ich samych. Jest to stwierdzenie, moim zdaniem, świadczące o niewiedzy i niezapoznaniu się recenzenta z głównymi dokumentami z tego okresu, znajdującymi się nawet w warszawskim IPN-ie. Armia Krajowa miała ogromne terytorium do chronienia, na Kresach było najtrudniej. Teren był naszpikowany agenturą sowiecką i zdradliwymi mniejszościami, po wywiezieniu ludności polskiej – z ogromną ich przewagą. Ukraińcy byli koalicjantami Niemiec hitlerowskich. Wg danych niemieckich od 40.000 do ok.80.000 Ukraińców zgłosiło się do SS. Podobnie w filmie słyszymy, że polska partyzantka zostawia ludność polską samą. Takie oskarżenia wobec Armii Krajowej na ogół wypowiadali w poprzednim okresie komuniści, Na Kresach mieliśmy ogromne straty wśród ludności cywilnej i w oddziałach partyzanckich, brak oparcia w terenie i brak broni. Mam dodatkowy argument na brak wiedzy recenzenta (i ewentualnie in.osób) – który ma wyraźne uczulenie na Armię Krajową, prawie jak dawne władze PRL. Gdyby na terenie Kresów Armia Krajowa miała kim i czym walczyć to moja ciotka z 27 Dywizji AK nie musiałaby być w samoobronie wraz z ludnością polską, a mój stryj ze strony Ojca - 20-letni uczeń III-ciej klasy Liceum Czartoryskich w Puławach - Józef Lewtak, partyzant, nie otrzymałby rozkazu dowództwa Batalionów Chłopskich podległego Armii Krajowej aby szedł ze swym oddziałem partyzantów aż z Lubelszczyzny na Kresy na Wołyń ratować ludność polską. Stryj szedł na Wołyń zdobywając po drodze broń na oddziałach niemieckich. Zginął 17.09.1943 r. w potyczce z hitlerowcami, ale, podobno od podstępnego, skrytobójczego, zagubionego strzału. Ostatniego, być może ukraińskiego, strzału. Stryj był autorytetem i legendą swojego oddziału, bez niego oddział nie poszedł dalej. Był ślicznym, zdolnym chłopcem, któremu nie dane było dożyć nawet pełni młodości. Dostał pośmiertnie Virtuti Militari. Rozkaz spłonął w Powstaniu Warszawskim. Stryj był bohaterem swojego regionu, ma tam dwa pomniki. Jego/moją prawie całą rodzinę w odwecie Niemcy okrutnie zamordowali, ale naszym urzędnikom siedzącym na wygodnych posadach losy mojego bohaterskiego stryja i jego rodziny, ich bohaterstwo i męczeństwo – są obojętne, a ponadto stryj szedł z Lubelszczyzny bronić Kresów Polskich i mordowanej tam ludności – kto by się tym teraz zajmował. Sprawę opisuję w felietonie „Zapomniani bohaterowie”.

Film „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego pokazuje bardzo wiarygodnie Ukraińców, świetnie są dobrane postaci aktorów, dobra gra, przekonywująca i bez zarzutu, utalentowany reżyser. Aby nie zrazić strony ukraińskiej reżyser naświetla rzekomą sytuację Ukraińców w Polsce – otóż według filmu przeznaczeni są oni tylko do gnoju, nie mogą studiować, zamyka się im cerkwie, zmusza się do nauki polskiego i traktuje z góry i z pańska, a ponadto stwierdza się, że na Kresach żyje więcej Ukraińców i dlatego jest to ich ziemia. Są to nieprawdy. Domyślam się, który z konsultantów filmu sugerował reżyserowi takie rzekome „prawdy” zamieszczone w filmie. Kiedyś tereny kresowe były istnym pustkowiem. Ukraina nie była nigdy państwem, więc Polska nigdy tej państwowości Ukraińcom nie odebrała. Byli oni przez stulecia tylko Rusinami, jednym z regionów Polski, w którym mieszkali wraz z Polakami jak Mazowszanie czy Ślązacy. To Liwa prosiła Polskę w XIV wieku o zawarcie Unii w celu obrony głównie przed Krzyżakami. Ludność na Kresach zmieniła swój skład procentowy przez 120 lat niewoli. Zaborcy wywozili, eksterminowali i pozbawiali majątków głównie i przede wszystkim Polaków. W ten sposób wielu członków mojej rodziny musiało emigrować z Wołynia i Podola po Powstaniu Listopadowym do Francji, a okupant zabrał ich majątki osadzając na nich Rosjan i Rusinów. Głównie w czasie zaborów zaborcy usiłowali w mniejszościach narodowych dawnej Polski rozbudzić poczucie odrębności aby na zawsze tereny kresowe od Polski oderwać. Przyniosło to owoce w okresie odzyskania przez Polskę niepodległości. Trudno wymagać aby 19-letnie państwo po 120 latach niewoli i zamordowaniu przez Ukraińców ministra Pierackiego, przyjaciela Rusinów, nie usiłowało scalić i wyedukować swej ludności rozbitej przez ponad wiek na trzy zabory. Pozostało wiele świadectw, że Polacy żyli zgodnie z Rusinami, uczęszczali na zmianę do cerkwi i do kościoła, obchodzili święta i prawosławne i katolickie, świadczy to o tym, że w aspekcie religijnym i językowym Ukraińcy nie byli prześladowani, choć mogli się czuć ograniczani bo 19-letnia Polska walczyła o przywrócenie Polakom zabranej im polskości. Polacy byli zruszczeni i zniemczeni. Pradziad mojego męża, słynny działacz niepodległościowy kupował Polkom stroje polskie i uczył je polskiego, bo i to stawało się zapomniane po tylu latach zaborów. To my byliśmy prześladowani przez ostatnie 120 lat, a nie Ukraińcy i ten fakt w ogóle reżyser „Wołynia” pominął. Jeśli chodzi o edukację i inne aspekty wolności ukraińskich to należy przypomnieć, że sam Bandera studiował na Uniwersytecie Lwowskim, a Polacy pod zaborami, w PRL i nawet obecnie przeżyli dużo większe szykany niż Ukraińcy kiedykolwiek na Kresach.

O traktowaniu rzekomo z góry i po pańsku Ukraińców przez Polaków zacytuję jedną z opowieści ojca pani Ewy Siemaszko, jednego z autorów dwutomowego dzieła o martyrologii Kresów. Pan Siemaszko, którego wuj miał majątek w sąsiedztwie mojego dziadka – kawalera Virtuti Militari, opowiadał, że wóz z ładunkiem, z sianem miał pierwszeństwo przy wjeżdżaniu na drodze pod górę, ale to Ukraińcy wymuszali na chłopach polskich aby ci zawsze im ustępowali drogi, niezależnie od kierunku jazdy. Bali się tylko mojego dziadka, on się nie dawał zmusić do tego aby jadąc z ładunkiem pod górę musiał przepuszczać jako pierwszy wóz ukraiński jadący z góry. Może ta opowieść oddaje rys jak było na Kresach w rzeczywistości, jak Ukraińcy traktowali Polaków i kto kogo terroryzował lub prześladował. W filmie „Wolyń” robione są również aluzje do majątków osadników. Wyjaśniam, że majątek ten nie był odbierany chłopom ukraińskim i był nadawany Polakom za zasługi w walce i nieraz jako rekompensata za ziemie odebrane im przez zaborcę za ich walkę niepodległościową. W 2011 r. na skutek niezgodnej z prawdą prelekcji usłyszanej na jednym ze spotkań organizowanych przez IPN wydałam bibliofilską książkę, dobrze odebraną przez renomowanych historyków, o zbrodniach ukraińskich w Powstaniu Warszawskim. Jeden jej egzemplarz przekazałam do IPN. Po tknięciu tak zakazanego tematu spotkały mnie przedziwne szykany. Od pewnego czasu szykowałam, anonsując to publicznie, pierwsze w Polsce wydania dwupłytowego albumu kilkudziesięciu utworów Edith Piaf śpiewanych przeze mnie w języku francuskim i jednocześnie albumu dwupłytowego w języku polskim z kilkudziesięcioma utworami z repertuaru Edith Piaf tłumaczonymi przeze mnie na język polski, nieraz po raz pierwszy w Polsce, również w moim wykonaniu. Prawa do utworów Edith Piaf ma ok.kilkanaście firm na świecie, nieraz bardzo renomowanych. Album francuski wydałam, nikt go nie wpuścił do dystrybucji. Jeśli chodzi o album polski - początkowo akceptacje dla moich tłumaczeń z najbardziej znanych firm na świecie „szły jak burza”, bez najmniejszych oporów. Do wersji polskiej miałam już zaakceptowaną ponad połowę składu. Po wydaniu przeze mnie książki o zbrodniach ukraińskich w Powstaniu Warszawskim - nagle złota fala akceptacji stanęła w miejscu. Milczenie trwało rok. Wreszcie musiałam przerwać oczekiwanie i po ok.roku wycofać dziesięć utworów, niejednokrotnie najlepszych, w tym już zaakceptowany kiedyś przez Francuzów mój „Tłum” czyli „La foule”. Niektóre utwory były naprawdę świetnie przetłumaczone do śpiewania, żal je było wycofywać z edycji albumu. Album w języku polskim wydałam więc w zmienionym, uszczuplonym składzie i z ponad rocznym opóźnieniem. Domyślałam się, że musiała powstać jakaś intryga w środowisku artystycznym np.konkurencji w temacie, która spowodowała milczenie kolejnych właścicieli praw lub – w jednym przypadku – jakąś idiotyczną i prawie nie na temat odpowiedź. Intuicja mnie nie zawiodła. Wertując internet nagle natrafiłam na jednej z renomowanych uczelni w Lublinie na tytuł pracy licencjackiej pani M.B. pochodzącej bodajże z Gdańska, która pod kierunkiem dr romanistyki pani D. Ś. zajęła się moją zupełnie nie znaną osobą i moim pierwszym w Polsce prekursorskim, nikomu w zasadzie nie znanym, tłumaczeniem utworu „La foule” z roku 1990, które spodobało się najbardziej znanemu w tamtym okresie tłumaczowi piosenek francuskich panu Jerzemu Menelowi, który m.in. z tego powodu zaprosił mnie jako gościa honorowego do występu w Festiwalu Piosenki Francuskiej w klubie Remont w 1992 r.. Utwór „La foule” („Tłum”) w moim tłumaczeniu został zaakceptowany przez stronę francuską i wydany w małym nakładzie w 1992 r. na kasecie p.t.”Ogród Odrzuconych”, rozprowadzanej wówczas przez firmę Pomaton prowadzoną przez obecnie znane bardzo osoby. Ktoś musiał się nieźle naszukać aby znaleźć jako temat pracy tłumaczony przeze mnie tak dawno i wydany w maleńkiej ilości utwór i porównywać go z tłumaczeniem tego samego utworu z ostatnich lat, przygotowanym dla Justyny Steczkowskiej przez innego artystę. Jak domyślam się studentka M.B. miała za zadanie zniesławić mnie zanim zakończę przygotowywanie moich prekursorskich albumów z repertuarem Edith Piaf. Miała kontakty z liberalnymi środowiskami w Polsce i z teatralnymi środowiskami francuskimi. Moje nazwisko widniało w tytule pracy napisanej przez nią w języku francuskim. Studentka wraz z promotorką naruszyły moje prawa autorskie, m.in. w zakresie mojego prawa do nadzoru nad wykorzystaniem i zastosowaniem tłumaczonego przeze mnie utworu. Renomowana uczelnia nie chciała mi udostępnić pracy, jak tylko w uczelni. Studentka i promotorka nie odpowiadały na żadne emaile, telefony czy próbę kontaktu. Reprezentujący je dziekanat był mocno niegrzeczny. Musiałam wydać więc ponad 1000 zł aby pojechać wraz z mężem do Lublina, wynająć pokój w hotelu i zapoznać się z pracą p.M.B..

Po zapoznaniu się z pracą studentki M.B. złożyłam pozew do sądu, ale wkrótce go wycofałam. Stwierdziłam, że szkoda mojego życia na walkę z wszystkimi nieuczciwymi ludźmi. Praca studentki M.B. pod kierunkiem dr D.Ś. zawierała stos błędów w języku francuskim i stos absurdów w analizowaniu mojego i drugiego artysty tłumaczenia. Kiedy studentka jako wadę mojego tłumaczenia podała zgodność ilości sylab w wierszu w języku francuskim z ilością sylab w każdym wierszu w moim polskim tłumaczeniu – uśmiałam się serdecznie. Nawet nie wiedziałam, że jestem tak zdolna. Żaden z moich prekursorskich i nagrodzonych albumów muzycznych, mimo że zostałam również w międzyczasie jedną z laureatek Międzynarodowego Konkursu Piosenki Francuskiej o Grand Prix Edith Piaf, nie został dopuszczony do dystrybucji w Polsce. Żaden recenzent, mimo obietnic, ani z lewej, ani z prawej strony nie poświęcił moim albumom ani jednej linijki. I tak to wygląda - dalej jak w PRL, od lat, od 1989 r.. I kto jest bardziej prześladowany niż Ukraińcy kiedykolwiek - Polacy we własnym kraju. Jeszcze jedno - w miejscach gdzie samodzielne oddziały ukraińskie podczas Powstania Warszawskiego dokonały barbarzyńskich masakr mieszkańców, np. przy ulicy Gdańskiej 4 na Żoliborzu w Warszawie w dniu 14.09.1944 r. miasto zawiesza niezgodne z prawdą tablice pamiątkowe głoszące jedynie o zbrodni hitlerowskiej. Na Gdańskiej 4 zginęło 100 mieszkańców. Mieli poodrąbywane kończyny, kobiety były zgwałcone, zamordowane, z obciętymi piersiami. Zgwałcono i zamordowano ośmioletnie dzieci, powyciągano im wnętrzności. Mieszkańców kamienicy przy ul, Gdańskiej 2 ocalili przed napadem ukraińskim dwaj moi „przyszywani” wujkowie wystrzeliwując podczas tej obrony kilkadziesiąt tysięcy naboi. Obydwaj dostali za to Virtuti Militari. Tak to właśnie u nas wygląda dbałość o prawdę historyczną w życiu i w sztuce. Mądrym człowiekiem był śp. ksiądz Roman Indrzejczyk – ksiądz prałat śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Uczuliliśmy go z mężem przed planami rajdu banderowskiego na terenie Polski, że to zadziała nie tylko przeciwko Polakom, ale i przeciwko naszemu Prezydentowi i ksiądz Roman szybko zadziałał– do rajdu nie doszło.

Jeszcze inna zasmucająca rzecz to ta, że podobno do tej pory zdarzają się wśród twórców i uczestników tak porażającego filmu o cierpieniach i martyrologii Polaków jak „Wołyń” opinie, że nie wierzą, że to co oglądają na ekranie to było ludobójstwo.

Najsłuszniejsza recenzja należy w moim odczuciu do pana Goćka. Już sporo lat temu pytałam naszego znajomego pochodzenia żydowskiego, który bronił Ukraińców, tłumacząc, że jakoby mieli oni powody do zbrodni, bo czuli się prześladowani – co w takim razie zrobili Żydzi Niemcom, że ci ostatni ich tak mordowali. Chciałam unaocznić znajomemu, że w ten sposób nie można tłumaczyć żadnych zbrodni i że Ukraińcy byli naszymi obywatelami, którzy nas zdradzili. A ponadto my byliśmy bezbronni, a oni mieli uzbrojenie i wsparcie od Niemców i od Rosjan. Natomiast wywiad z reżyserem filmu trochę mnie zaniepokoił. Jak mało trzeba znać historię Polski i jak mało znać z autopsji, od własnej rodziny - walkę o niepodległość aby w ogóle dopuszczać porównanie jakiegokolwiek polskiego, prawicowego ugrupowania do zbrodniczej działalności OUN-UPA – nacjonalistów ukraińskich oraz rzucać w eter domniemanie, że Polacy czy inne nieagresywne narodowości, byliby tacy sami jak nacjonaliści ukraińscy. Przecież Polacy wspierali bardzo często gnębione społeczności w swej historii, brali udział w walkach niepodległościowych innych nacji – na Haiti, w Ameryce i w in.miejscach. Również jakiekolwiek nawiązanie do wydarzeń w Jedwabnym jest według mnie niestosowne, gdzie zbrodnia nie jest do końca zbadana, była organizowana przez Niemców, przy udziale marginesu społecznego, gdzie wcześniej społeczność żydowska wydawała Polaków w ręce Rosjan. Towarzyszyły w/w zbrodni inne okoliczności i nie można jej porównać do masowych rzezi dokonywanych na Kresach i w innych rejonach Polski przez nacjonalistów ukraińskich na kilkuset tysiącach bezbronnych i niewinnych ludzi przez okres kilku lat. Mimo kilku niezgodności historycznych film „Wołyń” polecam. Bardzo dobrze, że świadectwo o męczeństwie Polaków wreszcie powstało.

Bogna Lewtak-Baczyńska Warszawa 19.10.2016 r.

Recenzja filmu „Wołyń” w reż.Wojciecha Smarzowskiego

Wydaje mi się, że byłam pierwszą osobą, która zrobiła pierwszy i jedyny wówczas wPolsce (w 2006/2007 r.) film o ludobójstwie popełnionym przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Kresach. Film paradokumentalny, zrealizowany metodą amatorską.

Film trwał ok.godzinę lub ponad godzinę. Wysłałam go na dwa festiwale. Był bardzo wzruszający, ale kręcony amatorsko i nietechnicznie. Ale i cóż z tego ? Nagradzono na tych festiwalach nawet filmy kręcone komórką. Awangardowość mojego filmu polegała również na tym, że filmowałam sceny namalowane na moich obrazach, które obrazowały fragmenty wspomnień i pamiętników tzw. świadków historii. Świadectwa te były czytane przez lektora przy penetrowaniu kamerą dramatycznych szczegółów moich obrazów. W tle dźwiękowym filmu szły moje utwory o martyrologii Polaków, o ludobójstwie na Kresach – wykorzystane potem przez Instytut Pamięci Narodowej do filmów edukacyjnych Instytutu i użyte przez jeden z teatrów – Teatr NIE TERAZ z Tarnowa do jego znanego spektaklu o Kresach, w którym to mój utwór był jednym z jego głównych elementów i gdzie nawet nie zaproszono mnie na premierę, a w programie spektaklu nie podawano, że jest to utwór mojego autorstwa (!). Kiedy zareklamowałam sprawę w/w teatrowi – przedstawiciel teatru T.A.Ż. postraszył mnie, że zostanę zniesławiona w środowisku kresowym jeśli nadal będę domagała się prasowych przeprosin za naruszenie moich praw autorskich.

Oprócz szalenie newralgicznego od czasu II wojny światowej do chwili obecnej tematu martyrologii Kresów mój film pokazywał inne niebezpieczne tematy – proces gen. Okulickiego w Moskwie, temat hitlerowskiego obozu zagłady na terenie Warszawy KL Warschau oraz Powstanie Warszawskie 1944. Mój film miał mieć dwa pokazy, jeden m.in. w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich na Foksal w Warszawie, ale w dniu i w godzinie pokazu „nagle nawaliła” cała aparatura filmowa, w co do tej pory nie wierzę. Również drugi obiecywany pokaz się nie odbył. Niemniej mój film jakby przetarł pewien szlak, bowiem minęło zaledwie kilka miesięcy, może rok i nagle posypały się filmy o ludobójstwie na Kresach – o Hucie Pieniackiej i o innych miejscach – zrealizowane przez twórców namaszczanych przez władzę. Mnie, jak zwykle, przyblokowano, bowiem do uczestnictwa w życiu publicznym w Polsce mają prawo tylko wybrani – nic się od PRL nie zmieniło w tej mierze, ja więc kreuję to życie bardziej za granicą niż w kraju. Nic dziwnego – cała rodzina moja walczyła o Polskę, mamy dużo śmiertelnych ofiar ze strony każdego okupanta, w tym i Ukraińców, mieliśmy osoby w gułagach, w hitlerowskich obozach zagłady, w Katyniu, w Powstaniu Warszawskim, dwóch Żołnierzy Wyklętych, ofiary terroru stalinowskiego – wszystkie z Armii Krajowej, od Andersa, ratowaliśmy Żydów. Nie mieliśmy w rodzinie ani „tw” ani agentów i mamy status pokrzywdzenia. A teraz odznacza się Żołnierzy Wyklętych, ale również, jak się okazuje, wybiórczo. Są bliżsi i dalsi sercu bohaterowie – co uważam za podłość polityczną, że jedne ofiary terroru się zauważa, a innych - koniunkturalnie – nie i nie odznacza się.

Nasza wiedza o naszej historii ma w dalszym ciągu wiele plam. Nie tylko elita, ale rdzeń naszego narodu został wymordowany w czasie II wojny światowej i po niej. W moim odczuciu nie ostał się nikt kto mógłby realizować dzieła mówiące w imieniu ofiar polskich z punktu widzenia ich dramatycznych przeżyć w imieniu naszych polskich wymordowanych, oszkalowanych, ośmieszanych, obrażanych elit, które usiłowały po 120 latach zaborów utrwalić w Polsce niepodległość i robiły to dużo skuteczniej - i rzeczywiście dla dobra kraju - niż rządzący Polską po 1989 r.. W moim odczuciu dysponujemy obecnie inteligentnymi, konsumpcyjnymi, ale i zblazowanymi i interesownymi, w swej istocie niepatriotycznymi elitami postkomunistycznymi, najczęściej wywodzącymi się z mniejszości narodowych, które w pewnym momencie zbuntowały się przeciwko zabraniu ich rodzinom władzy, którą miały w okresie stalinowskim, nadanej im poprzednio najczęściej przez Rosjan.

Kiedy przeglądamy akta IPN to niejednokrotnie widać, że dzieci oprawców polskich patriotów – funkcjonariuszy z najgorszych lat stalinowskich - wybrały jako swoje zawody dziedziny artystyczne – film, malarstwo, muzykę. Często donosicielami z krwawym żniwem byli ludzie sztuki związani z Armią Czerwoną i obsługujący jej festyny, również pochodzący z naszych mniejszości narodowych. Środowiska te również zasiliły dziennikarstwo, naukę, zawody artystyczne i inne ciekawe dziedziny, do których Polacy patrioci nie byli dopuszczani po II wojnie światowej. Najczęściej do studiowania i do kadr profesorskich byli dopuszczani ludzie o właściwych dla władzy - lewicowych poglądach. Takie więc mamy „elity” jakie środowiska dopuszczano do edukacji i do życia publicznego w Polsce po II wojnie światowej, co bardzo często trwa aż do chwili obecnej.

Nasi twórcy na ogół nie wywodzą się z rodzin, które oddawały życie za Polskę, a z tych co układały się z zaborcami i okupantami, co nie narażały się i swojego życia w jakiejkolwiek walce. Ten właśnie zbiór osób, nieraz bardzo zdolnych, zasilał wszystkie najistotniejsze dziedziny życia w naszym kraju od lat i nie dopuszczał i nie będzie dopuszczał twórców wywodzących się z resztek już nie istniejących dawnych elit polskich czyli tych rodaków, których rodziny od pokoleń walczyły o niepodległość Polski i składały w tej walce ofiary z własnego życia choćby były najzdolniejsze. Elitami nie są dla mnie również odłamy arystokracji, które układały się z naszymi zaborcami i uzyskiwały od nich tytuły hrabiowskie, książęce i inne oraz apanaże.

Piszę te uwagi dlatego, bo uważam, że za ważne dla historii Polski tematy biorą się najczęściej niezwykle zdolni reżyserzy, ale na ogół ze środowisk postkomunistycznych czy lewicowych, którzy walki i przeżycia Polaków z okresów I czy II wojny znają tylko z opowieści i książek tzw. „lewackich” i tylko z tego punktu są w stanie oceniać historię, którą filmują, sposób zachowania się bohaterów, ich odczuwania i zainteresowania. Powstają często może i niezłe filmy, z dobrymi scenami batalistycznymi (technika), ale z bladymi, wypranymi z koloru, prymitywnymi, schematycznymi, wg szablonu przyniesionego z propagandy radzieckiej, postaciami inteligencji polskiej, szczególnie przedwojennej czy podzaborowej. Tak więc wybitni polscy generałowie czy naczelnicy są pokazani jako chodzące egoistyczne nieinteligentne, przygłupie wręcz drętwusy, natomiast ludzie z ludu każdego kraju, co w dużej mierze jest oczywiście słuszne, to są ci czujni, mądrzy, kolorowi, pełni poświęceń i budzący sympatię. Z kolei wśród okupantów i barbarzyńców, enkawudowców i innych drani spotykamy dobre i zagubione postacie, po to aby uzasadnić własną konformistyczną postawę życiową twórcy i zapewne aby nie narazić się nikomu do końca i bez odwrotu, a także aby uzasadnić tezę, że każdy naród jest tak samo zbrodniczy jak i dobry i wszyscy w historii naszego świata są odpowiednio umazani kałem. W tym kontekście historyczną wiedzę przekazującą, że pewne narody mają wybitnie ekspansyjne cechy i dążenia, powtarzające się w każdym stuleciu, a inne narody w/w cechy przejawiają w dużo mniejszym stopniu - usiłuje się nazwać poglądami faszystowskimi. Jest to potrzebne niektórym elitom aby łatwiej wytłumaczyć i siebie rozgrzeszyć, a przede wszystkim zbrodniarzy z ich zbrodni, co jest potrzebne w świecie naszej koniunkturalnej i prostytuującej się polityki i jej elit.

Na naszej filmografii odbija się również brak wiedzy historycznej reżyserów i scenarzystów, i do tego wiedzy nie zanieczyszczonej propagandą obecnych czy poprzednich czasów, wiedzy wypływającej z własnych, dotyczących historii Polski, dramatycznych doświadczeń rodzinnych w odniesieniu do polskiej części społeczeństwa, a nie wiedzy - wywodzącej się tylko z jednostkowych doświadczeń żyjących na naszym terenie mniejszości narodowych.

Naszą historię podaje się nam bardzo często z perspektywy doświadczeń niepolskich – ale żydowskich, ukraińskich, niemieckich co jest według mnie niedopuszczalne, bo umniejsza się martyrologię polską i stwarza się fałszywy obraz polskiej historii przedstawianej w interesie innych krajów.

Boli mnie w naszej obecnej rzeczywistości stopień zakłamania publicznego przypominający swym poziomem ten z PRLu. Jeszcze kilka lat temu organizatorzy moich recitali, w niby bardzo patriotycznych ośrodkach, byli bardzo przeciwni zaśpiewaniu przeze mnie jakiegokolwiek utworu o martyrologii Kresów lub starali się bardzo zawęzić układ mojego recitalu jeśli był patriotyczny. Pomyśleć, że dwutomową książkę Siemaszków przekazywałam Panu Prezydentowi m.st.Warszawy Lechowi Kaczyńskiemu za jego zgodą w sposób dyskretny - przez niezapomnianego ks. Romana Indrzejczyka.

Wracając do filmu - „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego... Obejrzałam film, tak jak i film „Smoleńsk” Antoniego Krauzego, dwukrotnie. Czuję wielką ulgę i wdzięczność dla reżysera, że powstał film o ludobójstwie na Polakach. Jest to jedno z pierwszych fabularnych świadectw o martyrologii polskiej – ludobójstwie ukraińskim na ludności polskiej. Jestem wdzięczna reżyserowi, że go zrealizował. Za drugim razem film jeszcze bardziej mnie do siebie przekonał, gdyż pewne powiązania scenariuszowe stały się dla mnie jaśniejsze. Film zasługuje na pochwały i pokazuje dużo prawdy jak np. - zabijanie przez Ukraińców polskich żołnierzy w 1939 r. wracających z wojny, mordowanie przez Ukraińców Żydów, witanie radosne naszych okupantów : Rosjan – przez Żydów i Ukraińców, Niemców – przez Ukraińców, okradanie polskich dworów, przerażające sceny rzezi na Polakach, a także Ukraińców, którzy starali się zachować jak ludzie, ponadto makabryczne rozerwanie końmi znanego poety polskiego, emisariusza co nie było rzadką formą śmierci zadawanej Polakom. Gdyby reżyser pokazał pełniej jak się to odbywało w rzeczywistości, jak Ukraińcy mordowali – to ludzie pomdleliby w kinie. Tak więc uważam, wbrew niektórym recenzentom, że nie było za dużo scen okrutnych w filmie. Bo w rzeczywistości - jakże częste było wielogodzinne zadawanie śmierci młodym ludziom czy kobietom ciężarnym, z okrucieństwem niespotykanym u innych nacji. Może taki wstrząs byłby potrzebny elitom tego świata aby nie stosowali zbyt szybko znaku równości pomiędzy zbrodniami różnych nacji na tym świecie. Mówią niektórzy, w tym, o ile dobrze zrozumiałam, może i reżyser, że nie ważne jest : jak, kto i ile, tylko sam fakt zaistnienia zbrodni, którą każda nacja jest w stanie popełnić. Nic bardziej mylnego. Nie każda nacja jest w stanie masowo popełnić tak potworne i perwersyjne zbrodnie jak np. Ukraińcy i Niemcy i jeszcze kilka innych narodów. Ginąć od kuli nie jest tym samym co od piłowania na żywca czy od wyrywania płodu z brzucha i wrzucania tam kamieni. Nie jest tym samym zamordowanie kilkuset tysięcy ludzi, a kilkuset ludzi. Nie jest tym samym gdy morduje człowieka element uważany za zbrodniczy i zdegenerowany, margines społeczny i gdy mordują człowieka ludzie obdarzani przez niego zaufaniem lub uczuciem, uważani za przyjaciół i krewnych lub tacy, którzy otrzymali od swych ofiar rodzaj miłosierdzia w przeszłości – to są różnice zasadnicze. Czytałam niektóre recenzje. Jeden z poważanych recenzentów napisał, zupełnie błędnie, że nie było takiego zjawiska wśród Ukraińców jak święcenie narzędzi zbrodni przez popów, otóż ów recenzent jest w zupełnym błędzie. Jak najbardziej popi święcili narzędzia zbrodni tak prawosławni jak i grekokatoliccy, a polscy kapłani – tego nigdy nie robili.

Tak jak film Smarzowskiego doceniłam mimo kilku jego niezupełnie słusznych, w mej opinii, wtrętów „propagandowych”, o których wkrótce, tak wywiad z reżyserem w „Do rzeczy” trochę mnie zasmucił. Odniosłam wrażenie, że film przerósł swą wymową reżysera.

Zdaję sobie sprawę, że film nie może opowiedzieć wszystkiego, że opowiedzieć można wiele wybranym fragmentem życia jakiejś rodziny, ale pewnych uproszczeń historii dla celów dyplomatycznych nie powinno się robić. Zaraz temat rozwinę, ale wpierw podkreślę, że to, że powstał film „Wołyń” to również zasługa naszego społeczeństwa, że walczyło manifestacjami i swymi świadectwami o prawdę oraz zasługa kilku autorów takich jak - państwa Siemaszków, pana Srokowskiego, pani Kulińskiej, pana Białowąsa, ks. Isakowicza-Zaleskiego i innych, a także - moja i mojego męża również, bo pierwsi w Polsce tworzyliśmy obrazy i wystawy malarstwa, rysunku i grafiki na temat ludobójstwa na Polakach na Kresach i w innych regionach, w tym i w Powstaniu Warszawskim, a także komponowałam, układałam i wykonywałam utwory śpiewane na powyższy temat, nakręciłam film w 2006/2007 r. oraz napisałam książkę w 2011 r. w bibliofilskim nakładzie o zbrodniach ukraińskich w Powstaniu Warszawskim, co zaszkodziło mi w moich planach artystycznych, o czym za chwilę. Pierwsza rzecz, o której chcę wspomnieć to ta, że tak jak od wielu lat bojkotowano temat zbrodni ukraińskich na Kresach, tak teraz nadal bojkotuje się temat zbrodni ukraińskich w Powstaniu Warszawskim, nawet przez poszkodowane środowiska kresowe. Jest to bardzo zasmucające. Druga sprawa to sprawa braku form i savoir vivre'u pewnych osób czy przedstawicieli pewnych stowarzyszeń mających dbać o pamięć o ludobójstwie. Dzięki informacji pani Lucyny Kulińskiej i zaproszeniu Stowarzyszenia Kresy we Francji byłam w Paryżu na konferencji poświęconej martyrologii Kresów z udziałem i prelekcjami pani Kulińskiej i pana Srokowskiego. Podczas konferencji przed stołem prelegentów staly moje dwa olejne obrazy poświęcone martyrologii Kresów, które przekazałam Stowarzyszeniu wraz z innymi materiałami, w tym filmowymi, pod warunkiem, że obrazy będą non stop wyeksponowane publicznie w owym Stowarzyszeniu. I tu z przykrością muszę powiedzieć, że nie dość, że wartościowe w treści obrazy zostały gdzieś schowane i nikt ich nigdy nie oglądał, jakby przez kogoś zawłaszczone, to nawet nie otrzymałam nigdy przyjętego zwyczajowo podziękowania na piśmie, a przedstawiciele Stowarzyszenia od kilku lat robią uniki w kontaktach, nie chcą ani udzielić mi informacji co się stało z obrazami, ani ich zwrócić. Po prostu – niesłychane.

W swym filmie „Wołyń” Wojciech Smarzowski dobrze pokazuje narastającą niepewność i grozę i niedowierzanie : „Nie, nasi Ukraińcy, nam nic nie zrobią...”. Pokazuje ukraińskich sąsiadów grabiących polskie domy w swoim sąsiedztwie tuż po zamordowaniu tam ich braci Polaków, leżących tam pokotem w strugach krwi, ludzi potopionych w studniach, wiadra z oberżniętymi głowami, udowadnianie przed oprawcami, że się jest Ukraińcem aby ratować życie, tak jak to robili Żydzi udając, że nimi nie są przed hitlerowcami - Niemcami. Reżyser nie pokazuje natomiast, że Sowieci mordowali Polaków i że Niemcy mordowali Polaków, tak jak Żydów oraz nie doprecyzowuje, że Ukraińcy byli w koalicji z hitlerowcami. Na marginesie - byli w koalicji nie tylko na Kresach, również w Powstaniu Warszawskim i na Zamojszczyźnie przy wysiedlaniu polskich rodzin i dzieci Zamojszczyzny. Już wtedy Niemcy mieli plany aby Ukraińcami zasiedlić Polskę, czyli mieli w planach to co się dzieje u nas obecnie.

Co natomiast było w filmie Smarzowskiego, według mnie, niezupełnie zgodne ze znanymi relacjami i faktami z martyrologii Kresów. Na przykład fakt, że zamordowanie żony Polki miało dać szansę uratowania wspólnych z mężem Ukraińcem dzieci polsko-ukraińskich. Znam wiele wprost przeciwnych relacji. Zacytuję fakt z rodziny mojej ciotki. Dotyczył rodziny bodajże Sławińskich. Ukraińcowi kazali zabić jego żonę Polkę z rodziny mojej ciotki i ich wspólne dzieci. Ukrainiec odmówił. Na jego oczach zamordowano z torturami jego żonę i dzieci, a na końcu jego samego przepiłowano piłą. Tak więc raczej nie zdarzało się, tak jak to pokazuje film Wojciecha Smarzowskiego i jak w wywiadzie opowiada reżyser aby zamordowanie żony miało uratować polsko-ukraińskie dzieci – bo je też mordowano – nie dawano im szans na przeżycie, bo miały domieszkę polskiej krwi. Mąż ciotki, mój wuj, ułan i leśnik, którego jeszcze po wejściu Sowietów bronili przed nimi bezskutecznie ukraińscy chłopi : „Charoszij pan, charoszij pan” i którego wywieziono na Łubiankę, a potem do gułagu na Kołymę i po wyjściu z Armią Andersa było mu dane poznać zakres zbrodni ukraińskich, z oburzeniem w latach 50-tych skomentował ślub własnej kuzynki z Ukraińcem na ziemiach zachodnich. Nie pożył długo. Po pobycie w więzieniu stalinowskim zamordowało go podstępnie wkrótce, m.in. widłami, najprawdopodobniej UB o korzeniach ukraińskich na ziemiach odzyskanych. Sprawa rzekomego polskiego odwetu pokazanego w filmie, również, w moim odczuciu, nie jest w pełni prawdziwa. Polski odwet nie spotykał przypadkowych ludzi. Odwet osoby poszkodowanej, jeżeli była ona w stanie go dokonać, był wymierzony w oprawcę lub w oprawcę i jego rodzinę. Nie zdarzało się Polakom mordować dzieci, musiały być to zupełnie jednostkowe fakty jakiegoś szaleństwa z rozpaczy, a w filmie Smarzowskiego pokazany przez niego odwet dotyczył rodziny osoby niewinnej, a zamordowane rzekomo przez Polaków dzieci były ponadto polsko-ukraińskie, a kobieta była Polką i również była zupełnie niewinna. Nie był więc to odwet, a fantazja scenarzysty. Jeśliby taki fakt się niemniej zdarzył to musiał być to fakt absolutnie wyjątkowy, tak wyjątkowy, że nie powinien być cytowany w filmie jako norma. Na Kresach nie bardzo kto miał przeprowadzać odwet. Mężczyźni byli w gułagach, w obozach, w więzieniach, na wywózkach. Nie było kim walczyć. Dlatego organizowały się samoobrony, w jednej z nich była siostra mojej babci z 27 Dywizji Wołyńskiej, sanitariuszka.

Tutaj powinnam się ustosunkować do nietrafnego zarzutu jednego z recenzentów filmu – powiem złośliwie – specjalisty od obłędu w Powstaniu Warszawskim (obłęd - dla mnie to oburzające określenie). Napisał on, może nie powtórzę dokładnie, że Armia Krajowa nie chciała stworzyć ochrony ludziom na Kresach, że zostawiła ich samych. Jest to stwierdzenie, moim zdaniem, świadczące o niewiedzy i niezapoznaniu się recenzenta z głównymi dokumentami z tego okresu, znajdującymi się nawet w warszawskim IPN-ie. Armia Krajowa miała ogromne terytorium do chronienia, na Kresach było najtrudniej. Teren był naszpikowany agenturą sowiecką i zdradliwymi mniejszościami, po wywiezieniu ludności polskiej – z ogromną ich przewagą. Ukraińcy byli koalicjantami Niemiec hitlerowskich. Wg danych niemieckich od 40.000 do ok.80.000 Ukraińców zgłosiło się do SS. Podobnie w filmie słyszymy, że polska partyzantka zostawia ludność polską samą. Takie oskarżenia wobec Armii Krajowej na ogół wypowiadali w poprzednim okresie komuniści, Na Kresach mieliśmy ogromne straty wśród ludności cywilnej i w oddziałach partyzanckich, brak oparcia w terenie i brak broni. Mam dodatkowy argument na brak wiedzy recenzenta (i ewentualnie in.osób) – który ma wyraźne uczulenie na Armię Krajową, prawie jak dawne władze PRL. Gdyby na terenie Kresów Armia Krajowa miała kim i czym walczyć to moja ciotka z 27 Dywizji AK nie musiałaby być w samoobronie wraz z ludnością polską, a mój stryj ze strony Ojca - 20-letni uczeń III-ciej klasy Liceum Czartoryskich w Puławach - Józef Lewtak, partyzant, nie otrzymałby rozkazu dowództwa Batalionów Chłopskich podległego Armii Krajowej aby szedł ze swym oddziałem partyzantów aż z Lubelszczyzny na Kresy na Wołyń ratować ludność polską. Stryj szedł na Wołyń zdobywając po drodze broń na oddziałach niemieckich. Zginął 17.09.1943 r. w potyczce z hitlerowcami, ale, podobno od podstępnego, skrytobójczego, zagubionego strzału. Ostatniego, być może ukraińskiego, strzału. Stryj był autorytetem i legendą swojego oddziału, bez niego oddział nie poszedł dalej. Był ślicznym, zdolnym chłopcem, któremu nie dane było dożyć nawet pełni młodości. Dostał pośmiertnie Virtuti Militari. Rozkaz spłonął w Powstaniu Warszawskim. Stryj był bohaterem swojego regionu, ma tam dwa pomniki. Jego/moją prawie całą rodzinę w odwecie Niemcy okrutnie zamordowali, ale naszym urzędnikom siedzącym na wygodnych posadach losy mojego bohaterskiego stryja i jego rodziny, ich bohaterstwo i męczeństwo – są obojętne, a ponadto stryj szedł z Lubelszczyzny bronić Kresów Polskich i mordowanej tam ludności – kto by się tym teraz zajmował. Sprawę opisuję w felietonie „Zapomniani bohaterowie”.

Film „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego pokazuje bardzo wiarygodnie Ukraińców, świetnie są dobrane postaci aktorów, dobra gra, przekonywująca i bez zarzutu, utalentowany reżyser. Aby nie zrazić strony ukraińskiej reżyser naświetla rzekomą sytuację Ukraińców w Polsce – otóż według filmu przeznaczeni są oni tylko do gnoju, nie mogą studiować, zamyka się im cerkwie, zmusza się do nauki polskiego i traktuje z góry i z pańska, a ponadto stwierdza się, że na Kresach żyje więcej Ukraińców i dlatego jest to ich ziemia. Są to nieprawdy. Domyślam się, który z konsultantów filmu sugerował reżyserowi takie rzekome „prawdy” zamieszczone w filmie. Kiedyś tereny kresowe były istnym pustkowiem. Ukraina nie była nigdy państwem, więc Polska nigdy tej państwowości Ukraińcom nie odebrała. Byli oni przez stulecia tylko Rusinami, jednym z regionów Polski, w którym mieszkali wraz z Polakami jak Mazowszanie czy Ślązacy. To Liwa prosiła Polskę w XIV wieku o zawarcie Unii w celu obrony głównie przed Krzyżakami. Ludność na Kresach zmieniła swój skład procentowy przez 120 lat niewoli. Zaborcy wywozili, eksterminowali i pozbawiali majątków głównie i przede wszystkim Polaków. W ten sposób wielu członków mojej rodziny musiało emigrować z Wołynia i Podola po Powstaniu Listopadowym do Francji, a okupant zabrał ich majątki osadzając na nich Rosjan i Rusinów. Głównie w czasie zaborów zaborcy usiłowali w mniejszościach narodowych dawnej Polski rozbudzić poczucie odrębności aby na zawsze tereny kresowe od Polski oderwać. Przyniosło to owoce w okresie odzyskania przez Polskę niepodległości. Trudno wymagać aby 19-letnie państwo po 120 latach niewoli i zamordowaniu przez Ukraińców ministra Pierackiego, przyjaciela Rusinów, nie usiłowało scalić i wyedukować swej ludności rozbitej przez ponad wiek na trzy zabory. Pozostało wiele świadectw, że Polacy żyli zgodnie z Rusinami, uczęszczali na zmianę do cerkwi i do kościoła, obchodzili święta i prawosławne i katolickie, świadczy to o tym, że w aspekcie religijnym i językowym Ukraińcy nie byli prześladowani, choć mogli się czuć ograniczani bo 19-letnia Polska walczyła o przywrócenie Polakom zabranej im polskości. Polacy byli zruszczeni i zniemczeni. Pradziad mojego męża, słynny działacz niepodległościowy kupował Polkom stroje polskie i uczył je polskiego, bo i to stawało się zapomniane po tylu latach zaborów. To my byliśmy prześladowani przez ostatnie 120 lat, a nie Ukraińcy i ten fakt w ogóle reżyser „Wołynia” pominął. Jeśli chodzi o edukację i inne aspekty wolności ukraińskich to należy przypomnieć, że sam Bandera studiował na Uniwersytecie Lwowskim, a Polacy pod zaborami, w PRL i nawet obecnie przeżyli dużo większe szykany niż Ukraińcy kiedykolwiek na Kresach.

O traktowaniu rzekomo z góry i po pańsku Ukraińców przez Polaków zacytuję jedną z opowieści ojca pani Ewy Siemaszko, jednego z autorów dwutomowego dzieła o martyrologii Kresów. Pan Siemaszko, którego wuj miał majątek w sąsiedztwie mojego dziadka – kawalera Virtuti Militari, opowiadał, że wóz z ładunkiem, z sianem miał pierwszeństwo przy wjeżdżaniu na drodze pod górę, ale to Ukraińcy wymuszali na chłopach polskich aby ci zawsze im ustępowali drogi, niezależnie od kierunku jazdy. Bali się tylko mojego dziadka, on się nie dawał zmusić do tego aby jadąc z ładunkiem pod górę musiał przepuszczać jako pierwszy wóz ukraiński jadący z góry. Może ta opowieść oddaje rys jak było na Kresach w rzeczywistości, jak Ukraińcy traktowali Polaków i kto kogo terroryzował lub prześladował. W filmie „Wolyń” robione są również aluzje do majątków osadników. Wyjaśniam, że majątek ten nie był odbierany chłopom ukraińskim i był nadawany Polakom za zasługi w walce i nieraz jako rekompensata za ziemie odebrane im przez zaborcę za ich walkę niepodległościową. W 2011 r. na skutek niezgodnej z prawdą prelekcji usłyszanej na jednym ze spotkań organizowanych przez IPN wydałam bibliofilską książkę, dobrze odebraną przez renomowanych historyków, o zbrodniach ukraińskich w Powstaniu Warszawskim. Jeden jej egzemplarz przekazałam do IPN. Po tknięciu tak zakazanego tematu spotkały mnie przedziwne szykany. Od pewnego czasu szykowałam, anonsując to publicznie, pierwsze w Polsce wydania dwupłytowego albumu kilkudziesięciu utworów Edith Piaf śpiewanych przeze mnie w języku francuskim i jednocześnie albumu dwupłytowego w języku polskim z kilkudziesięcioma utworami z repertuaru Edith Piaf tłumaczonymi przeze mnie na język polski, nieraz po raz pierwszy w Polsce, również w moim wykonaniu. Prawa do utworów Edith Piaf ma ok.kilkanaście firm na świecie, nieraz bardzo renomowanych. Album francuski wydałam, nikt go nie wpuścił do dystrybucji. Jeśli chodzi o album polski - początkowo akceptacje dla moich tłumaczeń z najbardziej znanych firm na świecie „szły jak burza”, bez najmniejszych oporów. Do wersji polskiej miałam już zaakceptowaną ponad połowę składu. Po wydaniu przeze mnie książki o zbrodniach ukraińskich w Powstaniu Warszawskim - nagle złota fala akceptacji stanęła w miejscu. Milczenie trwało rok. Wreszcie musiałam przerwać oczekiwanie i po ok.roku wycofać dziesięć utworów, niejednokrotnie najlepszych, w tym już zaakceptowany kiedyś przez Francuzów mój „Tłum” czyli „La foule”. Niektóre utwory były naprawdę świetnie przetłumaczone do śpiewania, żal je było wycofywać z edycji albumu. Album w języku polskim wydałam więc w zmienionym, uszczuplonym składzie i z ponad rocznym opóźnieniem. Domyślałam się, że musiała powstać jakaś intryga w środowisku artystycznym np.konkurencji w temacie, która spowodowała milczenie kolejnych właścicieli praw lub – w jednym przypadku – jakąś idiotyczną i prawie nie na temat odpowiedź. Intuicja mnie nie zawiodła. Wertując internet nagle natrafiłam na jednej z renomowanych uczelni w Lublinie na tytuł pracy licencjackiej pani M.B. pochodzącej bodajże z Gdańska, która pod kierunkiem dr romanistyki pani D. Ś. zajęła się moją zupełnie nie znaną osobą i moim pierwszym w Polsce prekursorskim, nikomu w zasadzie nie znanym, tłumaczeniem utworu „La foule” z roku 1990, które spodobało się najbardziej znanemu w tamtym okresie tłumaczowi piosenek francuskich panu Jerzemu Menelowi, który m.in. z tego powodu zaprosił mnie jako gościa honorowego do występu w Festiwalu Piosenki Francuskiej w klubie Remont w 1992 r.. Utwór „La foule” („Tłum”) w moim tłumaczeniu został zaakceptowany przez stronę francuską i wydany w małym nakładzie w 1992 r. na kasecie p.t.”Ogród Odrzuconych”, rozprowadzanej wówczas przez firmę Pomaton prowadzoną przez obecnie znane bardzo osoby. Ktoś musiał się nieźle naszukać aby znaleźć jako temat pracy tłumaczony przeze mnie tak dawno i wydany w maleńkiej ilości utwór i porównywać go z tłumaczeniem tego samego utworu z ostatnich lat, przygotowanym dla Justyny Steczkowskiej przez innego artystę. Jak domyślam się studentka M.B. miała za zadanie zniesławić mnie zanim zakończę przygotowywanie moich prekursorskich albumów z repertuarem Edith Piaf. Miała kontakty z liberalnymi środowiskami w Polsce i z teatralnymi środowiskami francuskimi. Moje nazwisko widniało w tytule pracy napisanej przez nią w języku francuskim. Studentka wraz z promotorką naruszyły moje prawa autorskie, m.in. w zakresie mojego prawa do nadzoru nad wykorzystaniem i zastosowaniem tłumaczonego przeze mnie utworu. Renomowana uczelnia nie chciała mi udostępnić pracy, jak tylko w uczelni. Studentka i promotorka nie odpowiadały na żadne emaile, telefony czy próbę kontaktu. Reprezentujący je dziekanat był mocno niegrzeczny. Musiałam wydać więc ponad 1000 zł aby pojechać wraz z mężem do Lublina, wynająć pokój w hotelu i zapoznać się z pracą p.M.B..

Po zapoznaniu się z pracą studentki M.B. złożyłam pozew do sądu, ale wkrótce go wycofałam. Stwierdziłam, że szkoda mojego życia na walkę z wszystkimi nieuczciwymi ludźmi. Praca studentki M.B. pod kierunkiem dr D.Ś. zawierała stos błędów w języku francuskim i stos absurdów w analizowaniu mojego i drugiego artysty tłumaczenia. Kiedy studentka jako wadę mojego tłumaczenia podała zgodność ilości sylab w wierszu w języku francuskim z ilością sylab w każdym wierszu w moim polskim tłumaczeniu – uśmiałam się serdecznie. Nawet nie wiedziałam, że jestem tak zdolna. Żaden z moich prekursorskich i nagrodzonych albumów muzycznych, mimo że zostałam również w międzyczasie jedną z laureatek Międzynarodowego Konkursu Piosenki Francuskiej o Grand Prix Edith Piaf, nie został dopuszczony do dystrybucji w Polsce. Żaden recenzent, mimo obietnic, ani z lewej, ani z prawej strony nie poświęcił moim albumom ani jednej linijki. I tak to wygląda - dalej jak w PRL, od lat, od 1989 r.. I kto jest bardziej prześladowany niż Ukraińcy kiedykolwiek - Polacy we własnym kraju. Jeszcze jedno - w miejscach gdzie samodzielne oddziały ukraińskie podczas Powstania Warszawskiego dokonały barbarzyńskich masakr mieszkańców, np. przy ulicy Gdańskiej 4 na Żoliborzu w Warszawie w dniu 14.09.1944 r. miasto zawiesza niezgodne z prawdą tablice pamiątkowe głoszące jedynie o zbrodni hitlerowskiej. Na Gdańskiej 4 zginęło 100 mieszkańców. Mieli poodrąbywane kończyny, kobiety były zgwałcone, zamordowane, z obciętymi piersiami. Zgwałcono i zamordowano ośmioletnie dzieci, powyciągano im wnętrzności. Mieszkańców kamienicy przy ul, Gdańskiej 2 ocalili przed napadem ukraińskim dwaj moi „przyszywani” wujkowie wystrzeliwując podczas tej obrony kilkadziesiąt tysięcy naboi. Obydwaj dostali za to Virtuti Militari. Tak to właśnie u nas wygląda dbałość o prawdę historyczną w życiu i w sztuce. Mądrym człowiekiem był śp. ksiądz Roman Indrzejczyk – ksiądz prałat śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Uczuliliśmy go z mężem przed planami rajdu banderowskiego na terenie Polski, że to zadziała nie tylko przeciwko Polakom, ale i przeciwko naszemu Prezydentowi i ksiądz Roman szybko zadziałał– do rajdu nie doszło.

Jeszcze inna zasmucająca rzecz to ta, że podobno do tej pory zdarzają się wśród twórców i uczestników tak porażającego filmu o cierpieniach i martyrologii Polaków jak „Wołyń” opinie, że nie wierzą, że to co oglądają na ekranie to było ludobójstwo.

Najsłuszniejsza recenzja należy w moim odczuciu do pana Goćka. Już sporo lat temu pytałam naszego znajomego pochodzenia żydowskiego, który bronił Ukraińców, tłumacząc, że jakoby mieli oni powody do zbrodni, bo czuli się prześladowani – co w takim razie zrobili Żydzi Niemcom, że ci ostatni ich tak mordowali. Chciałam unaocznić znajomemu, że w ten sposób nie można tłumaczyć żadnych zbrodni i że Ukraińcy byli naszymi obywatelami, którzy nas zdradzili. A ponadto my byliśmy bezbronni, a oni mieli uzbrojenie i wsparcie od Niemców i od Rosjan. Natomiast wywiad z reżyserem filmu trochę mnie zaniepokoił. Jak mało trzeba znać historię Polski i jak mało znać z autopsji, od własnej rodziny - walkę o niepodległość aby w ogóle dopuszczać porównanie jakiegokolwiek polskiego, prawicowego ugrupowania do zbrodniczej działalności OUN-UPA – nacjonalistów ukraińskich oraz rzucać w eter domniemanie, że Polacy czy inne nieagresywne narodowości, byliby tacy sami jak nacjonaliści ukraińscy. Przecież Polacy wspierali bardzo często gnębione społeczności w swej historii, brali udział w walkach niepodległościowych innych nacji – na Haiti, w Ameryce i w in.miejscach. Również jakiekolwiek nawiązanie do wydarzeń w Jedwabnym jest według mnie niestosowne, gdzie zbrodnia nie jest do końca zbadana, była organizowana przez Niemców, przy udziale marginesu społecznego, gdzie wcześniej społeczność żydowska wydawała Polaków w ręce Rosjan. Towarzyszyły w/w zbrodni inne okoliczności i nie można jej porównać do masowych rzezi dokonywanych na Kresach i w innych rejonach Polski przez nacjonalistów ukraińskich na kilkuset tysiącach bezbronnych i niewinnych ludzi przez okres kilku lat. Mimo kilku niezgodności historycznych film „Wołyń” polecam. Bardzo dobrze, że świadectwo o męczeństwie Polaków wreszcie powstało.

Bogna Lewtak-Baczyńska Warszawa 19.10.2016 r.

NASI OJCOWIE – Tato i Jego Rodzina – Zapomniani Bohaterowie

Niejeden raz budziłam się z krzykiem w dzieciństwie. Śniła mi się wojna, której nie znałam. Nie znałam jej jeszcze wówczas nawet z opowiadań, ale widocznie jest jeszcze wiele zjawisk w psychice człowieka nie wyjaśnionych. W moich snach przetaczały się ogromne czaszki i najeżdżały na nas czołgi, wtedy, mimo że malutka, we śnie brałam na ręce całą moją rodzinę – rodziców i dziadków oraz starszego, chorego braciszka i wynosiłam ich z okrążenia. Byłam mocarna. Jestem rozgoryczona kiedy wbija się nam uparcie do głów od wielu, wielu lat obowiązujący nas na świecie obecnie kanon podejścia do historii – przeszłość jest nieważna, wybaczamy, narodził się „nowy człowiek” XXI wieku, a nasi niedawni mordercy, którzy wrzucali nas żywcem do krematorium, wywozili na „białe niedźwiedzie” czy w makabryczny sposób zabijali ludobójczo całe nasze polskie rodziny na Kresach - to nasi przyjaciele. W ten sposób - wszyscy, którzy nas zdradzili, mordowali, oddali w ręce najeźdźców lub denuncjowali przed UB i NKWD, gestapo, UPA, OUN – to nasi przyjaciele. Myślę, że są to tendencje zgubne i wbrew pozorom – niechrześcijańskie. Przebaczać bowiem można tym, którzy żałują SZCZERZE za grzechy, popełnili zbrodnię z emocji czy niewiedzy - a nie dla swej koniunkturalnej polityki. A poza tym - żałować - to za mało, trzeba się starać wynagrodzić krzywdy, poprawić się, współczuć, odpokutować - a tam gdzie występowała premedytacja w zbrodni przeciwko milionom Polaków czy obywatelom innych nacji - to i żal jest najczęściej nieszczery. Przebaczając tym, którzy się nie pokajali, nie odżałowali za swe czyny, nie odpokutowali, nie wynagrodzili, nie zmienili się lub tylko pozornie, jest dalszym demoralizowaniem zbrodniarzy i przyzwalaniem na kolejne zbrodnie, jest zdradą wobec ofiar, jest z gruntu niemoralne, a nie – chrześcijańskie. Jak poza tym wygląda chrześcijaństwo, które szerokim gestem uwalnia wszystkich zbrodniarzy wojennych od ich win, na inne zbrodnie przymyka oczy, chce wynieść na ołtarze duchownego, który aprobował rzezie na Polakach, a rzuca w niepamięć zamordowanych na Kresach duchownych, np. księdza Szczepankiewicza, któremu nacjonaliści ukraińscy w Wigilię 1943 r. żywcem wyrwali serce, a który nie tylko był wielkim pasterzem wiary, ale jak święty bezpłatnie i z pełnym oddaniem przez lata leczył biedotę ukraińską i polską na Kresach, nie robiąc żadnych różnic. Co za przewrotna etyka zapanowała na świecie, że oczyszcza się łatwo zbrodniarzy, a potępia jako największe zło mało groźne przywary ludzkie – życie przedmałżeńskie czy użycie antykoncepcji, akceptując przy tym dużo większe anomalie ludzkie występujące wśród ludzi obecnej cywilizacji. Niedawno przyprowadziłam kilka bardzo wierzących malarek na wykład w pewnym z kościołów. Bardzo wierzące artystki przyszły na wykład aby omówić z księdzem prowadzącym urządzenie wystawy poświęconej 1050-leciu Chrztu Polskiego. Jedna z nich nieopatrznie w trakcie Mszy Świętej przed wykładem przyjęła Komunię Świętą, ale tak jak to artystki, tknięta poczuciem zimna i nerwicowym lękiem o zdrowie swojej ręki, trzymała swą prawą rękę w kieszeni. Powykładowa rozmowa z księdzem o wystawie została brutalnie przerwana przez cierpką reprymendę ponoć świeckiej zakonnicy o trzymaniu ręki w kieszeni przy przyjmowaniu Komunii Świętej przez w sumie bardzo religijną malarkę. Usiłowałam załagodzić sytuację, a moja „napastowana” świeżo upieczona koleżanka na szczęście znalazła bardzo interesującą ripostę na agresję zadufanej w siebie kobiety. Odpowiedź tę nieraz przytaczam jako anegdotę. „Nie byłabym tak utalentowana, gdybym nie była trochę szalona” - odpowiedziała malarka, a ponadto - „może ja jestem szalona, ale pani jest jeszcze bardziej”. Ta odpowiedź była i szczera i dowcipna. Oczywiście tak jak w przypadku naszych wyróżniających się w kraju kolejnych ostatnio robionych wystaw, wyjątkowych, można powiedzieć, powstających ze składek finansowych uczestniczących w nich artystów, bez żadnego zainteresowania (!) ze strony państwa polskiego, takich jak : „Żołnierze Wyklęci”, „Katastrofa smoleńska 10.04.2010 r.”, „11 lipca 1943 r. Dzień Pamięci o ludobójstwie ukraińskich nacjonalistów na Polakach na Kresach, Lubelszczyźnie, w Małopolsce, w Powstaniu Warszawskim 1944...”, „Powstanie Warszawskie 1944” nikt się propozycją naszej wystawy poświęconej tematyce Chrztu Polski nie zainteresował, tak jak i Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, pomimo licznych naszych petycji od początku roku 2016 nie było zainteresowane promowaniem sztuki polskiej w szerszym zakresie niż tylko podpieraniem prywatnego, wąziutkiego kręgu swoich wybrańców, których dorobek i biografie niczym nie uprawniały do dyskryminowania reszty środowiska artystycznego. Podobnie nie zareagowali ani jedną odpowiedzią na pisma o ratowaniu sztuki polskiej czy ustanowieniu Święta Narodowego Powstania Warszawskiego sławni ponoć z propolskości i patriotyzmu posłowie, których tak niedawno wybraliśmy na naszych przedstawicieli. Ot, jeszcze jedna nauczka a propos honorowania ofiar zbrodni wojennych, wybaczania, wierzenia, popierania, zaufania do klas politycznych i ich przedstawicieli – notabli z naszego życia publicznego. Ponoć świecka zakonnica, która wbrew temu jak naucza Biblia ujrzała tylko brzeg pucharu, a nie jego wnętrze, zadzwoniła do mnie jeszcze tego samego dnia o godz.23 wieczór z reprymendą z kolei wobec mnie, że w/w wymienioną malarkę ośmieliłam się przyprowadzić na wykład i jakim prawem chciałam załagodzić całe zajście. Tłumaczyłam jej jak mogłam, że my artyści, malarze, muzycy etc. mamy nieraz fobie i urazy, że to co mamy dobrego w środku nie zawsze tak automatycznie przenosi się na zewnątrz, że to wartościowa dziewczyna i wierząca, że przyszła na wykład z najlepszymi intencjami, że tworzy obrazy religijne, że ta ręka w kieszeni to jej uraz z przeszłości. Na nic to się zdało. Skończyło się na tym, przepraszam, że zażartuję, że ta ponoć świecka zakonnica tak prawdziwie „po chrześcijańsku” „nie poznawała” nas już do końca całego cyklu księżowskich wykładów, czyli przez kilka miesięcy aż do końca roku, a zapewne zbrodnie hitlerowskie, upowskie i sowieckie przebaczyła szerokim gestem tak jak nakazuje to obecny trend światowy i religijny. Ten szeroki, pozornie tylko dygresyjny wstęp ma dla mnie swoje uzasadnienie. Na życie całej mojej rodziny i jej prosperitę od pokoleń miały wpływ zabory, powstania i kolejne wojny. Wszyscy członkowie naszej rodziny ze strony mej matki jak i ojca, jako że wychowywani niezwykle patriotycznie, tracili życie i majątki z powodu prześladowań zaborców w kolejnych powstaniach i wojnach. I tu się zaczyna historia mojego Ojca i tragiczne dzieje Jego rodziny. Łatwo komuś skwitować horrory wojny i przebaczyć jej zbrodnie jeśli jego rodzina w niej nie partycypowała i nie była nią dotknięta. Konsekwencje zaborów i wojen ciągną się nad Polakami całe dziesięciolecia i stulecia. Bogactwa, zbiory, budowle, które inne państwa gromadziły poprzez swych obywateli od pokoleń lub też zdobywały przez kolonizowanie innych krajów, w naszym państwie były tracone co pokolenie i od kilkuset lat, stale musieliśmy się odradzać od nowa. A co wojna to technika zabijania staje się coraz więcej rozwinięta. Nie ginie już kilkuset obywateli lecz ich miliony, cale miasta i nieomal całe regiony lub państwa. Giną całe elity, w Polsce za chwilę nie będzie miał kto się odradzać. Ostatnio ubolewamy nad prześladowanymi chrześcijanami i nad ostatnią okrutną zbrodnią na kapłanie francuskim w jego własnej świątyni, a jednocześnie świat udaje, że nie wie, że tak niedawno, bo w czasie II wojny światowej – były masowe (!) okrutne zbrodnie nacjonalistów ukraińskich na kapłanach katolickich i ich wiernych na Kresach Polskich, z okrutnym masowym wyrzynaniem lub paleniem żywcem Polaków i polskich katolickich kapłanów w kościołach w czasie obrzędów religijnych. Ci nacjonaliści ukraińscy to byli obywatele polscy dobrze traktowani przez Polskę, a zachowywali się podobnie i jeszcze straszniej niż obecni terroryści we Francji, wyhodowani przywilejami głównie na łonie francuskim. Rosjanie gnębili Ukraińców, więc ci ostatni bali się przeciwko nim występować, a więc wystąpili przeciwko Polsce, której byli obywatelami i która im stwarzała, mimo swego zaledwie 19-letniego odrodzenia – przywileje i warunki i miało być w Polsce dla nich coraz lepiej. Podczas wojny nacjonaliści ukraińscy stali się koalicjantami dwóch naszych najeźdźców, a przede wszystkim Niemiec hitlerowskich, pacyfikowali również w okrutnie zbrodniczy sposób Powstanie Warszawskie. Teraz świat i nasi politycy udają, że tego nie wiedzą, że tych zbrodni nie było, manipulują historią tak jak za czasów PRL. Rozlicza się i widzi tylko te zbrodnie, które służą koniunkturze politycznej. Politycy światowi mówią, że zbrodnie polityczne w krajach objętych dominacją innych mocarstw nie mogą się dziać bez wiedzy i inspirującej roli tychże mocarstw. Sugeruje się, że jeśli Francja w obliczu ataków terrorystycznych nie weźmie mocno spraw w swoje ręce to dojdzie do samosądów ze strony Francuzów. Ciekawe, że te wszystkie diagnozy stosuje się tylko wybiórczo i wobec wybrańców i np. nie bierze się ich pod uwagę w ocenie np. lat stalinowskich czy roku 1968 w Polsce – usiłując nam wmówić, że krzywdy jakie spotkały wówczas polskich obywateli pochodzenia żydowskiego spowodowali Polacy, a nie, że były głównie z namaszczenia i z koncepcji ZSRR. Niesłusznie się pomija w ocenie historii społeczeństw konsekwencje wielopokoleniowe jakie dla ich rozwoju miały poniesione straty ludzkie, materialne spowodowane przez ludobójcze najazdy państw sąsiedzkich i zmiany jakie barbarzyństwo najeźdźców spowodowało w obyczajach, tradycji, zdrowiu kolejnych pokoleń i psychice całych społeczeństw - ofiar ich ataku. Wojny spowodowane przez najeźdźców Polski i ich barbarzyństwo spowodowały wielkie, długofalowe, trwające całe pokolenia zmiany i tragiczne losy wielu rodzin polskich, w tym i mojej rodziny, w tym rodziny mojego Ojca. Jeden z przodków mojego ojca, nie wiem czy ze strony Jego ojca czy Jego matki, przybył podobno z Francji w okresie epoki napoleońskiej wraz z dworem Czartoryskiego do Puław. Ten wątek historii rodziny mojego Ojca powtarza się w kilku odłamach rodziny Lewtaków – niezależnie od siebie. Od razu zaznaczam, gdyż kiedyś zaatakował mnie nienormalnie w tym temacie, w jednej ze znanych prywatnych przychodni warszawskich, lekarz laryngolog pan K., pochodzący z Lubelszczyzny, podczas mojej u niego wizyty jako pacjentki, że : Stefan Lewtak – ubek z lat 40-tych z Puław – nie był moim ani mego Ojca krewnym. Był nam osobą zupełnie nieznaną. Natomiast Roman Lewtak z Gdańska – znany działacz Solidarności był naszym kuzynem, a Ojciec mój Henryk Lewtak - wielki patriota, partyzant ZWZ AK, więzień Zamku Lubelskiego, niemieckich obozów zagłady KL Auschwitz i KL Mauthausen umarł w niejasnych okolicznościach na emigracji w Belgii 19.02.1984 r., dyskryminowany i zwalczany przez władze PRL, reprezentowane tam przez Ambasadę i Konsulat Polski. Ale wracając do wojny. Co pokolenie patriotyczne rodziny polskie traciły wszystko co wypracowały oraz najznamienitszych członków rodziny, w przeciwieństwie do innych nacji europejskich. Stanowi to również, jak wspomniałam powyżej, o życiu i historii życia mojego Ojca. Rodzina mojego Ojca, a raczej jej pozostałość – ojciec i jego siostra z Ruchu Oporu rtm Pileckego w KL Auschwitz (zmarła w niejasnych okolicznościach w 1948 r. w wieku 35 lat) straciła prawie wszystkich swych członków w II wojnie światowej, a także była prześladowana przez system po 1945. Ojciec mój Henryk Lewtak, później przybrał przydomek „Jazłowiecki”, był przed II wojną światową jednym z najlepszych uczniów w swojej szkole tj. Liceum Czartoryskich w Puławach. Przez kilka lat chodził do jednej klasy, a potem zdawał maturę z Ireną Tuorą, późniejszą żoną prof. Zbigniewa Baczyńskiego, najbliższego krewnego – brata stryjecznego wybitnego poety, kuzyna mojego męża – Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Pani Irena Tuora Baczyńska przysłała mi ok.10 lat temu swoje zdjęcia klasowe z moim Ojcem. Przodek mojego Ojca – Onufry Lewtak był podobną zarządcą dóbr Czartoryskich w Puławach. Po jednym z powstań, bodajże po Powstaniu Listopadowym, zaborca zabrał majątek Czartoryskim z Puław oraz majątek Lewtaków właśnie za ich udział w powstaniu, za walkę niepodległościową przeciwko zaborcy. Wówczas Lewtakowie gwałtownie zbiednieli i schłopieli. Od pokoleń uczestniczyli we wszystkich polskich ruchach niepodległościowych, a potem w I-szej wojnie światowej. Stracili wszystko co posiadali, a także członków rodziny. Aby mogli po I-szej wojnie światowej postawić mały domek gdzie mogłyby przyjść na świat dzieci Jana Lewtaka i Heleny z Pajurków – moich dziadków ze strony Ojca - skrawek ziemi oddał im brat Jana. Ciężką pracą Lewtakowie zbudowali skromny domek, a ich największym marzeniem było gruntowne wykształcenie swych dzieci. Polska po 120 latach niewoli była bardzo biedna, ale jej bogactwem było to, że ster w kraju przejęli Polacy patrioci, zainteresowani rozwojem ekonomicznym i kulturowym naszego kraju oraz ludzie, którzy naprawdę walczyli o jej niepodległość, a nie o pozorną niepodległość, a także, że wychowano niezwykle patriotycznie następne pokolenia Polaków. Dlatego to, co oferowano nam w Polsce po 1989 r., w ogóle nie da się porównać do tego co zaoferowano Polakom po 1918 r.. Uważam, że od 1939 r., po holokauście na naszym polskim narodzie, a potem po 1945 r. - stopniowo postępuje degradacja naszego społeczeństwa, jego rozwoju, dorobku, kultury, patriotyzmu, nauki i stanu posiadania. Po II wojnie światowej zostaliśmy przejęci przez dominujące nas mocarstwo i przez mniejszości mu służące, a nami rządzące w jego imieniu. Po 1989 r., w moim odczuciu, w ogóle nie może być mowy o odzyskaniu przez nas suwerenności, w żadnym calu nie stanowimy o sobie i o swoim rozwoju, podlegamy tylko wytycznym zewnętrznym, tak jak miało to miejsce w dawnych republikach ZSRR. Obecna propaganda sukcesu dorównuje epoce PRL-u, reszta jest postępującą od ponad 70 lat degradacją i unicestwieniem. Oczywiście rodzą się nowe pokolenia, mają nowe szczęśliwe wspomnienia, nowe sentymenty, nowe zachwyty, wydaje im się, jak każdemu przeżywającemu swe dzieciństwo i młodość, że świat jest pełen dobra i pozytywnych idei, ale wystarczy zagłębić się w źródła historyczne, polityczne i naukowe, spróbować zawalczyć o polską rację stanu, spróbować opisać jakąś prawdę historyczną świadczącą o wielkości polskiej historii i polskiego patriotyzmu aby oberwać „po łapach”. Wystarczy prześledzić wydarzenia światowe i liczne życiorysy skrzywdzonych, dyskryminowanych lub skrytobójczo zamordowanych wybitnych i patriotycznych polskich obywateli żeby zorientować się, że degradacja etyczna człowieka na świecie szybko postępuje. Naszym i światowym notablom brakuje ludzkiej, społecznej i etycznej wyobraźni. Nieraz wyobrażam sobie przedwojenną rodzinę mojego Ojca w okresie jej najlepszej prosperity. Zubożali dziadkowie z wielkim trudem stawiają skromny drewniany domek na skraju pola, które otrzymali od brata. Mają trójkę dzieci. W domu się nie przelewa, motorem jego egzystencji jest wzajemna rodzinna miłość, chęć wykształcenia trójki dzieci kosztem wszelkich wyrzeczeń oraz świadomość, że Polska odzyskała niepodległość i się naprawdę rozwija. Helena z Pajurków (nazwisko pochodzenia francuskiego, tak jak nazwisko francuskie lub włoskie Tuora - Ireny Baczyńskiej, żony stryjecznego brata poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego) uchodzi za przedstawicielkę inteligencji w miejscowości Pożóg k. Końskowoli. Lewtakowie użyczają pomieszczeń swojego domu szkole polskiej i aby pomóc mężowi w utrzymaniu rodziny Helena otwiera również w swym malutkim domu sklepik. Jan Lewtak pracuje w majątku doświadczalnym mojego wuja ze strony mej matki – Antoniego Korczyńskiego, para się także kowalstwem. Pokolenie mojego Ojca to było pokolenie pełne wiary w świat i w przyszłość Polski. Doceniało wielopokoleniową walkę o suwerenność kraju oraz wielką zakończoną sukcesem i ogromnymi ofiarami walkę ich rodziców i dziadków o odzyskanie niepodległości przez Polskę. Jasia – najstarsza córka moich dziadków, tuż przed wojną, jest wolnym słuchaczem na Uniwersytecie Łódzkim. Poznaje tam i zaprzyjaźnia się z późniejszą wybitną i znaną pisarką Seweryną Szmaglewską, którą później Jasia chroni i opiekuje się nią w niemieckim obozie zagłady KL Auschwitz w Oświęcimiu. Po wojnie ma żal do Szmaglewskiej, że ta m.in. nie nagłaśnia postaci rtm Pileckiego, czyli że będąc jedynym świadkiem polskim na Procesie Norymberskim, sławna, nie daje pełnego świadectwa prawdzie obozowej. Henryk Lewtak – mój ojciec, rocznik 1920, 7 lat młodszy od Jasi, jest wybitnym talentem matematycznym. Trzy lata od niego młodszy brat to najmłodszy z rodzeństwa Józef, nazwany tak na cześć Marszałka Piłsudskiego. Wszystkie dzieci są wybitnie zdolne i mają ogromny pęd do wiedzy. Kolejno, tuż przed wojną, uczęszczają do Liceum Czartoryskich w Puławach, ojciec mój wraz z Ireną Tuorą, późniejszą Baczyńską (żoną stryjecznego brata poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego ), są jego sławnymi uczniami i absolwentami. Mój Ojciec w 1939 r., wraz z Ireną Tuorą, ze świetnym wynikiem zdaje maturę i dostaje się na studia na Politechnice Śląskiej. Najmłodszy z rodzeństwa - Józio jest uczniem III-ciej klasy powyższego Liceum. Moi dziadkowie są szczęśliwi i dumni ze swych dzieci. Jasia poznaje inżyniera leśnika Eugeniusza Gembala i tuż przed wybuchem wojny wychodzi za niego za mąż, młodzi przenoszą się do Puław. Jasia podobno działa w „Wiciach”, uczęszcza na różne kursy instruktorskie, ma świetne wyniki, wykłada, działa. Mój wuj Antoni Korczyński podkochiwał się w Jasi, ale wkrótce jadąc konno przez pożogowskie łąki poznał miłość swego życia – Kazię, studentkę farmacji, młodzi pobierają się. W czasie wojny Kazia zachodzi w ciążę, na skutek czego odnawia się jej dopiero co zaleczona gruźlica, której nie ma jak leczyć w okresie wojennym. Kazia rodzi dziecko zakażone gruźlicą, obydwoje umierają. Podczas pogrzebu obydwojga gestapo robi obławę na znanego w tym regionie partyzanta AK Antoniego Korczyńskiego „Nawałę”, na szczęście wuj Antoni nie pojawia się na pogrzebie. Również Janina Gembal z d. Lewtak w okresie wojny zachodzi w ciążę i również ona, z powodu biedy wojennej i braku leków zapada ponownie na zaleczoną wcześniej chorobę nerek, dziecko rodzi się martwe. Te wszystkie rodzinne polskie tragedie, pomijane na lekcjach historii, to również koszty wojny poniesione przez nasze społeczeństwo.Pożóg ma piękny pejzaż i pola, na horyzoncie widać lasy, jest blisko przepięknego Kazimierza, gdzie do czasu wojny wszyscy młodzi z okolicy robią wycieczki. Rodzeństwo Lewtaków jest znane w okolicy, raz, że wybitnie zdolne, dwa, że ogromnie urodziwe, o nieco orientalnych rysach. Wszyscy są brunetami o mocno kręconych włosach, przy czym Jasia ma piękne, błękitne duże oczy, w czarnej oprawie. Latem młodzież korzysta z piękna kazimierzowsko-pożowiańskiej natury i pływa wpław i kajakami po pobliskiej Wiśle, zimą robi towarzyskie eskapady i kuligi przez śniegi. W Pożogu hoduje się również piękne odmiany kwiatów. Nic nie zapowiada zbliżającego się kataklizmu wojny. Lewtakowie cieszą się wspaniale zapowiadającą się przyszłością swych dzieci, tak ciężko przez nich wypracowaną. Jak widać, wbrew teoriom PRL, dzieci niezamożnych ludzi ze wsi miały szansę w okresie międzywojennym dostać się na studia, co było uzyskane wieloma wyrzeczeniami i ich sukcesami w nauce. W obecnej Polsce, mimo że PRL upadł, państwo polskie nadal nie stwarza sprawiedliwej sytuacji ani w dostaniu się na studia, ani w otrzymaniu stypendium, ani w zrobieniu doktoratu, ani w uczestnictwie w polskim życiu publicznym Polakom - artystom, naukowcom i innym zawodom. Czy naukowcy i psychologowie zastanawiają się czasem co się dzieje kiedy w odzyskaną dopiero co, po tylu pokoleniowych walkach i stratach, państwowość wkracza brutalnie wojna ? Gdzie się podziały nauki wyciągnięte ponoć przez mocarstwa światowe, wyniesione z I-szej wojny światowej, aby nie dać się zbroić mocarstwom, które raz po raz wywołują wojny i kataklizmy dziejowe. Nawet teraz powstaje sztuczna teoria o skrzywdzonych ambicjonalnie Niemczech, które musiały odbudować swe morale poprzez wywołanie z pomocą ZSRR nowej ludobójczej światowej wojny, a obecnie - o bardzo przyjaznych nam Ukraińcach, z których niejeden, pomimo największej przyjaźni, w okresie wojennym - swych polskich krewnych i przyjaciół zarzynał lub palił żywcem bez mrugnięcia okiem. Wszyscy na ogół w Polsce wiemy co nastąpiło dalej, mimo przyjaznych stosunków, pustych słów i paktów międzynarodowych. 01 września 1939 r. Niemcy przekraczają nasze granice, łamiąc wszystkie konwencje i układy i zgodnie z założonym przez nich planem rozpoczynają holokaust na naszym narodzie, potem dołącza do tego holokaust na obywatelach pochodzenia żydowskiego. W czasach nowożytnych będzie się usiłowało zatrzeć ślady holokaustu na naszym narodzie i przypisać go tylko holokaustowi na Żydach, ot, kolejna manipulacja historią, których wiele w naszej rzeczywistości. 17 września 1939 r. Rosjanie przekraczają nasze granice i rozpoczynają również holokaust na naszym narodzie z pomocą mniejszości posiadających nasze polskie obywatelstwo – żydowskiej, ukraińskiej, litewskiej, białoruskiej i in.. Wszystkie te działania są oparte na V-tej kolumnie zainstalowanej u nas od czasów zaborów. Listy elit polskich przeznaczonych do eliminacji są już gotowe w gestapo i NKWD od czasów przedwojennych. Stąd na tych listach tworzonych przez najeźdźców oraz przez nasze mniejszości są wszyscy protoplaści mojej i mojego męża rodziny – z Szuchów, Lewtaków i Baczyńskich. Nie żyjącego już ojca poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego będzie szukało w 1939 r. gestapo, a samego, zabitego w Powstaniu Warszawskim poetę – powojenne UB. Aleksandra Szucha – mojego dziadka ze strony Matki i Lewtaków – moich dziadków ze strony Ojca i ich synów – w II wojnie światowej poszukuje gestapo. Z kolei po wojnie - Aleksandra Szucha – mojego dziadka ze strony Matki oraz 17-letniego brata mojej matki – Janusza Szucha - powstańca z bat. „Parasol” i w II konspiracji - szefa ochrony gen. Leopolda Okulickiego, a także braci mojej babci ze strony Matki, z Kresów – Edwarda Tkaczyńskiego i Edmunda Korczaka – poszukuje NKWD i UB. Ppłk Karola Baczyńskiego, jednego z dowódców obrony Lwowa w 1918 r. - pradziadka mojego męża i kuzyna poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz synów ppłk Karola Baczyńskiego - poszukuje w 1939 r. NKWD. NKWD poszukuje ppłka Karola Baczyńskiego na podstawie list stworzonych przez Ukraińców. Karol Baczyński ginie w 1940 r. z list katyńskich ukraińskich, a jeden z jego synów Zdzisław – orlę lwowskie - staje się ofiarą katyńską zamordowaną w Starobielsku. Córki i druga żona ppłk Karola Baczyńskiego zostają zesłane do Kazachstanu. Wychodzą z zesłania, tak jak i brat mojej babci – Edward Tkaczyński z gułagu na Kołymie – z Armią Andersa. Edward Tkaczyński po powrocie do Polski jest wpierw więziony przez UB, potem zostaje podstępnie zamordowany w zaaranżowanym wypadku w 1958 r.. Edmund Korczak, jako były dziedzic z Kresów i żołnierz AK jest wpierw więziony przez UB, potem cudem wychodzi z zamachu na jego życie, a następnie umiera na nagły nie wyjaśniony do końca zawał, tuż po opuszczeniu kolejnego więzienia. Janusz Szuch, brat mojej Matki, po aresztowaniu przez Sowietów 16-tu przywódców Polskiego Państwa, ucieka z Polski na zawsze przez „zieloną granicę” ratując swe życie. NKWD i UB robi obławy na niego w naszym mieszkaniu przy ul.Noakowskiego 12 w Warszawie. Mój dziadek po okresie konspiracji, ratowaniu Żydów wraz z żoną i swymi dziećmi, po uwięzieniu go na Pawiaku, po ciężkich śledztwach w „tramwaju” w Alei Szucha, eksperymentach na nim w KL Auschwitz i w KL Natzweiler, przeżyciu marszu śmierci, jest po wojnie współpracownikiem WiN i ofiarą licznych prowokacji NKWD i UB. Jest wielokrotnie więziony w śledztwie bez rozprawy, nigdy nie wpadł z dokumentami, a mocno zakonspirowany, jak jego syn, nigdy nie został do końca zdekonspirowany. Siostra mojej babci Maria Tkaczyńska (późniejsza Szmidt) po działalności jako sanitariuszka w 27 Dywizji Wołyńskiej i w Samoobronie Bielin pomagała w Tomaszowie Lubelskim dr Peterowi ratować Żołnierzy Wyklętych. Starsza córka ppłk Karola Baczyńskiego Maria Baczyńska – pianistka – po wyjściu ze zsyłki z Armią Andersa dowozi amunicję pod Monte Cassino, potem w Anglii studiuje prawo, wychodzi za żołnierza od gen. Maczka, również prawnika po Oxfordzie. Na prośbę chorej matki męża młodzi wracają do Polski. Nieomal do końca lat 60-tych nie mogą nigdzie znaleźć pracy, są ustawicznie nękani przez UB. Po zmianie kolejnych rządów Maria dostaje wreszcie zatrudnienie w szkole muzycznej w Bochni i wychowuje wielu wspaniałych pianistów, niektórzy z nich robią karierę w USA. W Polsce jednak losy jej rodziny nie układają się dobrze ani szczęśliwie, jest to jednak temat na oddzielne opowiadanie. Kiedy z niewyjaśnionych przyczyn, poddany nagłej operacji na przepuklinę nie zagrażającą życiu i nie uwięźniętą, umiera w 2006 r., w jednym ze szpitali warszawskich, ojciec mojego męża, partyzant od „Zapory” Tadeusz Baczyński, przewidziany jako świadek katyński losu ppłk Karola Baczyńskiego w zbliżającej się rozprawie sądowej, w tym samym mniej więcej okresie ginie w nie wyjaśnionych okolicznościach w Bochni dwudziestokilkuletni wnuk pianistki Marii z d. Baczyńskiej – córki ppłk Karola Baczyńskiego – Artur, ona sama nie żyje już od lat. W tym też okresie umiera jeszcze dwoje innych dość młodych członków rodziny Baczyńskich. Wkrótce po zakończeniu II wojny światowej chorowita siostra pianistki Marii - Zosia Baczyńska wychodzi w Anglii za mąż, również za oficera polskiego. Tak jak sugerują to państwa alianckie, chcące się pozbyć kłopotu z niedawnymi sojusznikami - Polakami, Zosia wyjeżdża z Wielkiej Brytanii z rodziną i z matką do Argentyny. Tu mąż Zosi wkrótce w niejasnych okolicznościach umiera, a matka Zosi – Władysława z d. Heyda, gnębiona tragicznymi wspomnieniami i brakiem perspektyw na połączenie się z rodziną w Polsce, podobno w akcie desperacji zażywa jodynę, a kiedy depresja mija i chce żyć - na ratunek jest już za późno, lekarzom nie udaje się jej uratować. Zosia, również dość wcześnie - umiera, mąż Marii w Polsce i ona sama – również. W Argentynie na zawsze pozostaje syn Zosi nie umiejący nic po polsku i najprawdopodobniej nie znający w ogóle tragicznej historii Polski i swojej rodziny, ani wspanialej karty niepodległościowej swojego dziadka, wybitnego działacza niepodległościowego i znanej osobistości Lwowa – ppłk Karola Baczyńskiego. Wszystkie odłamy naszej rodziny w nieodwracalny sposób potraciły wypracowane w międzywojennej, niepodległej Polsce majątki i osiągnięcia oraz szczątki dobytku, który pozostał im po zaborach. II wojna światowa unicestwiła całe polskie rodziny lub poważną część każdej polskiej rodziny. Rodziny zostały rozerwane przymusowymi emigracjami. Po raz kolejny została przerwana nasza ciągłość dziejowa, kulturowa, historyczna i pokoleniowa. Takie straty wyrównuje się przez stulecia. Takie właśnie „niezaleczalne” cierpienia przeszła większość polskich rodzin w okresie zaborów, w wyniku prześladowań i wojen. Tak unicestwiano naszych bohaterskich mężczyzn i całe rodziny męskich przedstawicieli naszych rodzin za ich walkę niepodległościową i o wolność i godność naszego kraju. Wszystko to jakby moi Ojcowie. Ich nieodłącznym przedstawicielem jest mój Ojciec Henryk Lewtak i historia wojenna Jego rodziny. Ojciec przebywał z partyzantami ZWZ AK w lesie. W spisie więźniów Zamku Lubelskiego i KL Auschwitz niemieckie rubryki podają, że był kolporterem nielegalnej prasy, a z zawodu robotnikiem lub mleczarzem. Aż smutne, żeby nie powiedzieć – żałośnie nieprofesjonalne, moim zdaniem, wydaje się to, że Muzeum w Oświęcimiu podaje w/w dane dotyczące mojego ojca, jak i innych więźniów polskich, jako obowiązujące i na poważnie. Wiadomo, że każdy schwytany więzień, nie chciał zdradzać oprawcom niemieckim co naprawdę robił w konspiracji i do jakiej klasy społecznej się zalicza, tak jak usiłowali to zataić więźniowie NKWD czy Czerwonych Kmerów, chyba, że wpadli z całą dokumentacją i nie mieli już żadnych szans. Wiadomo, że mój Ojciec będąc z partyzantami w lesie nie mógł li tylko zajmować się kolportażem, a brał udział w ich wszystkich akcjach. Nie był też robotnikiem ani mleczarzem gdyż został świeżo upieczonym studentem Politechniki Śląskiej. Również niesprawiedliwe jest przypisywanie przez współczesnych „badaczy” faktu istnienia transportów niezewidencjonowanych w KL Auschwitz czy w innych niemieckich obozach zagłady jedynie obywatelom pochodzenia żydowskiego, bo dotyczyły one również innych nacji. Mój dziadek Aleksander Szuch aby ujść z życiem po zlikwidowaniu w obozie KL Auschwitz jednego z oprawców hitlerowskich „schował się” jako więzień pod numerem innego nie żyjącego już więźnia polskiego, gdyż numery zabitych więźniów polskich ewidencja obozowa przekazywała więźniom następnym. Stąd zapewne obecnym „twórcom” „nowej historii Europy” wychodzą tak zaniżone straty, szczególnie wśród więźniów polskich, niezgodne z zeznaniami samych oprawców hitlerowskich w trakcie Procesu Norymberskiego. W ten sposób powstaje Wspólna Europa Historycznych Zakłamań. Mój stęskniony Ojciec zapragnął na jesieni 1942 r. „na chwilę” wyjść z lasu i zobaczyć swą matkę i ojca. Zakradł się nocą do Pożoga do domu rodziców. Na nieszczęście ktoś zadenuncjował jego przybycie, tu warto nagłośnić fakt, że w czasie wojny nie donoszono tylko na Żydów, jak się nam teraz wmawia - wmawiając nam antysemityzm, ale łajdacy różnej maści donosili na każdego, który nie był po myśli okupantów. Natomiast na dawnych Kresach Polskich Polaków denuncjowali Żydzi, głównie prorosyjscy, powodując tym liczne śmierci i straszne tragedie, a także Ukraińcy i inne nasze mniejszości posiadające nasze obywatelstwo. Kiedyś podawano mi nazwiska donosicieli, którzy spowodowali tragedię członków mojej rodziny, nie wiem jednak czy prawdziwe. Po wyżej wspomnianym doniesieniu o przybyciu mojego Ojca partyzanta do domu rodziców, pod domem Lewtaków pojawiła się żandarmeria niemiecka. Ojciec rzucił się przez okno w pole, ale las był dopiero na horyzoncie, a pole nie było wysoko porośnięte. Matka Ojca - Helena, jak mi to opowiadała ok.2007 r. wiejska kobieta, rozżalona, że dopiero co 01 września musiała wysłuchać w kościele po Mszy Świętej śpiewu chóru niemieckiego (a w tym regionie były rozstrzelania i palenie przez Niemców całych wsi polskich), schwyciła pistolet mojego Ojca i schowała pod sweter, który miała na sobie, wiedząc, że jeśli Niemcy go znajdą to zabiją jej syna od razu. Nie wiem czy żandarmeria niemiecka była z psami pościgowymi, ale Niemcy schwytali mojego Ojca zanim dobiegł do lasu. Bili go na oczach matki, a potem przykuli go ponoć na prawie całą dobę, razem z drugim więźniem, do metalowej instalacji w mleczarni pożowiańskiej. Jak opowiadała mi stara wiejska pożowiańska kobieta, gospodyni wiejska, brat Ojca – mój stryj Józio wówczas 18 lub 19-letni chciał odbić mojego Ojca, ale ludzie ze wsi go błagali aby tego nie robić gdyż spotkają ich represje i Józio z bólem zarzucił swój pomysł. W tym też okresie Jasia Gembal z d. Lewtak usiłowała wraz ze swym mężem Eugeniuszem Gembalem znaleźć jakieś dojście do jednego z urzędników niemieckich aby wykupić mojego Ojca z więzienia. Niestety trafili na prowokatora, zostali obydwoje aresztowani i osadzeni na Zamku Lubelskim. W tym czasie mój młodziutki wówczas Ojciec Henryk Lewtak został poddany torturom i straszliwemu biciu metalowymi narzędziami zakończonymi hakami. Podjął ucieczkę z Zamku wraz ze swym współtowarzyszem z celi, koledze podobno udało się uciec, Ojca zatrzymał polski strażnik. Rany, które zrobiono wówczas mojemu Ojcu podczas gestapowskich przesłuchań nie goiły się mojemu Ojcu jeszcze przez 30 lat po wojnie. W tym samym mniej więcej czasie co mój Ojciec do celi śmierci Zamku Lubelskiego trafił 17-18-letni młodziutki żołnierz AK, poeta, Henryk Oblicki - narzeczony mojej przyszłej teściowej Wisławy Żarskiej (późniejszej Baczyńskiej), wówczas łączniczki lubelskiego AK, jeżdżącej z bronią i meldunkami do Warszawy, Krakowa i do obozu w Płaszowie, gdzie również byli osadzani Polacy, nie tylko Żydzi. Podejrzewano, że Oblickiego zadenuncjował jeden z księży (nazwisko jest mi znane). Henryk Oblicki był również straszliwie katowany jak mój Ojciec, połamano mu żebra. Wysyłał grypsy do swej Wisi ps. „Maleńka” i do jej matki ps. „Matka” z lubelskiego AK. Dogorywający w celi po wielu godzinach tortur Henryk Oblicki wysłał do Wisi piękny poemat napisany wierszem p.t. „Snów mary”, który czasem wykonuję do własnej muzyki na charytatywnych koncertach patriotycznych. Kopia tego poematu jest wystawiona w Muzeum Pod Zegarem w Lublinie. Henryk Oblicki w stanie agonalnym został przesłany przez Niemców do obozu zagłady KL Auschwitz gdzie umarł tzn. podobno został spalony. Z typowym okrucieństwem niemieckim w dniu jego imienin przesłano jego matce jego prochy. Mój ojciec i walczący o jego uwolnienie – siostra i szwagier – zostali oddzielnymi transportami wysłani również do niemieckiego obozu zagłady KL Auschwitz. Tam, w czasie pierwszych denuncjacji uczestników Ruchu Oporu rtm. Witolda Pileckiego, o które to podejrzewano Józefa Cyrankiewicza, zginął mąż Jasi z d. Lewtak – Eugeniusz Gembal. Jasia natomiast działała w obozowym Ruchu Oporu wspierając dr Marię Maniakównę, znaną działaczkę ruchu ludowego. Jasia jest wymieniana przez więźniarki w ich zeznaniach przekazanych Muzeum w KL Auschwitz jako osoba prowadząca wraz z dr Maniakówną, Babską i in. prelekcje i pogadanki dla więźniów na przeróżne podnoszące na duchu, w tym historyczne, tematy. Jasia opiekowała się w obozie ułomną córką aptekarzy z Olkusza (być może chodzi tu o osobę o nazwisku Babska) i znaną potem pisarką Seweryną Szmaglewską. Dokumenty oświęcimskie Janiny Gembal z d. Lewtak zostały podobno przekazane stronie polskiej przez Rosję dopiero ok.2007 r.. Jasia po wojnie wyszła 2-gi raz za mąż za wuja mej Matki Antoniego Korczyńskiego, umarła w trzy miesiące po ślubie, podczas trwającego ubeckiego procesu rtm Witolda Pileckiego, zaangażowana w ujawnianie prawd o KL Auschwitz, po powrocie z zajęć studenckich w Łodzi, w kąpieli w wannie, w wieku 35 lat, przy obecności gości w domu – 21 marca 1948 r.. Wezwany do niej lekarz odmówił przyjazdu dla udzielenia jej pomocy. Jasia została pochowana w Kochanowicach w swej błękitnej sukni ślubnej. Do 1998 r. miejscowe dzieci i młodzież szkolna pięknie dbała o jej grób, my zmienialiśmy tam tylko krzyże. Od czasu śmierci Jasi wszystkie młode panny w naszej rodzinie wychodząc za mąż nakładają suknie błękitne lub choćby błękitne welony – na pamiątkę tej dzielnej i zaangażowanej, oddanej Polsce, osoby. W 1998 r. realizując życzenie mojego Ojca ekshumowaliśmy Jasię i przewieźliśmy ją do rodzinnego grobu rodziny Lewtak w Końskowoli, gdzie została pochowana po Mszy Świętej, na której grały dla Jasi na skrzypcach i na klawiszach moje córki. Tu pragnę jeszcze dodać, że w 1943 r. do niemieckiego obozu zagłady KL Auschwitz trafił również mój dziadek ze strony Matki – Aleksander Szuch. Niemcy dokonywali na nim eksperymentów, m.in. kąpali go w różnych, w tym prawie wrzących, cieczach i truli gazem do kresu wytrzymałości ludzkiej. Ze stu osób z Europy eksperymenty te przeżyły tylko trzy osoby, wśród nich mój dziadek. Dzięki wstawiennictwu wspaniałej postaci, przyjaciółce Polaków, Pani Sue Ryder dziadek mój dostał w Wielkiej Brytanii w latach 60-tych odszkodowanie od strony niemieckiej. Reasumując – miałam cztery osoby z najbliższej rodziny w niemieckim obozie zagłady KL Auschwitz i nigdy po 1989 r. władze, naszej ponoć wolnej Polski, nie zaprosiły mnie ani mojej Matki na obchody oświęcimskie, jak również nie zaprosiły rodziny mojego męża, która ma pięć ofiar na listach katyńskich - na obchody katyńskie. Ponoć przedstawiciele władz polskich nieomal osobiście skreślali z list zaproszeń nazwiska nie pasujących im osób (?! dlaczego ?!). Podobnie nie usprawiedliwiona niczym dyskryminacja i krzywda spotkała pośmiertnie rodzinę Lewtaków, gdy za namową współczesnej profesor Liceum Czartoryskich w Puławach Pani Ireny Tuory Baczyńskiej wysłałam w końcu lat 90-tych na 2000 - do Liceum Czartoryskich w Puławach wspomnienie o wspaniałych absolwentach i uczniach w/w szkoły z rodziny Lewtaków, którzy całe swe życie oddali Ojczyźnie. Szkoła zbojkotowała przesłane przeze mnie wspomnienie i nie umieściła go w swym jubileuszowym wydaniu, co uważam za hańbę dla w/w szkoły. Również ok.2000 r. zgłosiła się do nas TV Lublin aby nakręcić film o bohaterskiej rodzinie mojego Ojca i o Józiu Lewtaku. Jedynymi żyjącymi świadkami śmierci moich dziadków Lewtaków i posiadającymi wszystkie wiadomości na temat rodziny z tzw. „pierwszej ręki” byli członkowie mojej rodziny, głównie moja Matka. Niestety nieznany mi „ktoś” zawrócił ekipę telewizyjną z drogi do Warszawy, do nas. No i powstał film dokumentalny o rodzinie Lewtaków, pozbawiony świadectwa ostatnich i jedynych żyjących, z naszej rodziny, świadków śmierci Heleny i Jana Lewtaków oraz pozbawiony pogłębionego świadectwa o moim bohaterskim stryju Józiu, który zginął z bronią w ręku 17.09.1943 r., idąc wraz ze swym oddziałem na pomoc Polakom na Wołyniu mordowanym przez ukraińskie OUN-UPA współpracujące w czasie II wojny światowej z hitlerowskimi Niemcami. Powstał film bez naszego świadectwa, a więc ułomny, zawierający wiele przekłamań. Czy więc można nasz kraj nazwać już wolnym, normalnym, suwerennym krajem ? Mój Ojciec Henryk Lewtak został przewieziony z obozu KL Auschwitz do innego niemieckiego obozu zagłady stworzonego podobno specjalnie dla inteligencji polskiej – do KL Mauthausen. Był tam podobno królikiem doświadczalnym. W obozie działało też podobno lobby homoseksualistów, które nie było tam, wbrew temu co głoszą od czasu do czasu niektóre nasze posłanki, stroną pokrzywdzoną obozu zagłady, a stroną wykorzystującą innych dogorywających więźniów. W tym czasie kiedy czworo członków mojej rodziny ze strony Ojca i Matki było osadzonych w obozach zagłady nastoletni Józio Lewtak ps. „Śmigły” brał udział w wielu brawurowych akcjach partyzanckich ZWZ AK. W październiku 1942 r. rozbroił wraz z innymi 16 bahnschutzów i 2 Niemców mundurowych na stacji kolejowej. W listopadzie 1942 r. rozbroił wraz ze Stefanem Lalakiem ps. „Zefir” kilku Niemców będących w towarzystwie policjanta granatowego, zdobywając dodatkową broń do walki. Wraz z innymi partyzantami Józio Lewtak „Śmigły” interweniował w obozie pracy dla młodocianych w Klementowicach gdzie Niemcy nieludzko obchodzili się z młodymi chłopcami. 11 czerwca 1943 r. koło Wierzchoniowa Józio „Śmigły” wraz ze swymi kolegami partyzantami zrobił zasadzkę na kolejną grupę Niemców i policjantów aby zdobyć kolejną broń dla swojego oddziału. Tym razem w miejscu zasadzki znienacka pojawił się pojazd osobowy z oprawcą hitlerowskim z załogi klasztoru w Kazimierzu oraz z hitlerowskim katem Polaków – zastępcą szefa więzienia na Zamku Lubelskim – katowni Polaków. Wywiązała się ostra strzelanina gdyż gestapowcy nie chcieli się poddać. Oprawcy hitlerowscy zginęli. „Śmigły” zdobył automat fiński i krótkie pistolety. Z kolei w lipcu 1943 r. „Śmigły” Józef Lewtak wziął udział w rozbiciu aresztu w Janowcu nad Wisłą. Uwolnił 25 polskich więźniów. Wkrótce potem przeszedł do oddziału Batalionów Chłopskich i razem ze swą nową grupą „Śmigły” w dniu 11 września 1943 r. wziął udział w wysadzeniu pociągu amunicyjnego pod Gołębiem. Jak we wszystkich poprzednich akcjach wykazał się nieprawdopodobną odwagą i brawurą, nieprawdopodobnym poświęceniem. Był wzorem dla innych partyzantów i ich naturalnym przywódcą. Był pierwszym atakującym konwój niemiecki chroniący pociągu. Sława „Śmigłego” Józefa Lewtaka – mojego stryja rozniosła się po całej okolicy. Gestapo go coraz intensywniej poszukiwało. Kolejne akcje z udziałem „Śmigłego” to atak na kolejkę wąskotorową w Rogowie i na żandarmerię w Karczmiskach. W oddziale BCH zaczęli o „Śmigłym” moim stryju pisać wiersze. Stał się legendą swego regionu. Dostał Krzyż Walecznych za jedną ze swych akcji, a było ich zapewne dużo więcej. Gestapo i instalująca się partyzantka sowiecka werbowali coraz więcej donosicieli i konfidentów, współpracujących tak ze stroną niemiecką jak i sowiecką, pojawiającą się tu i ówdzie. Wiedziony wieściami o straszliwej tragedii Polaków na Kresach, wyrzynanych wraz z całymi rodzinami i dziećmi przez nacjonalistów ukraińskich, którzy w II wojnie światowej byli oficjalnymi koalicjantami Niemiec hitlerowskich, „Śmigły”, wezwany przez wspólne dowództwo AK i BCH, ruszył ze swym oddziałem na pomoc Wołyniowi. Po drodze musiał znowu zdobywać broń. Miał dopiero co zaczęte 20 lat, całe życie przed sobą. Niestety – Józef Lewtak „Śmigły” w akcji pod Nasutowem 17.09.1943 r. dostaje ciężki postrzał w brzuch, być może od skrytobójczej kuli. Był to szok dla jego oddziału, którego był autorytetem, wyrocznią w wielu sprawach, jako osoba niezwykle odważna, szlachetna i ideowa. Był pięknym, rosłym, czarnowłosym chłopcem, najmłodszym z rodzeństwa Lewtaków, niezwykle zdolnym, dumą swych rodziców. Zdobyta cudem furmanka wiozła ciężko rannego, cierpiącego, umierającego w bólach „Śmigłego” przez wiele godzin przez las w poszukiwaniu pomocy lekarskiej. Umarł przysypany leśnymi wrzosami. Pośmiertnie został mu przyznany Srebrny Krzyż Virtuti Militari. Rozkaz spłonął w Powstaniu Warszawskim. Jako dokumentację zdjęciową do mojego wspomnienia o moim Ojcu, a raczej o rzeczach dla niego super ważnych w jego niedługim życiu, jako dowód krzywdy wyrządzanej przez kolejne ekipy rządzące rodzinie Lewtaków załączam zaświadczenia o odznaczeniach mojego niespełna 20-letniego stryja Józefa Lewtaka „Śmigłego”, legendarnego partyzanta BCH, ucznia III-ciej klasy Liceum Czartoryskich w Puławach i moje wystąpienia do kolejnych i obecnych urzędów polskich kombatanckich, do urzędników w randze wiceministrów oraz ich odpowiedzi, aby zawstydzić dzisiejszych urzędników tym jak ośmielają się traktować polskich bohaterów. Tylko nieliczne osoby wiedziały, że „Śmigły” zginął. Był postrachem Niemców w okolicy. Ci co wiedzieli o jego śmierci bali się tę straszną prawdę przekazać jego rodzicom – Helenie z Pajurków i Janowi Lewtakom – moim dziadkom, gdyż ci ostatni mieli już resztę swych dzieci i zięcia w obozach zagłady i ich los był im nie znany, nie wiedzieli nawet – czy żyją. Ludzie chcieli im oszczędzić cierpień. 04 stycznia 1944 r., wraz z rozpoczęciem akcji „Burza” Armii Krajowej, do Pożoga wjechał oddział żandarmerii niemieckiej w poszukiwaniu sławnego partyzanta Józefa Lewtaka „Śmiglego”. Udali się wpierw do majątku mojego wuja Antoniego Korczyńskiego, gdzie pracował Jan Lewtak. W tym czasie w majątku mojego wuja Antoniego – partyzanta AK, którym pod jego nieobecność zarządzała jego matka Stanisława Korczyńska – siostra mojej prababci - z wizytą świąteczną przebywała moja Mama z moją babcią. Odgłosy katowania Jana Lewtaka roznosiły się po całej okolicy. Niemcy chcieli wymusić na moim dziadku ujawnienie gdzie znajduje się jego syn Józef Lewtak i gdzie stacjonuje jego oddział. Dziadek nie chciał nic zdradzić, nie wiedział, że syn już nie żyje. Nie chciał nic powiedzieć o innych partyzantach. Niemcy zakatowali Jana Lewtaka łańcuchami i kolbami na śmierć. Moja rodzina ze strony Matki będąc najbliżej usytuowanymi przy miejscu kaźni Jana Lewtaka głośno modliła się przy dworskim oknie. Po zakatowaniu na śmierć mojego dziadka Jana Lewtaka Niemcy udali się do domu rodzinnego Lewtaków, gdzie jeszcze podobno chora po zapaleniu płuc leżała moja nieznana mi babcia Helena Lewtak z Pajurków. Babcia została wyciągnięta z łóżka i skatowana. Nie chciała nic zdradzić. Katowano ja tak mocno, że również po kilku godzinach umarła. Śmierć obydwojga moich dziadków z rąk Niemców, naszych sojuszników w Unii Europejskiej - nastąpiła 04 stycznia 1944 roku – Jana Lewtaka od razu, babci podobno po kilku godzinach. Ich pogrzeb w Końskowoli był patriotyczną manifestacją ludności przy szalejącej obławie gestapo usiłującym schwycić, nie żyjącego już przecież od kilku miesięcy, Józia Lewtaka „Śmigłego” - mojego bohaterskiego stryja, ucznia III-ciej klasy Liceum Czartoryskich - na pogrzebie jego ukochanych rodziców. Po wojnie pierwsza do domu do Pożoga wróciła Jasia, ona też pierwsza dowiedziała się od mej ciotecznej prababki Stanisławy Korczyńskiej, że jej rodzice nie żyją, że najmłodszy brat nie żyje i nie wiadomo czy żyje jej ostatni bliski z rodziny – brat Henryk. Jasia zamieszkała u rodziny mojego wuja. Potem do domu wrócił mój Ojciec odbierając również straszliwą wiadomość, że wszyscy jego najukochańsi nie żyją, że została mu tylko siostra. Ojciec z moją Mamą Teresą Lubomirą Szuch, która straciła swego narzeczonego Leszka Gajewskiego „Groma” ostatniego dnia Powstania Warszawskiego na Żoliborzu – 30.09.1944 r., podczas przedzierania się do Szklanego Domu, przy ostrzale artyleryjskim niemieckim z trzech stron i z powietrza, przy niedaniu powstańcom przez Rosjan obiecanej zasłony dymnej - znali się z przedwojennych wakacji w Pożogu. Obydwoje przeszli gehennę wojenną, potracili bliskich, widzieli i przeżyli straszliwe rzeczy. To ich połączyło. Ale wkrótce okazało się, że mojego Taty psychika jest zniszczona przez wojnę, a szczególnie przez obóz i śmierć jego najbliższych. Kiedy mój mały braciszek, zanim się urodziłam, zachorował śmiertelnie, mój Ojciec nie umiał się odnaleźć w zaistniałej sytuacji. Wkrótce rodzice przestali być razem, ale przez całe życie darzyli się ogromnym szacunkiem. Ojciec nas ogromnie kochał, mimo że przez całe moje dzieciństwo widziałam go zaledwie kilka razy. Zapamiętałam jego zainteresowania. Wszczepił mnie i bratu pasję historyczną i astronomiczną, nauczył mnie gry w szachy, mając 5 lat na wakacjach w Bukowinie Tatrzańskiej nauczyłam się grać z Tatą w jakieś zabawne gry karciane i w tysiąca. Chodziłam z nim na mecze pięściarskie i na wyścigi na żużlu. Rzeczy, które mi opowiadał z astronomii były tak fantastyczne, że bałam się spać w nocy, bo śniło mi się, że księżyc spada na naszą planetę Ziemię i wszyscy giniemy. Nawet jak mnie pocieszano, że jeżeli nam grozi katastrofa kosmiczna to za miliony lat – nie było to dla mnie żadnym pocieszeniem gdyż zagrażało to w mym mniemaniu moim przyszłym potomkom. Z Tatą też po raz pierwszy w życiu byłam na nartach i pierwszy raz wdrapałam się zimą chyba na Śnieżnik (lub Śnieżkę) i na Halę Gąsienicową. Od dzieciństwa płakałam z Mamą nad bestialstwami wojny i od dzieciństwa uważałam, że mojego Tatę strasznie skrzywdziło życie. Tato, wkrótce po wojnie, po przedwczesnej śmierci jego ukochanej siostry, ostatniej ocalałej z jego przedwojennej rodziny, sprzedał swój dom rodzinny w Pożogu. Po rozstaniu z mą Matką, niedługo po wojnie, Tato kupił od prawowitych właścicieli swój nowy dom na Żoliborzu Oficerskim. Po wielu latach sprowadził nas do swego domu na Żoliborzu – nas – czyli swoje dorastające dzieci i swą byłą żonę, zamierzał wyemigrować. Wiele lat walczył z wyprowadzaniem lokatorów, z remontem domu, potem krótko walczyły z trudami domu moje Mama i Babcia, a potem przez dziesięciolecia i w sposób generalny – ja z mężem. Po wojnie Józiowi Lewtakowi postawiono dwa pomniki. Jeden zbiorowy nad mogiłą, w której leży z innymi partyzantami, w Markuszowie i drugi wspólny z innym partyzantem – w Nasutowie. Rodzina Lewtaków jest też wymieniona na upamiętniającym martyrologię polską obelisku w Pożogu. Ojciec ukończył studia w Gliwicach na Politechnice, opracował kilka patentów naukowych, ponoć był nawet krótko dyrektorem fabryki, ale szybko zraził się do systemu i zaczął działalność prywatną, która mu różnie szła. Przez lata był zwalczany i dyskryminowany. Na emigracji Ojciec przepisał swój dom na mnie i na brata. Wbrew woli ojca, który orzekł w swej ostatniej woli, że jeśli któreś z dzieci opuści jego dom, to połowa domu tego dziecka przechodzi nieodpłatnie na drugie pozostające w jego domu dziecko – spłaciłam nieoficjalnie połowę domu bratu, który go opuścił w stanie tzw. ruiny. Odkupiłam również wraz z mężem w 1998 r. dom Ojca w Pożogu, naiwnie myśląc, że mój kraj pomoże mi go odbudować i w jego części zrobić izbę pamięci rodziny Lewtaków i martyrologii Lubelszczyzny. Dom już się zapada, gaśnie, a my już nie mamy sił i środków. W czasach Solidarności kuzyn mojego Ojca był znanym działaczem Solidarności w Gdańsku, mój brat również zapisał się do Solidarności, Mama była od kilku lat dyrektorem wszystkich Domów Towarowych Centrum w Polsce, w domu naszym „ukrył się” kolejny nasz kuzyn z Solidarności – zmarły niedawno w niejasnych okolicznościach – Andrzej Tkaczyński, syn zamordowanego przez stalinowców Edwarda, brata mojej babci. Mimo tych faktów - oprócz zwalczania i szykanowania nas przez SB z powodu posiadania przez nas rodziny – Ojca i brata Matki na emigracji oraz rodowodu akowskiego i przekonań patriotycznych – zaczął prześladować nas, szczególnie mnie na uczelni, w oparciu o pomówienia SB, jakiś uczelniany odłam Solidarności – zapewne przetkany agentami, którzy na bazie swoich pomówień zrobili karierę w obecnej Polsce. Jednym z rozsiewanych zarzutów był taki, że nikt normalnie w Polsce nie może mieć takiego domu, jak ten, w którym mieszkamy z moją Matką, po wyemigrowaniu zeń mojego Ojca. Sugerowano, że w/w dom Matka otrzymała od partii, podczas kiedy dom rozwiedzionego z Matką od lat Ojca, nigdy nie należał do Matki i nigdy nie był luksusowym domem. Był zakupiony jako rudera wiele lat wcześniej i nawet do dziś nie jest jeszcze do końca wyremontowany. Ale jak się walczy o władzę, to każdy środek okazuje się dobry. Więc dopisano nam sztuczny stan posiadania i nowe nieakowskie życiorysy i SB/UB/NKWD zacierało ręce z radości, że usiłowano nas zniszczyć rękoma uczelnianej opozycji, którą żeśmy narażając się poprzednio popierali. W pewnym momencie stałam się zupełnie zdezorientowana. Doszłam do wniosku, że pewne odłamy Solidarności są zakamuflowanymi odłamami SB tak jak w czasach powojennych tworzono nieprawdziwe oddziały Żołnierzy Wyklętych aby właśnie skompromitować Żołnierzy Wyklętych. Żołnierzami Wyklętymi byli przecież mój dziadek i brat mojej Matki. Mama jako jedna z pierwszych pisała w Polsce patriotyczne artykuły o Powstaniu Warszawskim i robiła u nas w domu spotkania powstańców. Nikt z rodziny nie był ani „tw” ani agentem. Wszystko co piszę o moim Ojcu, o Jego bohaterskiej rodzinie i to, że mam o nim tylko ułamki wspomnień to wina wojny, którą wywołały mocarstwa światowe unicestwiając życie naszego kraju, życie naszych polskich rodzin i naszej rodziny, wojny powodującej ponowną utratę przez Polskę suwerenności i utratę terytorium na Kresach. Ojciec na emigracji, nie mając innego wyjścia, zaszył się w polsko-żydowsko-rosyjsko-bułgarskim środowisku emigracyjnym. Po licznych odwołaniach udało nam się jako studentom wyjechać do pracy fizycznej za granicę aby zarobić na remont domu. Nielegalnie spotykaliśmy się z Ojcem, czasem pracowaliśmy u niego, w ten sposób starał się nam pomóc. SB uniemożliwiało Ojcu uzyskanie paszportu na wjazd i wyjazd z Polski, zablokowało paszport jego sympatii, natomiast w naszym odczuciu - SB podsunęło mu za granicą kobietę, która nakłoniła Ojca do zmiany obywatelstwa, przed czym się zawsze bronił, do ożenku. W 1983 r., już jako Belg, Ojciec przyjechał do Polski aby kupić dom na Żoliborzu, którym był zainteresowany od dawna. Dom zaprezentowano Ojcu jako rzekomo za drogi. Przy jednej z okazji ojciec przedstawił nam swego przyjaciela z emigracji z dziedziny sztuki – Bułgara pochodzenia żydowskiego. Źle mu patrzyło z oczu. Wkrótce zaistniały zdarzenia, które przeczuwaliśmy, że mogą nastąpić. Ojciec w Brukseli po powrocie z targu staroci i owoców w niedzielę 19.02.1984 r. miał wizytę u siebie młodej osoby, z którą wypił herbatę. Po jej wypiciu dostał krwotoku. Tajemnicza dziewczyna zamówiła karetkę i zniknęła. Karetka po raz pierwszy od 10 lat przyjechała do Ojca bez lekarza. Ojciec zszedł o własnych siłach do karetki. Droga do szpitala trwała 2 minuty. W tym czasie Ojciec umarł. Był reanimowany w szpitalu przez 40 minut. Lekarza, który nie przyjechał do Ojca zwolniono z pracy. Kiedy nielegalnie dostaliśmy się po kilku miesiącach do Brukseli i badaliśmy sprawę nieoczekiwanej śmierci mojego Ojca, jeden z lekarzy zapytał mnie : czy nikt nie życzył sobie śmierci pani Ojca ? Pieniądze mojego Ojca na zakup nowego domu na Żoliborzu zniknęły, a właścicielem upatrzonego przezeń domu stał się ktoś w Belgii ze środowiska najprawdopodobniej rosyjsko-żydowskiego i następnie sprzedał go, nie tak dawno, podobnemu środowisku w Polsce. Jak dane mi było znaleźć w aktach IPN rzekomy przyjaciel emigracyjny mojego Ojca, który roześmiany i na drinku pojawił się na lotnisku w Polsce w lutym 1984 r. z byłą 2-gą żoną mojego Ojca, niosącą jego prochy w urnie i kilkanaście waliz z jego dobytkiem, był obserwowany od dłuższego czasu w Polsce z podejrzeniem o szpiegostwo. Co dziwne – z długiego okresu obserwacji tego człowieka wycięto wszystkie okresy kiedy miał on styczność z moim Ojcem. Moim zdaniem zakwalifikowano go w podejrzeniach SB nie do tych służb i państw do jakich powinno, ponadto człowiek ten miał dziwne i nietypowe kontakty z zespołami polskich wojskowych karetek pogotowia w okresie niedługo poprzedzającym śmierć mojego Ojca w nietypowym składzie karetki pogotowia w Brukseli. Myślę więc, że Ojciec mój był jedną z kolejnych ofiar systemu komunistycznego. Marzeniem mojego Ojca za jego życia było upamiętnienie martyrologii Jego rodziny i bohaterstwa Jego brata Józefa Lewtaka „Śmigłego”. Stąd kiedy odnalazłam w dokumentach pośmiertnych mojego Ojca stare zaświadczenia o odznaczeniach bojowych Józefa Lewtaka z lat 50-tych, przysłane Ojcu przez znanego dowódcę BCH Rodaka Rolę, zaświadczenia o jego Krzyżu Walecznych i Virtuti Militari, przesłałam je w 2009 r. do Urzędu Kombatantów do pana Krupskiego. Dostałam wówczas z Urzędu obiecującą odpowiedź. Niestety pan Krupski zginął w katastrofie smoleńskiej. W 2011 r. napisałam ponownie, za nowej władzy, w sprawie uznania odznaczeń Józefa Lewtaka, do Kapituły Orderu Virtuti Militari. Kapituła przesłała powierzone jej dokumenty do Urzędu Kombatantów, gdzie działał m.in. pan Kunert, który przyjął mnie nawet z mężem na rozmowę. Przez pięć lat w/w Urząd nie odpowiedział mi na pismo Kapituły i na zgłoszoną mu przeze mnie sprawę. Zaświadczenie Józia Lewtaka o Krzyżu Walecznych posiadało wszystkie wymagane podpisy (trzy), zaświadczenie o nadaniu mu pośmiertnie Virtuti Militari, miało dwa podpisy – dowódcy i bodajże Komisji Historycznej. Brakowało podpisu Kamińskiego, bo rozkaz spłonął w Powstaniu Warszawskim, a Kamiński był po wojnie w więzieniu stalinowskim, a mój Ojciec miał ustawiczne kłopoty z władzami PRL. Oczekiwałam od naszych urzędów w obecnej Polsce przysłania mi legitymacji i medalu KW dla mojego stryja oraz uznania jego Virtuti Militari jako przyznanego i w pełni uznanego. Minęło 5 długich lat, oczywiście niejednokrotnie poruszałam temat patriotów z mojej rodziny i mojego stryja z różnymi urzędnikami w różnych urzędach, ale żaden ze znanych mi notabli nie zainteresował się tak naprawdę patriotami polskimi. Wreszcie wybraliśmy nową ekipę rządzącą. W 2016 r. wysłałam nowe pismo do nowych władz Urzędu Kombatantów. Pismo wraz z licznymi załącznikami, świadectwami itp. miało 32 strony. Zanim wróciło potwierdzenie odbioru mojego pisma przez Urząd - już wróciła byle jaka i podająca nieprawdę odpowiedź, nie załatwiająca w ogóle sprawy - ani profesjonalna, ani elegancka, ani patriotyczna. Gdyby rodzina mojego Ojca z powodu bohaterskiej działalności mojego stryja i Ojca nie była cała zamordowana, gdyby mój stryj bohatersko nie zginął, gdyby mój Ojciec żył i gdybyśmy my znali te dokumenty wcześniej – być może Polska doceniłaby swoich bohaterów. Jeszcze większe byłyby szanse gdybyśmy byli ludźmi ustawionymi w obecnej rzeczywistości. To nie jest nadal normalny, sprawiedliwy kraj, tego faktu nie da się już dalej ukryć. Z tych wszystkich straszliwych doznań naszego społeczeństwa żadne nauki nie zostały przez polityków wyciągnięte. Nie ceni się naszych bohaterów, jak tylko koniunkturalnie i wybiórczo. Marnuje i krzywdzi się ludzi. Ponadto obecnie wpuszczamy do naszego słabego ekonomicznie i politycznie kraju ogromną ilość mniejszości narodowych, szczególnie tych, które nas ostatnio bestialsko mordowały, dajemy im nasze obywatelstwo, warunki egzystencji, wypychając naszą młodzież z powodu kryzysu ekonomicznego na emigrację, być może na zawsze. Jeden ze stosowanych przez niektórych polityków skandalicznych argumentów to ten, że mniejszości poprawią nam dzietność i przyrost naturalny (!). Zamiast stworzyć warunki dla egzystencji i dzietności naszym młodym usiłuje się zaludniać Polskę obcymi nam kulturowo i mentalnie mniejszościami. Te tendencje są zgodne z od lat występującymi tendencjami naszych najeźdźców i zaborców. Nic ująć nic dodać. Tak więc kiedy wojna po raz kolejny przerwała rozwijającą się zaledwie nić rozwoju naszego kraju – dzieciństwo i młodość moich rodziców – następnego pokolenia Polaków – państwowość Polski i jej ciągłość pokoleniowa, historyczna i kulturalna została ponownie brutalnie przerwana. Przypuszczam, że od zawsze podobna sytuacja powtarzała się i będzie się powtarzać w przyszłości. Moi dziadkowie ze strony matki wraz z ich sąsiadem słynnym, olimpijczykiem Januszem Kusocińskim i z jednym z braci babci - Edmundem Korczakiem zaangażowali się w czasie wojny w działania konspiracyjne w Organizacji Wojskowej „Wilki”, drugi brat babci Edward Tkaczyński – leśnik z Karpat Wschodnich z Peczeniżyna został uwięziony na Łubiance, a potem wywieziony do gułagu na Kołymie, moja 13-letnia Mama Teresa Lubomira Szuch (późniejsza Teresa Lewtak-Stattler) i jej 14-letni brat Janusz Szuch znaleźli się w KEDYWIE (AGAT-PEGAZ-Parasol), a potem w Powstaniu Warszawskim, ojciec mojego męża 20-letni Tadeusz Baczyński stał się partyzantem i przybocznym Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, matka mojego męża Wisia Żarska i jej matka Eugenia Żarska z d. Wiśniewska wstąpiły do lubelskiego AK. To co wojna i powojenna rzeczywistość zrobiła z moją rodziną jest właśnie wspomnieniem o moim Ojcu, tragicznym wspomnieniem Jego losów i losu Jego rodziny. Załączam odznaczenia, pisma, odpowiedzi i zdjęcia (21 skanów).

Bogna Lewtak-Baczyńska, Bukowina Tarzańska / Brzegi, 30.08.2016 r.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Refleksje na temat filmu „Ostatnia rodzina” w reż. J.P.Matuszyńskiego.

Film „Ostatnia rodzina” oglądałam na pokazie przedpremierowym w kinie „Atlantic”. Mimo że znając obrazy Zdzisława Beksińskiego od lat - widziałam po rodzaju używanego przez niego języka malarskiego, że jest malarzem samoukiem – ceniłam jego obrazy i jego własny język malarski, który sobie stworzył. Znałam Zdzisława Beksińskiego z kilku rozmów telefonicznych, kiedyś otrzymałam od niego liścik, zapraszałam go na nasze wernisaże. Bał się przychodzić. Znałam jego kolekcjonera – z dość niedobrej strony. Przyszedł do mnie kiedyś w Paryżu (w latach 80-tych) ponoć aby obejrzeć moje obrazy, cel jego wizyty okazał się inny od zapowiadanego. Z tego co pamiętam, może się mylę, był prawnikiem prowadzącym sprawy rozwodowe, współpracującym z polską Ambasadą.

„Wisieliśmy” ze Zdzisławem Beksińskim wspólnie na kilku międzynarodowych wystawach w Paryżu, ja wg moich znajomych – na lepszych ścianach. Założona dla prac Zdzisława Beksińskiego przez jego kolekcjonera galeria w Paryżu ok. Rue de Seine nie miała sukcesu, została zamknięta. Nic to dziwnego, bo obecnie na świecie nie zauważa się talentów, a kolekcjonerzy sztuki nie dobierają obrazów do swoich kolekcji według ich zalet, a jedynie dla sztucznie wylansowanych nazwisk i jako lokatę kapitału. Zdzisław Beksiński w kilku ze mną rozmowach zdradzał jakiś bliżej nieokreślony lęk, jak człowiek, którego może dopaść jakiś jego prześladowca. Wydawało się, że boi się pokazywać publicznie, szczególnie na wernisażach. Myślałam wówczas, że może prześladuje go UB, że może komuś się w życiu naraził. Nigdy jednak nie udało mi się dowiedzieć nic o jego przeszłości wojennej czy tuż powojennej. Jest ona w ogóle nie nagłaśniana i nie ujawniana.

Beksiński bał się także sytuacji, w której kolekcja jego obrazów byłaby w rękach jednego kolekcjonera z Paryża. Twierdził, że jego wszystkie obrazy nie mogą znajdować się w jednych rękach tj. jednego kolekcjonera z Paryża, bo gdyby coś się stało tej kolekcji to nigdzie więcej nie byłoby już jego obrazów. Już po moim powrocie do Polski Zdzisław Beksiński opowiadał mi przez telefon o drobnych kłopotach zdrowotnych żony i swoich. Opowieść ta była dla mnie trochę dziwna, gdyż na ogół nie opowiada się o akurat tego rodzaju kłopotliwych detalach zdrowotnych i w sumie osobistych, o swoich, można by to nazwać - felerach - obcym osobom, a nawet może – nikomu. Ale był to bardzo miły człowiek, kulturalny i ogromnie zdolny i wyrazisty malarz. Opowiadał też, że trudno mu już malować, więc głównie tworzy komputerowo. Mając za sobą więc kilka kontaktów ze światem Zdzislawa Beksińskiego poszłam na film Pana J.P.Matuszyńskiego z pewnym wyobrażeniem o Zdzisławie Beksińskim i może nie zawiodłam się na filmie jak troszeczkę na przedstawionej nam, trochę zasmucającej i prawdopodobnie „prawdziwej prawdzie” o psychice Zdzisława Beksińskiego. Wyobrażałam sobie kolegę malarza jako trochę piękniejszego wewnętrznie, a to co usłyszałam z jego ust na filmie – trochę zniechęciło mnie do jego obrazów.

Film „Ostatnia rodzina” J.P.Matuszyńskiego jest na pewno filmem bardzo interesującym, posługującym się własnym językiem filmowym, w którym jest świetnie stworzona scenografia, przestrzeń kadru filmowego, charakteryzacja aktorów. W filmie są trzy wybitne kreacje aktorskie – trzy główne role : żony, syna malarza i samego malarza. Najbardziej mnie zachwycili – Aleksandra Konieczna – po prostu wspaniała i Dawid Ogrodnik – wprost znakomity, który zdecydowanie powinien również otrzymać nagrodę za swoją rolę. Andrzej Seweryn jest tak znaną osobą, że na pewno trudniej zapomnieć o tym widzowi widzącemu go w kolejnej filmowej postaci. Bardzo ciekawe i niekonwencjonalne są w filmie J.P.Matuszyńskiego dialogi, niezły jest scenariusz. Można też znaleźć wiele interesujących wyznań. Interesująca jest przedstawiona w filmie ustami malarza własna krytyka jego malarstwa. Poruszający jest trud mieszkania z obiema mamami żony i malarza oraz opiekuńczego zajmowania się nimi przez Zofię Beksińską i pomagającego jej w filmie męża. Trud ten uczłowiecza tę rodzinę i pokazuje jej walory moralne w traktowaniu swoich bliskich. Piękna jest jedna z rozmów Zofii Beksińskiej z zachwianym psychicznie synem. Postać Zofii Beksińskiej to jakby anioł czuwający nad swoją rodziną i znoszący cierpliwie wszystkie trudy życia. Wydaje się wspaniałą osobą, kochaną na swój sposób przez męża, który stara się być wobec niej dobrym człowiekiem. To wszystko widać. Świetnie i odrażająco jest pokazane osiedle peerelowskie, do którego przenoszą się Beksińscy. Klimat tego osiedla, droga przemierzana przez malarza aby sprawdzić na życzenie żony - czy z synem jest wszystko w porządku, powtarzające się kadry wjeżdżającej na obskurne kolejne piętra windy – wszystko to jest bardzo trafione i własnym jezykiem filmowym reżysera i operatora interesująco przedstawione.

Poczulam dużą satysfakcję kiedy filmowa Zofia Beksińska, tak zwykle spokojna i opanowana, rzuciła książką, napisaną przez kolekcjonera o malarzu i jego rodzinie, w głowę swego męża, nakazując mu aby nigdy tej książki nie pokazywał Tomkowi ani nikomu innemu i aby zerwał z kolekcjonerem jego obrazów wszelki kontakt. Myślę, że dziecku – Tomkowi Beksińskiemu, wychowującemu się w rodzinie, w której ojciec, jak się dowiadujemy z filmu, pasjonuje się śmiercią, krwią i wynaturzeniem – ciężko było zachować normalność psychiczną. Myślę, że psychika ojca mogła zaważyć na rozwoju jego syna w dzieciństwie.

Moim zdaniem, choć z przykrością to piszę, nie zawsze dzieła można oceniać w oderwaniu od ich twórcy. Takim przypadkiem jest dla mnie jeden z kompozytorów, który zamordował swą żonę czy kochankę za to, że go zdradziła z innym, a jej nowo urodzone dziecko wystawił na śmierć. Takim przypadkiem jest dla mnie również malarstwo Adolfa Hitlera. Stawiam twórczość w/w barbarzyńców poza granicami sztuki, jakkolwiek niektórzy z tych i im podobnych byli być może zdolnymi twórcami. Jako twórca w kilku dziedzinach sztuki inaczej może reaguję niż ogól na pewne dzieła w różnych dziedzinach. Na przykład film odtwarzający obrazy Petera Brueghla, którym się wszyscy zachwycają – nie odpowiadał mi. Uwielbiałam malarstwo tego mistrza i jako zawodowy malarz i twórca zupełnie inaczej zinterpretowałabym jego obrazy na ekranie. Film mi je trochę obrzydzil. To co zobaczyłam było dla mnie zbyt prymitywne. Podobny zawód stworzyła mi wiedza jaką o psychice Zdzisława Beksińskiego otrzymałam w filmie Pana J.P.Matuszyńskiego. Przejmujące obrazy Beksińskiego, które przedtem oznaczały dla mnie głębokie odczucie okrucieństw naszego świata okazały się nagle jedynie zaspokajaniem potrzeb sado-masochistycznych przedstawianego filmowo malarza. W tym aspekcie film zaszkodził mi w moim szacunku dla obrazów w/w artysty, nagle stały się gadżetowo płaskie, a jego marzenia sado-maso-seksualne nie powinny być opowiadane przez niego innym osobom, a szczególnie takim jak jego kolekcjoner, który je rozpowszechnił. Każdy z twórców ma jakieś wyobrażenia i marzenia, ale to nie znaczy, że daje to powód aby publicznie się „obnażać” i zniżać do tzw.”parteru”. Pewne hamulce byłyby tu mile widziane. Dlatego w moim odczuciu wizerunek malarza przedstawiony w filmie „Ostatnia rodzina” w pewnym aspekcie zyskał, ale też w pewnym aspekcie, może nawet przeważającym - dużo stracił. Jakkolwiek to dobry film, ma wspaniałe kreacje aktorskie, zrobił go zdolny reżyser, to myślę, że miło by było, gdyby główne nagrody filmowe, przynajmniej ex equo trafiały również do filmów niosących w swej treści i formie ważne sprawy i tematy i bardzo profesjonalnie przedstawione jak podobno „Wołyń”, którego jeszcze nie widziałam, jak „Smoleńsk” i jak „Historia Roja”.

Ale do tego Polska musiałaby się stać Polską, jak w znanej piosence. Film polecam dorosłym, ale nie młodzieży i dzieciom, bo jest trochę jak zatruta studnia.

Bogna Lewtak-Baczyńska 08.10.2016 r.


RECENZJA FILMU "SMOLEŃSK" ANTONIEGO KRAUZEGO – Bogna Lewtak-Baczyńska. Recenzja została przesłana w dniu 16.09.2016 r. do kilku znaczących redakcji w Warszawie.

Jako reżyser i malarz z wykształcenia oraz osoba uprawiająca z sukcesem kilka dziedzin artystycznych, na dodatek kinomanka - pragnę przekazać Państwu swoją opinię, świadectwo na temat filmu "Smoleńsk" w reżyserii Antoniego Krauzego. Myślę, że opinia moja ma wartość - będzie zapewne najbardziej pochlebna z już napisanych, a przecież - nie należę do PiS, jakkolwiek głosowałam na tę partię, nie jestem w żadnych układach i patrzę na wielu działaczy, niezależnie od ich opcji, nawet na PiS, jeśli trzeba - niezmiernie krytycznie. Jeśli chodzi o sztukę - przywiązuję ogromną wagę do treści i formy, o czym mogą świadczyć ok.32 nagrody jakie posiadam w różnych dziedzinach sztuki, zdobyte w Polsce i za granicą, w tym ostatnio "Medal za Sztukę" od SEAB we Francji.

Film "Smoleńsk" oglądałam już dwukrotnie, dzień po dniu, co mi się prawie nigdy nie zdarza. Poszłabym nawet trzeci raz, gdyby czas pozwolił. Przy pierwszym oglądaniu spóźniłam się na pierwsze sekwencje filmu, które zaczynały się już wraz z napisami. Przez pierwsze minuty filmu zastanawiałam się podejrzliwie, na skutek przeczytania wcześniej pierwszych, za mało entuzjastycznych opinii o filmie w prasie prawicowej - czy reżyser miał pomysł scenariuszowy, czy zabrakło mu czegoś i czy dlatego cały początek filmu jest oparty na sekwencjach z filmów dokumentalnych, które znam z przeszłości. Ale już wkrótce, co najmniej kilkakrotnie musiałam przyznać reżyserowi pełną rację w jego wyborach. Obserwowałam też mojego patriotycznego, lecz krytycznego męża. Bardzo przeżywał. Ja - patrzyłam na film "sucho", starając się wyłapać wszystkie ewentualne błędy reżyserskie, aktorskie czy muzyczne i planów scenograficznych, na dodatek byłam na środkach przeciwbólowych, więc mój krytycyzm powinien mieć tendencje wzrastające. Tymczasem film coraz bardziej mnie pozytywnie zaskakiwał. Reżyser omijał niebezpieczne rafy czyli np. ewentualne procesy sądowe z osobami, które z ekranu mówiły do nas przerażające w swym braku logiki rzeczy. Nie można przecież zaskarżyć reżysera jeżeli z ekranu odgrywa kwestie rosyjskiej specjalistki z branży lotniczej nie - aktorka lecz sama autentyczna specjalistka zarejestrowana na taśmach archiwalnych telewizji. Nie możemy zarzucić reżyserowi, że obraził np. głowę państwa polskiego czy rosyjskiego jeśli widzimy zastanawiającą scenę między przywódcami w/w państw włączoną do filmu z autentycznej archiwalnej sekwencji filmowej, etc., etc. Przede wszystkim należy więc podkreślić, że reżyser w tworzeniu filmu dokonał kilku bardzo mądrych, sprytnych zabiegów. Po pierwsze - za jedną z czołowych postaci wybrał postać dziennikarki, która jest z opcji "antysmoleńskiej", wierzącej w wersje podawane przez oficjalne czynniki. Pani Fido, gra tę rolę bardzo dobrze, nawet bardziej zasadnie niż Krystyna Janda w "Człowieku z marmuru". Bardzo trafnie odtwarza nowoczesną, suchą, rzeczową, mało sentymentalną i dbającą o karierę, kontestujacą, współczesną dziennikarkę telewizyjną, jak to nazywam "współczesną szczypawkę", których znam wiele. Podobnie jak przedstawicielki nowo wychowanego młodego pokolenia traktuje ona swoich rodziców trochę z góry, protekcjonalnie i pouczająco. Fido, zapewne świadomie, podpatrzyła wiele typowych zachowań nowego pokolenia dziennikarskiego - średni szacunek dla starszych, dbałość o karierę, układanie się pod wymogi współczesnych czasów oraz zachowanie z nie za dużą dozą elegancji i kurtuazji, często obcesowe. Jednym z największych sukcesów każdego filmu jest sytuacja, w której widz chce go wiele razy zobaczyć. Tak jest właśnie z filmem "Smoleńsk" Antoniego Krauzego. Materiał filmu jest na tyle bogaty, że znajduje się w nim za każdym razem coś czego się nie zauważyło poprzednio, coś co może zainteresować, coś co chciałoby się lepiej zrozumieć lub zapamiętać, lub też przeżyć jeszcze raz. Ciekawa jest warstwa dialogów. Nie dość, że fragmenty rozmów pilotów są odzwierciedleniem ostatnich zarejestrowanych w czarnych skrzynkach chwil, to w filmie występuje wiele niezmiernie ciekawie i trafnie skonstruowanych dialogów. Jako osoba śpiewająca, komponująca i sterująca nieraz podłączaniem efektów do taśm dźwiękowych od razu w 2010 r. zauważyłam i oświadczyłam rodzinie, że zarejestrowane taśmy z polskiego samolotu zostały poddane manipulacji dźwiękowej. Świetna i niezwykle wymowna jest scena dialogowa przesłuchania i pokazywania zdjęć zamordowanego księdza Popiełuszki, ofiary katyńskiej i jej samej w Moskwie żonie jednej z ofiar. Bardzo dobrze wmontowane są w film sytuacje, w których padają kwestie o skrzydłach samolotu ścinających wierzchołki drzew, o trajektorni lotu, itp.. Film robi wrażenie gruntownie przemyślanego i konsekwentnego. Świetna jest rola pani Struzik, do tego stopnia oddająca postać pani generałowej Błasikowej, że wpierw ulegliśmy jako widownia złudzeniu, że to ona sama wzięła udział w filmie. Zresztą wszyscy aktorzy wypełnili swe zadania wzorowo, rzetelnie i wiarygodnie. Niezmiernie interesujące kwestie w filmie to również te o katastrofie Casy z oficerami lotnictwa wracającymi z konferencji o służbach specjalnych, którą zawsze, my osobiście, uważaliśmy za zamach będący preludium do katastrofy smoleńskiej, a także kwestie o przebudowie samolotu mającego lecieć do Smoleńska i wiele innych. To wszystko to niezaprzeczalne walory filmu Antoniego Krauzego. Film nie jest tendencyjny ani nachalny. Rzeczywistość ostatnich sześciu lat wychodzi z niego sama i jest rejestracją pewnych postaw, które sami sobie stworzyli nasi poprzedni notable na swe świadectwo o sobie samych. Muzyka i scenografia podbijają walory filmu. Szef dziennikarki telewizyjnej, przypominający zachowaniem ubeka z filmu o papieżu Janie Pawle II jest również dobrze odtworzony, tak się nosiły i zachowywały podobne tej postaci osoby z naszego życia. Po drugie - film Antoniego Krauzego przez włączenie doń bardzo interesujących materiałów dokumentalnych staje się ważnym dokumentem epoki. Po trzecie film Antoniego Krauzego, wbrew demagogicznie montowanym zarzutom - nie jest stronniczy gdyż daje się wypowiedzieć przeciwnym/różnym opcjom. Reżyser ich nie kompromituje - oni kompromitują się sami. Takie pozostawili po sobie świadectwo na autentycznych taśmach filmowych i czy chcą czy nie chcą - już nie mają na to wpływu. Ich zachowania i epitety jakimi obdarzają tragedię smoleńską i jej ofiary, w obliczu tragedii narodowej, zostały zarejestrowane i upamiętnione. Poza patriotycznymi tłumami zarejestrowanymi w filmach dokumentalnych widzimy więc odtworzoną grupę obrażającą zmarłego Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego słowami i postulatami, które pamiętamy z tego okresu, których byliśmy świadkami. Reżyser pokazał również jako dokument to co zawsze wycinał program telewizyjny odtwarzający rzekomo prawdziwie comiesięczne manifestacje na Krakowskim Przedmieściu tj. skaczących i obrażających modlący się tłum prowokatorów. Bardzo korzystna dla filmu jest sekwencja z Nowego Jorku. Reżyser wprowadził do filmu wiele dobrych i dobrze zrealizowanych, inteligentnych pomysłów.

Początek i koniec filmu - załoga polskiego samolotu i ekipa polska naziemna nadaremnie go oczekująca oraz załoga słuchająca informacji z rosyjskiej wieży, ledwie zarysowane w filmie, ale jednak - zacięcie się systemu sterowniczego, awaria ze skrzydłem i inne bardzo dobrze dozowane sekwencje katastrofy - jako dwie klamry spinające film to bardzo oszczędnie podane i bardzo podbijające dramatyzm filmu "Smoleńsk" elementy. Symboliczne spotkanie Ofiar Katyńskich i Ofiar Smoleńskich w lesie katyńskim/smoleńskim - w moim odczuciu jest poruszające i mistyczne - tak to właśnie ujęłam w moim cyklu rysunków i grafik wystawianych w dniu 10.04.2016 r. na płocie mojej Galerii -Teatru wraz z pracami innych artystów i na Warszawskich Targach Książki w moim stoisku.

Głębokie przeżycie ludzkiego dramatu może wywołać tego rodzaju skojarzenia i wizje, jest to więc uprawnione i uzasadnione. Na koniec - zastanawiałam się jak film Antoniego Krauzego mogą odebrać inne nacje, np. Amerykanie, ale zaraz pomyślałam sobie - w tym wypadku jest to dla mnie mniej ważne, gdyż film "Smoleńsk" zrealizowany przez Antoniego Krauzego wypełnia bardzo trafnie, mądrze i w dobrym stylu nasze oczekiwania - polskiego odbiorcy, naszego społeczeństwa, które nie musi mieć tych samych oczekiwań co inne społeczeństwa i to jest w tym przypadku najważniejsze, wszak mamy prawo się różnić. Jak to się mówi szumnie a trafnie - film "Smoleńsk" daje świadectwo prawdzie, a jest to w tym wypadku najważniejsze. To bardzo dobry film, kolejny bardzo ważny i bardzo dobry film po "Royu" Zalewskiego. Polecam.

Bogna Lewtak-Baczyńska, Warszawa 16.09.2016 r.

Polski Związek Piłki Nożnej – brak blasku w zachowaniu – wielkie lekceważenie kibiców.

Bogna Lewtak-Baczyńska Warszawa, 24.10.2016 r.

Wyobraźcie sobie Państwo, jak cieszyliśmy się z postawy i osiagnięć polskich piłkarzy na ostatnich Mistrzostwach we Francji. Po Mistrzostwach Euro 2016 ekipa polskich piłkarzy wraz z trenerami wracała samolotem do Polski. Pojechaliśmy z rodziną witać ją na lotnisku. Były tłumy ludzi i tłumy ochroniarzy. Wzięłam ponad 30 swoich dwupłytowym albumów CD z repertuarem Edith Piaf w moim tłumaczeniu i wykonaniu, z których jeden z egzemplarzy znajduje się nawet w Muzeum w Paryżu - w prezencie dla całej ekipy. Niestety ochroniarze nie dopuszczali nas do drużyny sugerując, że nawet w albumie CD może być materiał wybuchowy i radząc abyśmy przesłali nasz dar dla drużyny do PZPN. Udało się nam nawet dobiec do samego Prezesa Bońka, ale widocznie nasz wygląd nie budził zaufania, bo Prezes kazał kierowcy szybko zamknąć szybę samochodu i odjechać.

W lipcu 2016 zadzwoniłam za poradą ochrony z lotniska i mojej rodziny do Polskiego Związku Piłki Nożnej pytając się jak mogę doręczyć moje albumy CD, jakby nie było jednej z laureatek Międzynarodowego Konkursu Piosenki Francuskiej o Grand Prix Edith Piaf 2015, od zespołu mojej Galerii-Teatru – w podzięce i w darze dla całej ekipy piłkarskiej wraz z trenerami. W PZPN poinformowano mnie na jaki adres mam wysłać swą przesyłkę i zapewniono, że nic w PZPN nie ginie i na pewno PZPN dostarczy moje płyty muzyczne od mojej Galerii-Teatru piłkarzom. W końcu lipca 2016 r. przygotowałam przesyłkę z ok.32 albumów (każdy po 2 CD) – 30 z repertuarem Edith Piaf i 2 z reoertuarem m.in. Ewy Demarczyk i Anny German, wszystkie w moim wykonaniu i mojego teatralnego zespołu. Do przesyłki wartej okolo 800 zł przygotowałam piękny gratulacyjny list do ekipy piłkarzy i trenerów. List przesłałam również do PZPN w emailu i poinformowałam PZPN o wysłaniu do PZPN mojej paczki, prosząc o potwierdzenie, że moje albumy muzyczne zostały wręczone w imieniu moim, mojej rodziny i mojej Galerii-Teatru – piłkarzom i trenerom. Po kilku dniach wróciło do mnie potwierdzenie odbioru z PZPN, paczka więc dotarła. W świecie, w którym panują dobre obyczaje, znana firma chociażby grzecznościowo dziękuje za gratulacje i prezenty, a przede wszystkim informuje, że prezent został przekazany – w tym wypadku – naszej drużynie piłkarskiej. Po około miesiącu zdziwiona milczeniem PZPN zaczęłam dzwonić do PZPN. Nie jest tam łatwo się dodzwonić. Czeka się przy telefonie nieraz prawie godzinę. Dzwoniłam do PZPN wielokrotnie, do wielu działów. Nikt nic nie wiedział o mojej wartościowej paczce z kilkudziesiecioma albumami muzycznymi dla piłkarzy. Przesuwano mnie od działu do działu. Miano do mnie oddzwonić, co w ogóle nie nastąpiło. Wreszcie napisałam email do rzecznika prasowego PZPN. W ogóle mi nie odpowiedział. Z podobnym lekceważeniem doprawdy rzadko się człowiek spotyka i w moim odczuciu jest ono kompromitacją dla reprezentujących Związek Piłki Nożnej ludzi. Jak widać ktoś zawłaszczył moją paczkę. Straciłam w ten sposób dużą część nakladu moich niedawno wydanych za ostatnie oszczędności albumów CD, piłkarze nie dostali mojego prezentu, a PZPN nie liczy się zupełnie ze swoimi fanami i kibicami.